|
Polecamy wśród książek (za Tygodnikiem Powszechnym ) www.tygodnik.onet.pl -Golo Mann :Niemieckie dzieje w XIX i XX wieku. -Aleksandra Klich:Bez mitów.Portrety ze Śląska. -Kornel Filipowicz:Cienie. -Julian Barnes:Arthur &George. -Władysław Bartoszewski:Pisma wybrane II. -Jerzy Pilch:Pociąg do życia wiecznego. -Julia Hartwing:Podziękowanie za gościnę. -Nicholas Thomas:Okrycia.Podróże kapitana Cooka. -Jerzy Forster:Podróż naokoło świata. -Marta Wyka:Przypisy do życia. -TEN JEST Z OJCZYZNY MOJEJ.Polacy z pomocą Żydom 1939-1945. Opracowali Władysław Bartoszewski, Zofia Lewinówna. -Stanisław Barańczak:FIOLETOWA KROWA. 333 najsławniejsze okazy z angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej. -Aleksander Gieysztor:MITOLOGIA SŁOWIAN. -Małgorzata Jackiewicz-Garniec, Mirosław Garniec: ZAMKI PAŃSTWA KRZYŻACKIEGO W DAWNYCH PRUSACH. POWIŚLE, WARMIA, MAZURY -Ross King: EKSLIBRIS
-TATRY I POECI. Antologia wierszy. Wybrał i opracował Michał Jagiełło -Günter Grass: PRZY OBIERANIU CEBULI -Aleksander B. Skotnicki: OSKAR SCHINDLER w oczach uratowanych przez siebie krakowskich Żydów -Ryszard Kapuściński: BUSZ PO POLSKU; CHRYSTUS Z KARABINEM NA RAMIENIU; LAPIDARIUM VI -Ella Maillart: OD GÓR NIEBIAŃSKICH DO CZERWONYCH PIASKÓW
Golo Mann: NIEMIECKIE DZIEJE W XIX I XX WIEKU Syn Tomasza Manna; to określenie nieuchronnie musi się pojawić, choć niebezpiecznie zawęża pole widzenia. Pomijam już fakt, że relacje między Golo Mannem a sławnym ojcem naznaczone były sporą dawką traumy; najważniejsze, że chodzi o indywidualność samodzielną i wyrazistą, która wyszła z ojcowskiego cienia. O wybitnego historyka i świetnego pisarza, którego najbardziej znane dzieło możemy teraz przeczytać po polsku. 2007-07-24 Angelus Gottfried (imię Golo powstało z dziecięcego zdrobnienia) urodził się 27 marca 1909 roku jako trzecie z sześciorga dzieci Katji z Pringsheimów i Tomasza. Ważną rolę w kształtowaniu się jego osobowości odegrał pobyt w szkole w Salem nad Jeziorem Bodeńskim, założonej przez Kurta Hahna. Studiował historię i filozofię, studia zakończył w 1932 r. w Heidelbergu doktoratem u Karla Jaspersa na temat Hegla. Z Niemiec wyjechał w połowie 1933 roku, już po przejęciu pełni władzy przez Hitlera; udało mu się wtedy m.in. uratować z monachijskiego domu rękopisy dzienników ojca, zorganizować wyjazd młodszego rodzeństwa oraz przekazać za granicę rodzinne oszczędności. Na emigracji był lektorem języka niemieckiego w Paryżu i Rennes, redagował w Zurychu czasopismo „Mass und Wert", służył w armii amerykańskiej, wykładał na amerykańskich uczelniach. Do Europy wrócił w II połowie lat 50.; objął katedrę w Münster, potem w Stuttgarcie. Od 1964 r. mieszkał głównie w Kilchberg pod Zurychem, ostatnim domu ojca. Angażował się w życie publiczne, z pozycji raczej konserwatywnych, choć trudno w jego przypadku o łatwe klasyfikacje, bo z jednej strony krytykował młodzieżową rewoltę 1968 roku, a w latach 70. zbliżył się do prawicowego premiera Bawarii Franza Josepha Straussa, z drugiej – wspierał politykę wschodnią kanclerza Brandta i opowiadał się za rozliczeniem niedawnej przeszłości. Zmarł 7 kwietnia 1994 roku, już po zjednoczeniu Niemiec, które aprobował, choć nie bez obaw o wskrzeszenie mocarstwowych rojeń. Pierwszą książkę, której bohaterem był Friedrich von Gentz, niemiecki polityk doby napoleońskiej, opublikował w 1946 roku. Jego zainteresowania jako historyka skupiały się przede wszystkim na dziejach ostatnich dwóch stuleci, ale najobszerniejszym i najambitniejszym jego dziełem była monografia Albrechta von Wallensteina, wielkiej postaci doby wojny trzydziestoletniej. O klasie Golo Manna jako eseisty polscy czytelnicy mogli się już przekonać dzięki przygotowanemu przez Elżbietę Paczkowską-Łagowską tomowi „Ludzie myśli, ludzie władzy, historia" (Oficyna Literacka, Kraków 1997). W 1986 r. ogłosił autobiograficzną książkę „Erinnerungen und Gedanken. Eine Jugend in Deutschland", tytułem nawiązującą do wspomnień Bismarcka i doprowadzoną do roku 1933. „Niemieckie dzieje..." zawdzięczają swe powstanie Gildii Gutenberga. Instytucja ta zamówiła u Golo Manna książkę, mającą stanowić kontynuację historii Niemiec autorstwa Ricardy Huch (1864–1947), wybitnej pisarki i historyczki (po polsku mamy jej powieść „Wyznania Ludolfa Ursleu juniora"), a przy tym szlachetnego człowieka – i mistrzyni autora. Książka powstawała nad Jeziorem Bodeńskim, opodal wsi Altnau, w starym zajeździe Pod Koroną: „pokoik z żelaznym piecem, obok sypialnia, do której gospodyni, panna Forster, przynosiła termofor". W pierwszym wydaniu (1958) autor żegnał się „z naszą opowieścią i dwudziestoma pięcioma czytelnikami, którzy mieli dość cierpliwości, by prześledzić ją do końca". Wkrótce dostał kartkę od Hermanna Hessego, który pisał, że jest czytelnikiem dwudziestym szóstym. Miało ich być jednak o wiele, wiele więcej. Opowieść, otwarta refleksyjnym rozdziałem „Podstawowe fakty w dziejach Niemiec", rozpoczyna się od rewolucji francuskiej i kończy w czasach, kiedy została napisana (w wydaniu z lat 60., na którym oparto przekład polski, akcja doprowadzona została do końca ery kanclerza Adenauera). Na czym polega jej urok? Dlaczego trudno się od niej oderwać, choć czasem zżymamy się na sądy autora i jego „niemcocentryczność", która każe mu dość niesprawiedliwie traktować choćby międzywojenne państwo czechosłowackie? Decyduje o tym przede wszystkim pisarska jakość niezwykle gęstej narracji. „Historia jest opowiadaniem" – czytamy w autorskim wstępie. Wzorem dla Golo Manna był Friedrich Schiller jako autor „Historii wojny trzydziestoletniej", najświetniejszy dlań przykład zaślubin temperamentów pisarza i historyka. Także wspomniana już Ricarda Huch i jej „Wielka wojna w Niemczech" – również traktująca o wojnie trzydziestoletniej – „spotkanie czarodziejki z materiałem źródłowym". W mocno spersonalizowanej narracji historycznej szczególnie ważna jest umiejętność budowania zniuansowanych sylwetek psychologicznych bohaterów. Autor „Niemieckich dziejów..." posiadł ją w stopniu mistrzowskim, by wspomnieć tylko stronice poświęcone Heinemu, Marksowi, Bismarckowi, Nietzschemu, Wilhelmowi II czy Adenauerowi. „Golo Mann – pisze Elżbieta Paczkowska-Łagowska – przedstawia nam historię od strony rzeczywistych ludzi »z krwi i kości«, nie zaś od strony struktur, zasad, prawidłowości, rozwoju (ekonomicznego). Struktury interesują go o tyle, o ile mają swe źródło w jednostce". Chłodna analiza faktów (dynamiczna narracja zwalnia co jakiś czas bieg na rzecz komentujących „Rozważań") łączy się tutaj z nieskrywaną emocją. Skąd te emocje? W przedmowie, pisanej w 1991 r., Golo Mann przyznaje, że jego intencje były także polemiczne. Chodziło o historyka brytyjskiego A.J.P. Taylora, wedle którego „narodowy socjalizm nie stanowił irracjonalnego epizodu w dziejach Niemiec, lecz raczej coś, co się od stuleci szykowało i tym gorszą przybrało postać, że nastało po takiej zwłoce". Dla autora „Niemieckich dziejów..." taki determinizm jest nie do przyjęcia. Katastrofa nie mogła być z góry zadekretowana. Owszem, patrząc wstecz, trudno nie dostrzec linii kontynuacji, zawsze jednak w węzłowych punktach istniała możliwość wyboru, a pojawienie się znaczącej jednostki – takiej jak Hitler – wprowadza w dzieje element nieprzewidywalności, irracjonalizmu. Doktorat swój poświęcił Golo Mann Heglowi, bliższy mu był jednak Schopenhauer (a także rebeliant Nietzsche). Filozofia historii w jego ujęciu – tłumaczy Paczkowska-Łagowska – „nie może być heglowska. Przeszłość jest niewyczerpalnie bogata, wymyka się pojęciu, przyszłość zaś jest nieokreślona, gdyż otwarta. Nie sposób więc ujmować jej w kategoriach determinizmu dziejowego czy jakiegoś innego -izmu. Każda w ogóle teza, o ile tylko podaje się za całą prawdę, jest fałszywa, można ją przyjąć tylko wtedy, gdy się ją ograniczy...". Przeszłości nie można się przy tym wyrzec ani jej wstydliwie przemilczeć, jak to próbowano czynić po II wojnie. W swoim ambiwalentnym, pełnym emocji stosunku do dziedzictwa niemieckiej historii i niemieckiej kultury Golo Mann pozostaje zresztą nieodrodnym synem swego ojca... (Borussia, Olsztyn 2007, ss. 608. Przełożył Andrzej Kopacki, posłowie Robert Traba. Trzydziesta szósta pozycja Biblioteki Borussii; wydanie w ramach kolekcji niemieckojęzycznej literatury współczesnej KROKI/ SCHRITTE pod red. Jacka St. Burasa i Carla Holensteina.) wróć
Aleksandra Klich: BEZ MITÓW. PORTRETY ZE ŚLĄSKA Żaden chyba region współczesnej Polski, poza Kaszubami, nie przechował w równym jak Górny Śląsk stopniu tradycji swojej odrębności historycznej i kulturowej. Żaden też (może wyjąwszy tak zwane Kresy) nie stał się tak bardzo przedmiotem mitologizacji. Mit nie jest oczywiście niczym złym, dla budowania tożsamości społecznej bywa wręcz niezbędny. Gorzej, gdy traktuje się go instrumentalnie, czyniąc orężem walki politycznej, albo gdy okazuje się źródłem szkodliwych stereotypów. 2007-07-18 „Górny Śląsk ma pecha do mitów – pisze Aleksandra Klich. – Przyklejają się do niego natarczywie i od kilkuset lat. Głoszą np., że to brudna prowincja Niemiec albo Polski. Region, w którym mieszkają sami zapracowani, uczciwi ludzie albo tępe »robole«. Miejsce, w którym śliczne dziewczęta z czerwonymi koralami biegają po hałdach i śpiewają o Karliku. Wszyscy mówią gwarą i marzą o odłączeniu Śląska od Polski. Eksperci z zachodu głoszą, że to ziemie odwiecznie germańskie, ci ze wschodu – że odwiecznie polskie". Tymczasem – tłumaczy dalej autorka – chodzi o „fascynujący tygiel żywiołów", do którego żadna z tych etykiet nie ma zastosowania. W epoce domagającej się jednoznacznych wyborów różnorodność bywała przekleństwem mieszkańców pogranicznej krainy. „Jak żyć w miejscu, w którym nie wiadomo, gdzie przebiegają granice między miastami, państwami, nacjami, kulturami, religiami, językami? Czasem dzielą jeden familok, kiedy indziej – jedną rodzinę. Jak podczas powstań śląskich, gdy – bywało – jeden brat walczył o polski Śląsk, a drugi – bronił jego niemieckości. Jak podczas okupacji, gdy jeden podpisywał volkslistę, by uniknąć Auschwitz, a drugi – z przekonania. Racje polskie i niemieckie splatają się na Śląsku w dramatyczny sposób. Bywa, że tych węzłów nie da się rozwiązać, trzeba je przeciąć. A po takiej operacji zostają rany, stresy, depresje, traumy. Taką cenę płacą bohaterowie tej książki". Jest ich trzynastu, nie ma wśród nich – może szkoda? – ani jednej kobiety, za to aż trzech hierarchów Kościoła katolickiego (kardynałowie August Hlond i Bolesław Kominek oraz ordynariusz katowicki biskup Herbert Bednorz). Jest nieznany u nas zupełnie gliwiczanin Oskar Troplowitz (1863–1918), wynalazca receptury pasty do zębów, plastra na skaleczenia i kremu Nivea. Są pisarze: Gustaw Morcinek (1891–1963), polski piewca tematu śląskiego; Horst Bienek (1930–1990), kolejny gliwiczanin, który – choć zmuszony po II wojnie do opuszczenia Śląska, w swej niemieckiej prozie pozostał mu wierny; Henryk Bereska (1926–2005), ucieleśnienie śląskiej podwójności, świetny tłumacz literatury polskiej na język niemiecki, osiadły po wojnie we wschodnim Berlinie. Tylko jeden z bohaterów – Michał Grażyński, uczestnik powstań śląskich z ramienia armii polskiej, wojewoda śląski od 1926 roku – nie był rodowitym Ślązakiem, a w książce znalazł się nie tyle nawet z racji wspomnianej funkcji, ile jako główny oponent najwybitniejszego ze śląskich polityków II RP, Wojciecha Korfantego. Politykiem był także Jerzy Ziętek (1901–1985); przed wojną sanacyjny burmistrz Radzionkowa, podczas wojny w Rosji, po wojnie członek partii i wieloletni rządca województwa katowickiego. Opolanin Edmund Osmańczyk (1913–1989), przedwojenny działacz mniejszości polskiej w Rzeszy, po wojnie publicysta akceptujący nową rzeczywistość i wieloletni poseł na Sejm PRL, w 1983 r. zagłosował przeciw delegalizacji „Solidarności", a życie zakończył jako „solidarnościowy" senator. Galerię otwiera urodzony w Łubowicach pod Raciborzem Joseph von Eichendorff (1788–1857), subtelny liryk i prozaik doby romantyzmu, zawłaszczony pośmiertnie przez ideologów niemieckiego nacjonalizmu i nazizmu. Zamyka ją urodzony w Szopienicach Kazimierz Kutz (rocznik 1929), nie tylko twórca współczesnej – wspaniałej! – wersji śląskiego mitu jako reżyser „Perły w koronie", „Soli ziemi czarnej" i „Paciorków jednego różańca", ale też najbardziej dziś znany w Polsce rzecznik spraw śląskich. W przedsłowiu do książki Kutz pisze: „Zaryzykuję i powiem: czuję się senatorem największej mniejszości narodowej bez uprawnień. Śląskość jest historycznie utrwalonym utrapieniem, ale to nie znaczy, żeby godzić się z nim w 50. roku istnienia Unii Europejskiej". „Gmach bardziej z horroru niż z sielanki" – mówi wybitny reżyser o budowli, w jaką układają się opowiedziane przez Aleksandrę Klich życiorysy. Niewiele tutaj dróg prostych, znacznie więcej powikłań, dylematów, pytań, tragicznych wyborów. Autorka, co w dobie triumfu „szkoły podejrzeń" nieczęste, portretuje swoich bohaterów z sympatią i wrażliwością, unikając łatwych sądów i pokazując, jak wielką cenę płacili czasem za swoje słabości. By wspomnieć tylko Gustawa Morcinka, który po wojnie zgodził się posłować, a potem nie odważył się odmówić, gdy polecono mu zgłosić z trybuny sejmowej wniosek o przemianowanie Katowic na Stalinogród... Wiele w tych biografiach paradoksów – jak w przypadku kardynała Kominka, który zaraz po wojnie jako administrator diecezji opolskiej odbudowywał struktury tamtejszego Kościoła, równocześnie go polonizując, a dwadzieścia lat później, jako inicjator i główny autor listu biskupów polskich do niemieckich, stał się architektem polsko-niemieckiego pojednania. Biskup Herbert Bednorz, twardy wobec władzy komunistycznej – jako zwierzchnik budził nie tylko respekt, ale wręcz strach, a z prymasem Wyszyńskim wyraźnie się nie lubili. Aleksandra Klich waży racje, zderza ze sobą przeciwstawne oceny. Czy prymas Hlond powinien był w 1939 roku opuszczać Polskę? Czy Jerzy Ziętek to utalentowany i skuteczny administrator, który w imię dobra Śląska włączył się w powojenną grę polityczną pod batutą komunistów, czy też – jak chce Michał Smolorz – „śląski batiuszka", który „miał swoją szansę na sukces wyłącznie dzięki komunistycznemu bezprawiu"? Czy rozmaite powojenne wypowiedzi i decyzje Edmunda Osmańczyka były świadectwem oportunizmu czy raczej wyrazem „śląskiego pragmatyzmu"? Jak notował w swoim dzienniku Stefan Kisielewski: „Osmańczykowi chodzi o Śląsk Opolski – tam się wychował, tam marzył o przyłączeniu do Polski i oto rzecz się stała. A w jakich warunkach ogólnych – to go już nie obchodzi". Aleksandra Klich, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest dziennikarką „Gazety Wyborczej". Tam właśnie miały swój pierwodruk reportaże, które teraz, w zmienionej postaci, znalazły się w książce. Świetnie skomponowane, dopełnione dwiema rozmowami, układają się w całość wyrazistą i wciągającą. Czuje się, że nie powstały na zamówienie, ale są efektem pasji, że autorka pisała je, by lepiej zrozumieć nie tylko portretowanych, ale i najnowszą historię Śląska; bo to, jak rozumiem, także i jej kraj rodzinny. Lektura budzi ochotę na ciąg dalszy; mam nadzieję, że autorka nie porzuci tematu i doczekamy się na przykład portretu śląsko-niemieckiego pisarza Augusta Scholtisa, którego obraz wydarzeń na Górnym Śląsku po I wojnie światowej nie spodobał się narodowcom z obu stron. Albo Teofila Ociepki – maszynisty z kopalni „Wieczorek", miłośnika wiedzy tajemnej i niezwykłego malarza „naiwnego". Marzy mi się też, by ktoś napisał podobny tom reportaży historyczno-biograficznych o Śląsku Cieszyńskim. Ale to już osobna historia – a razie zachęcam do czytania „Portretów ze Śląska"! (Wydawnictwo i Agencja Informacyjna WAW, Racibórz 2007, ss. 250. Współautorem portretów Gustawa Morcinka i Edmunda Jana Osmańczyka jest Marek Baster, a portretów Horsta Bienka i Henryka Bereski – Michał Smolorz.) wróć Kornel Filipowicz: CIENIE 2007-07-09
Proza Filipowicza wprawia mnie jednocześnie w zachwyt i konfuzję. Nie ma w tym motywów osobistych: pamiętam oczywiście imponującego, wysokiego mężczyznę w białym kożuchu, wiedziałem, jak ważną rolę pełni w środowisku krakowskich pisarzy, nigdy go jednak nie poznałem. Ale źródła zachwytu nie wysychają: kiedy kilka miesięcy temu udało mi się – z czysto bibliofilskich pobudek – kupić na aukcji internetowej pierwsze wydanie „Pamiętnika antybohatera”, z czarno-białą obwolutą projektu Kazimierza Mikulskiego i autorską dedykacją dla nieznanego mi Staszka, natychmiast zabrałem się za ponowną lekturę – i odłożyłem książkę dopiero, gdy dotarłem do ostatniej strony. Kiedy teraz wziąłem do ręki „Cienie” – dokonany przez Wisławę Szymborską wybór dwunastu opowiadań Filipowicza, zilustrowany rysunkami Marii Jaremy, pierwszej żony autora – sytuacja się powtórzyła. A skąd konfuzja? Bo tę fascynację trudno wytłumaczyć, zwodnicza prostota pisarstwa Filipowicza tego nie ułatwia i szukając argumentów można popaść w banał. Dlatego chcąc uniknąć banałów, wolę podeprzeć się sądami innych. Stanisław Balbus w szkicu „Sztuka małej prozy”, zamieszczonym w czwartym numerze krakowskiego miesięcznika „Pismo” (czerwiec 1981), pisał: „Twórczość Kornela Filipowicza, która nie wiedzieć czemu zyskała sobie opinię skromnej i kameralnej, potrafi wprowadzić w zdumienie nie tylko bezprzykładną rozmaitością swoich zainteresowań tematycznych, lecz zwłaszcza bogactwem form ekspresji i pełną niespodzianek wirtuozerią formalną. Obce jest jej tylko arywistyczne efekciarstwo”. A pod koniec wnikliwej analizy stwierdzał, że „drobiazgi”, „marginalia” i „pozornie nieistotne szczegóły”, którymi zajmuje się Filipowicz, tworzą „zadziwiająco bogatą i różnorodną tkaninę, która przedstawia obszerną epicką panoramę współczesnego świata”. W rezultacie „skrzętna, mrówcza, cyzelatorska praca, korzystająca raczej z zegarmistrzowskiej lupy niż z polowej lunety, tworzy w ostatecznym efekcie obraz, który czytelnik – chcąc go ogarnąć w całości – musi oglądać przez lunetę”. „Cienie” pokazują fragment „epickiej panoramy”, mianowicie wątek żydowski, obecny w niej od „Krajobrazu niewzruszonego” (1948), aż po wydane na rok przed śmiercią Filipowicza „Rozmowy na schodach”. Tom otwiera opowiadanie „Krajobraz, który przeżył śmierć”. To historia dwojga ludzi: mężczyzny, który ocalał ze zbiorowej egzekucji, „jako jeden z niewielu wyniósł życie z zagłady przypadkiem, jakiego mogła dostarczyć masowa śmierć, dzięki wyjątkowi dającemu pojęcie o ilości istot, które trzeba było zabić, aby mogło zaistnieć jedno nieprawdopodobne ocalenia” – i jego żony, której życie „odbyło jakąś odwrotną drogę w porównaniu z jego życiem”, bowiem nie zdołała się uratować, choć otaczali ją ludzie życzliwi i gotowi do pomocy. Utwór dedykowany został Jonaszowi S., czyli Jonaszowi Sternowi, wybitnemu malarzowi, członkowi przedwojennej i powojennej Grupy Krakowskiej – to jego historia została tutaj opowiedziana. Czerpiąc z historii prawdziwych i własnej biografii – w zamykającym tom „Opowiadaniu z epilogiem” nietrudno rozpoznać autora i jego żonę Marię Jaremę, a w scenerii, w której opowiadanie się toczy, rodzinny dom Jaremów na Woli Justowskiej – Filipowicz świadomie zamazuje realia, uniwersalizuje swoje opowieści. I ujmuje temat od bardzo różnych stron. Próbuje – jak w „Krajobrazie...” czy w późniejszym „Genialnym dziecku” – od wewnątrz opisać sytuację ofiar. Pokazuje – jak w „Chlebie oddanym” i „Niech nie wie lewica...” – heroiczne postawy tych, którzy starali się im pomóc. Dotyka też kwestii źródeł antysemityzmu i mechanizmów jego rozbudzania. W opowiadaniu „Mój ojciec milczy” akcja toczy się przed wojną w prowincjonalnym mieście. Na miejscowym boisku rozgrywa się mecz piłki nożnej między Piastem a Makkabi. Zawodnicy Makkabi grają nieefektownie – ale wygrywają, i to z miażdżącą przewagą. No i zaraz pojawia się „człowiek wysoki, chudy, o pooranej twarzy i łysej opalonej czaszce, przez którą biegła blizna jak od cięcia szablą”, by wytłumaczyć polskim kibicom, że przyczyną wygranej żydowskiej drużyny było... zatrute piwo, którym poczęstowano zawodników Piasta. Napięcie narasta, zaczyna się pogoń za zwycięzcami, klimat staje się coraz bardziej pogromowy. I słowa ojca narratora – „Różne paskudne rzeczy w historii zaczynały się od bicia Żydów” – nabierają, jak cała twórczość Filipowicza, uniwersalnego znaczenia. „Światopogląd” dzieje się w domu starców, już po wojnie. Bohater, pan Omulski, przeżywa dramatyczny przełom; współlokator z pokoju zmarł, jego miejsce ma zająć ktoś nowy. Gdy ów przybysz się pojawia, odprowadzany przez bratanka, wstrząs jest straszny: obaj zamiast nosów mają „dwa ohydne twory, garbate, sterczące do przodu, a potem zagięte w dół, podobne do dziobów drapieżnych ptaków”. Po powrocie z wakacji przyjaciela pana Omulskiego, byłego ministra Horwata, okaże się, że przybysz, pan Szymonowicz, wcale nie jest Żydem, ale ziemianinem ormiańskiego pochodzenia, bliskim krewnym arcybiskupa lwowskiego. To jednak bohatera nie uspokoi – wewnętrzny spokój odzyska dopiero przyjąwszy pewną definicję: „wszyscy ludzie, którzy podobni są do Żydów, choć nimi nie są, w istocie nimi są”. I pewnie dla wyrównania rachunków w kolejnym opowiadaniu każe Filipowicz sparaliżowanemu panu Omulskiemu wysłuchać przedśmiertnych monologów umierającego Natana Ruffa... Zapowiedziałem cytaty: więc przytoczę jeszcze dwa, oddzielone półwieczem. Recenzując „Krajobraz niewzruszony”, pisał Kazimierz Wyka w „Pograniczu powieści” (rok 1948): „Psychologizm Filipowicza, choć jest najdalszy od moralizatorstwa, posiada wyraźną barwę moralną. Pisarz nie dla ciekawości poznawczej bada przebiegi psychiczne, lecz dla ich roli w obrębie decyzji moralnych człowieka. Ta książka zdecydowanego materialisty i ateusza jest tak moralna, tak skłonna nawet do skrupulanctwa, że krytyk podobnej nie umie wskazać w prozie nie tylko powojennej”. Niedawno zaś pisał Jerzy Pilch: „Kornel Filipowicz był na dobrą sprawę jedynym w polskiej prozie współczesnej twórczym kontynuatorem czechowowskiego sposobu pisania. Ta sama ostrość, ironia, współczucie, podobne widzenie świata. I to samo mistrzostwo”. Nic dodać, nic ująć. (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, ss. 206.) wróć Julian Barnes: ARTHUR & GEORGE Jest późna jesień roku 1906. Czterdziestosiedmioletni Arthur Conan Doyle, pogrążony w depresji po śmierci żony, otrzymuje list od nieznanego sobie trzydziestoletniego George'a Edalji. Odkąd pisarz powołał do życia postać genialnego detektywa Sherlocka Holmesa, zasypywany jest listami z prośbą o rozwiązanie rozmaitych zagadek kryminalnych, zawsze jednak odmawia. Tym razem jest inaczej; list popycha go do działania, a kampania, w którą się zaangażuje, wyrwie go z psychicznego odrętwienia i wpłynie na jego dalsze życie. 2007-07-03 Julian Barnes, rocznik 1946, dobrze już u nas znany prozaik angielski, autor między innymi „Papugi Flauberta", „Historii świata w dziesięciu i pół rozdziałach" i „Jeżozwierza", w najnowszej, dziesiątej z kolei powieści oparł się na historii autentycznej, budując wielowątkową, rozległą (blisko 600 stron!), dość przy tym tradycyjną konstrukcję. Fascynujący portret epoki jest zarazem studium psychologicznym i traktatem o niebezpieczeństwach bycia innym w społeczności, która tę inność z trudem akceptuje – dotyka więc problemu i dziś niestety aktualnego. George Edalji istniał naprawdę, choć jego przypadek znany był dotąd głównie badaczom dziejów brytyjskiego systemu prawnego. Przywoływano go też czasem w związku ze sprawą Dreyfusa; mimo że w przeciwieństwie do niej nie wywołał politycznego trzęsienia ziemi, chodziło także o rażąco niesprawiedliwy wyrok mający w podtekście uprzedzenia rasowe. Ojciec George'a, Shapurji Edalji, wywodził się ze społeczności mieszkających w Bombaju Parsów. Nawrócony na anglikanizm, został duchownym, ożenił się ze Szkotką Charlotte Stoneham i objął parafię Great Wyrley w hrabstwie Staffordshire. Tutaj urodził się i wychował – jako stuprocentowy Anglik – jego najstarszy syn. Mały George przepytywany przez ojca recytuje jak mantrę coś w rodzaju angielskiego odpowiednika wiersza Bełzy „Kto ty jesteś?". A zapytany po latach przez naczelnika więzienia o Bombaj, miasto swoich przodków po mieczu, odpowie: „Niestety, nigdy nie wyjeżdżałem z Anglii. Byłem jedynie w Walii"... Z jednej strony późnowiktoriańska imperialna Anglia jawi się tu jako państwo otwarte: Hindus obejmuje parafię na angielskiej prowincji, jego syn kończy studia prawnicze, otrzymuje posadę w Birmingham, nawet w więzieniu nie spotyka się z szykanami z racji pochodzenia. Z drugiej – dla społeczności lokalnej Edalji pozostają obcymi i stają się obiektem agresji mniej lub bardziej anonimowych dręczycieli. Ciemna karnacja i niezakorzenienie w otoczeniu będą miały niewątpliwy wpływ zarówno na niesłuszne oskarżenie George'a o okaleczanie krów i koni, jak i na przebieg śledztwa i procesu, w wyniku którego uznano go winnym i skazano na siedem lat ciężkich robót. Zwolniony po trzech latach, nie zostaje jednak oczyszczony z zarzutów, musi meldować się na policji i nie może podjąć ponownie pracy w zawodzie prawniczym. Wtedy właśnie decyduje się napisać do Arthura Conan Doyle'a... Dodać trzeba, że ich spotkanie na kartach powieści dokonuje się już poza jej połową. Do tej chwili Barnes prowadzi narrację po dwóch równoległych torach, opowiadając historię życia obu bohaterów od lat dziecinnych. Powstają w ten sposób dwa portrety ludzi, którzy – choć skrajnie odmienni – ucieleśniają pewne cnoty łączone zwykle z pojęciem angielskości czy brytyjskości. George, powściągliwy, opanowany i zdystansowany wobec świata, wierzy w prawo i ze stoicyzmem znosi opresje, w jakich się znalazł, choć oczywiście narasta w nim gorycz. Arthur, sportsmen, patriota broniący dobrego imienia Anglii podczas wojny burskiej, jest miłośnikiem tradycji rycerskich i fanatycznym wyznawcą religii honoru. A przy tym i on, choć w mniejszym stopniu niż Edalji, przychodzi niejako z zewnątrz – za sprawą irlandzko-szkockiego pochodzenia i katolickiego wychowania w szkołach jezuickich. Później zaś, choć obdarzony tytułem szlacheckim przez Edwarda VII, następcę królowej Wiktorii, i cieszący się powszechnym szacunkiem („szlachcic, przyjaciel króla, zwycięski wojownik imperium i zastępca lorda gubernatora hrabstwa Surrey"), nie do końca wypełnia stereotypowy wzór angielskiego dżentelmena; zbyt jest impulsywny, no i nazbyt jawnie oddaje się spirytystycznym pasjom zafascynowany zagadką naszego pośmiertnego bytu. Zamknięty w sobie George pozostaje do końca po trosze enigmą, choć Barnes stara się ożywić jego sylwetkę i niezwykle szczegółowo rekonstruuje przebieg jego procesu. Wizerunek Arthura jest bogatszy w odcienie, a szczególną rolę pełni tu postać Jean Leckie. Pisarz spotkał ją za życia pierwszej żony, Louise, i choć od razu zakochał się z wzajemnością, związek pozostawał przez dziewięć lat platoniczny – do śmierci chorującej na gruźlicę Louise. Wieloletnia gra pozorów i ukrywanie uczucia omal nie doprowadziły do katastrofy; dopiero zaangażowanie w sprawę George'a Edalji przywróciło Doyle'owi równowagę emocjonalną. Świadoma tego Jean dziękuje George'owi podczas przyjęcia weselnego. George nie wie, za co jest mu wdzięczna; podobnie zresztą jak Arthur nie wie, że pierwsza żona wiedziała o jego nowym uczuciu i – pogodzona ze śmiercią – uprzedziła córkę, że ojciec ożeni się ponownie właśnie z Jean Leckie... Jest jeszcze jeden, dość osobliwy związek, w jaki uwikłał się Arthur Conan Doyle: związek ze stworzoną przez siebie postacią. Sherlock Holmes, wzorowany na doktorze Josephie Bellu, nauczycielu Arthura podczas jego studiów medycznych w Edynburgu, przyniósł swemu twórcy sławę i pieniądze. Sam Conan Doyle jednak wyżej od opowiadań detektywistycznych cenił swoje powieści historyczne, Holmesa próbował nawet uśmiercić, dopiero chór protestów sprawił, że przywrócił go życiu. W tym samym roku, w którym detektyw runął w szwajcarską przepaść wraz z demonicznym profesorem Moriartym, w zakładzie dla obłąkanych zmarł ojciec Arthura – nałogowy alkoholik i niezły malarz – a u jego żony rozpoznano galopujące suchoty. „Londyńskie gazety nie zamieściły nekrologów Charlesa Doyle'a, ale za to jednym głosem protestowały przeciwko śmierci nieistniejącego detektywa... Arthurowi zdawało się, że świat zwariował: ojciec leżał w grobie, dni żony były policzone, a młodzi ludzie pracujący w City nosili na kapeluszach czarne opaski na znak żałoby po Sherlocku Holmesie"... Gdy jednak autor „Studium w szkarłacie" zaangażuje się w kampanię na rzecz George'a Edalji, upodobni się do swojego bohatera, metodą dedukcji dowodząc niewinności skazanego prawnika. I odniesie sukces, choć niepełny: orzeczenie powołanej specjalnie komisji będzie bowiem wyjątkowo pokrętne, Edalji nie otrzyma odszkodowania za niesłuszne uwięzienie, odzyska jednak dobre imię i wróci do zawodu. Wznosząc gmach swej powieści, Barnes sięgnął po budulec autentycznych faktów; czyż jednak w kluczowym jej wątku nie triumfuje potęga fikcji, potęga wyobraźni? (Świat Książki, Warszawa 2007, ss. 590. Przeł. Joanna Puchalska. Czwarty tom serii „Lemur" prezentującej współczesną prozę światową.) wróć ***
Władysław Bartoszewski: PISMA WYBRANE II Dwa i pół miesiąca temu odnotowałem tutaj tom pierwszy tego prawdziwie monumentalnego wydawnictwa, które przygotował Andrzej Krzysztof Kunert – teraz pojawił się ciąg dalszy. To jeszcze nie koniec, tom obecnie wydany obejmuje bowiem tylko dziesięciolecie 1958–1968. 2007-06-26 To w biografii Władysława Bartoszewskiego czas ważnych zmian i decyzji. W 1960 r. zostaje wyrzucony z redakcji „Stolicy", gdzie pracował od stycznia 1957. Jak opowiada w rozmowie z Michałem Komarem, powodem stało się jego wystąpienie na spotkaniu współpracowników „Tygodnika Powszechnego"; treść przeciekła do Biura Prasy Komitetu Centralnego PZPR i bardzo się tam nie spodobała. „Parę dni później – wspomina – przyjechał do mnie Krzysztof Kozłowski, zapytał, czy to prawda, że zostałem wylany za wystąpienie na zebraniu w »TP«. – Prawda! – No to Turowicz proponuje, żebyś przyszedł do nas... To był koniec grudnia 1960 roku". Pismo, na którego łamach Bartoszewski publikował już od ponad trzech lat, staje się dla niego odtąd zarówno instytucjonalnym zapleczem, jak i główną trybuną publicystyczną oraz miejscem, gdzie zawsze znajdzie przyjacielskie wsparcie.
A posiadanie takiego miejsca oraz kręgu przyjaciół, którym można ufać, było w tamtych czasach czymś bezcennym. Zwłaszcza dla byłego więźnia politycznego, który wciąż znajdował się na celowniku tajnych służb. Jak pisze Kunert, 14 marca 1963 r. podjęto decyzję o rozpoczęciu rozpracowywania operacyjnego Bartoszewskiego przez Departament IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych „w związku z wrogą działalnością w »Tygodniku Powszechnym« i Klubie Inteligencji Katolickiej". W tym samym roku, o czym władze nie wiedziały, inwigilowany osobnik niepomiernie rozszerzył pole „wrogiej działalności", w listopadzie podjął bowiem współpracę z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. I jeszcze jeden cytat z Kunerta: „23 listopada 1966 r. zapadła decyzja o rozpoczęciu systematycznego rozpracowywania operacyjnego Bartoszewskiego przez Departament III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (równolegle z trwającym już od ponad trzech lat rozpracowywaniem przez Departament IV) »w związku z przekazywaniem do RFN (Radio Wolna Europa) materiałów szkalujących PRL«".
W kwestii współpracy z RWE oraz ciągów dalszych tej historii – w 1970 r. szykowano się do wytoczenia Bartoszewskiemu procesu i niewiele brakowało, by po raz trzeci po wojnie trafił do więzienia – odsyłam do książki Komara. W drugim tomie „Pism wybranych" śladem całej sprawy są krótkie teksty, które ukazywały się anonimowo w wydawanym w Londynie piśmie RWE „Na Antenie". Widać z nich, że i przygotowując materiały dla Wolnej Europy Bartoszewski nie wychodził z roli kronikarza historii najnowszej – tyle że w tym przypadku chodziło albo o jej niecenzuralne szczegóły, albo o represje komunistycznej władzy. Dowiadujemy się więc, jak za Gomułki urządzili się stalinowscy zbrodniarze z UB i jakie były okoliczności powstania PAX-u. Warszawski korespondent informuje też monachijską rozgłośnię o rewizjach u niepokornych adwokatów, Witolda Lisa-Olszewskiego i Władysława Siły-Nowickiego, a także o tym, że Kazimierz Moczarski, w czasie wojny działacz podziemia, po wojnie wieloletni więzień polityczny i przyszły autor „Rozmów z katem", został wyrzucony z pracy w „Kurierze Polskim", ponieważ w prywatnej rozmowie skrytykował politykę Gomułki wobec konfliktu na Bliskim Wschodzie...
Zasadniczy zrąb tomu tworzą jednak, jak poprzednio, artykuły poświęcone rozmaitym aspektom dziejów Polskiego Państwa Podziemnego pod okupacją niemiecką. Tematów mnóstwo: wojenne Wigilie, Wielkanoce i okupacyjne rocznice. Okoliczności pojawienia się na murach Warszawy kotwicy jako znaku Polski Walczącej i monograficzny szkic o Organizacji Małego Sabotażu „Wawer". Zapis wędrówki śladem walk Żydowskiej Organizacji Bojowej z doktorem Markiem Edelmanem. Oczywiście raz jeszcze historia Rady Pomocy Żydom „Żegota". Zapomniani poeci podziemia i polskie judaica literackie w publikacjach konspiracyjnych. Wspomnienie z Powstania Warszawskiego wywołane zdjęciem z hitlerowskiego archiwum...
Starannie udokumentowana faktografia łączy się często z nutą osobistą, z relacją świadka. Pomiędzy licznymi tekstami opisującymi podziemne życie literackie i wydawnicze jest opis konspiracyjnej aukcji bibliofilskiej w antykwariacie „Pod Białym Krukiem", prowadzonym przy ulicy Alberta I, króla Belgów (czyli Niecałej) przez badacza Norwida i bibliofila Juliusza Wiktora Gomulickiego. Opis zdumiewająco precyzyjny, co przestaje nas dziwić, gdy wśród nazwisk imiennie zaproszonych uczestników aukcji, którzy w pewne niedzielne południe na początku 1942 roku wejściem od podwórza wchodzili do lokalu antykwariatu, znajdujemy nazwisko Władysława Bartoszewskiego... Osobisty ton brzmi najmocniej w szkicu „Z Zofią Kossak w podziemiu", napisanym po śmierci autorki „Krzyżowców". A przy sposobności dowiadujemy się, że to właśnie ona poznała Bartoszewskiego z pewnym przybyszem z Krakowa, reprezentującym tamtejsze podziemie kulturalne. Po wojnie okazało się, że był nim Jerzy Turowicz... (Wydawnictwo Universitas, Kraków 2007, ss. 408. Wybór, opracowanie, przypisy i wstęp Andrzej Krzysztof Kunert. Na końcu indeks nazwisk. Seria „Klasycy współczesnej polskiej myśli humanistycznej" pod red. Andrzeja Nowakowskiego.)
wróć ***
Jerzy Pilch: POCIĄG DO ŻYCIA WIECZNEGO To już piąta książka Jerzego Pilcha ułożona z jego felietonów, i jak przy poprzednich tytułach, zwłaszcza zaś „Bezpowrotnie utraconej leworęczności", podczas lektury nie opuszcza mnie przekonanie, że wypełniając swój cotygodniowy obowiązek – kiedyś w „Tygodniku Powszechnym", potem w „Polityce", a od czerwca 2006 r. w „Dzienniku" – autor wciąż ma na widoku pewną Całość. Owszem, podejmuje tematy doraźne i komentuje rzeczywistość, zwłaszcza polityczną, owszem, wdaje się w felietonowe polemiki i potyczki zaczepno-obronne, rozkładając przeciwnika na łopatki – ale te wątki wplecione są w materiał solidny i gęsto tkany, który nie rozpada się po jednorazowym użyciu. Zasługa to zarówno niezrównanej Pilchowej frazy, jak i czegoś, w czym ta fraza jest zakorzeniona: sposobu widzenia świata. 2007-06-19 To on pozwala meandrować pomiędzy tematami, przechodzić od kpiny do tonu serio, od śmiechu do wzruszenia. Od iście morderczej psychoanalizy Romana Giertycha („Koniu robi wydrę") – do pożegnania zmarłego Papieża. Od zabawnego felietonu powyborczego ułożonego z pastiszów wypowiedzi niedoszłych koalicjantów (czyli – przypominam – polityków PiS-u i PO) – do poruszającego tekstu napisanego na wiadomość o śmierci Alojzego Piontka, górnika cudem ocalałego w 1971 r. z katastrofy w kopalni Rokitnica. Od matczynych psów siedzących przed telewizorem (tyleż o psy, ile o postacie z ekranu tu idzie) i wywodu na temat dramatycznie pogłębiającej się różnicy między najważniejszymi w Polsce bliźniakami – do wizyty nowego Papieża. A porażająco celna krytyka likwidatorów III RP zmieściła się w paru zdaniach pod felietonem, którego tematem głównym jest... odpakowywanie płyt kompaktowych z zabezpieczającej folii.
Dlaczego mimo gęstwy tematów różnej rangi i zagrywek stylistycznych na granicy ryzyka wyczuwa się tu wewnętrzną hierarchię, oś porządkującą? Nie sądzę, by tylko chronologia felietonów sprawiła, że książkę otwierają „Okna Domu Zborowego": obraz z przeszłości wywołany kolejnymi odwiedzinami rodzinnej Wisły. Tym razem z niezwyczajnego powodu, chodziło bowiem o spotkanie autorskie w Domu Zborowym właśnie. Autobiograficzny wątek wiślańsko-luterski, wciąż u Pilcha obecny i tak znakomicie niedawno spożytkowany w „Moim pierwszym samobójstwie", tworzy silny podskórny nurt także i w „Pociągu do życia wiecznego". Nie są to sentymentalne stylizacje, sztucznie hodowany folklor – ale rodzaj mitu założycielskiego tego pisarstwa, stale w nim obecny punkt odniesienia.
Piękny tekst „Moja babka i Unia Europejska" zamyka się mocnym wyznaniem, którego patos tylko trochę przełamuje ironia stylu. „Jak powiada Maria Janion: Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi. – Inna sprawa, że jak idzie o mnie, ja bez nich mało gdzie się ruszam. Oni mnie prowadzą". Nie chcę twierdzić, że Pilch jest wzorem cnót ewangelickich i ucieleśnia je w swojej prozie; chodzi mi raczej o to, że świadomość istnienia tych cnót tworzy dlań rodzaj nieusuwalnej matrycy, która z czasem staje się coraz ważniejsza. Zwłaszcza że świadomość czasu, jego nieuchronny upływ i jego nieruchome trwanie w naszej pamięci i w epifanijnym zapisie, stanowi ważny temat Pilcha, obecny także w nowej książce. „Wchodzę w czas, w którym podobno samorekonstruujące się w głowie najdawniejsze obrazy będą coraz częstsze" – czytamy w „Oknach...".
Pisząc o Alojzym Piontku, autor przywołuje powstały przed trzydziestu sześciu laty wiersz Ryszarda Krynickiego i składa hołd ocalającej mocy poezji. „W rzece Krynickiego – pisze Pilch – tak jak w rzekach największych poetów – świat został odbity i trwa". W prozie Pilcha ten świat także się odbija i zatrzymuje. Jak w „Taksówce na Prokocim", pisanej w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II – z pełną świadomością niebezpieczeństw, jakie podobna okoliczność dla pisarza niesie. „O czym innym miałem pisać, ale jest niedziela, 2 kwietnia, i wspomnienia stają się nieuniknione. Bez względu na to, jak jest nie do zniesienia, i bez względu na to, ile faryzeizmu i zwyczajnej groteski jest w powszechnym, rocznicowym lamencie – o niczym innym myśleć się nie da". Tak się zaczyna – a co dalej? Jak autor przełamuje rocznicowy banał? Jak to, co trywialne, złączyć się może z tym, co wielkie? Jak sportretować Peerel, nie dokonując jego idealizacji? I jak pokonać tyranię czasu? Zobaczcie sami.
W końcowej autorskiej nocie czytamy: „Umyślnie pominąłem niektóre teksty o literaturze i futbolu, zdaje mi się bowiem, że kiedyś ułożę osobny tom poświęcony tym kluczowym dziedzinom. W nieunikniony przeto sposób »Pociąg do życia wiecznego« jest o reszcie życia". Co do futbolu – no bardzo proszę, jak mawia Marian Stala, choć doceniam wagę zmagań Manchesteru City z Górnikiem Zabrze, tak istotnych w arcydzielnym tekście o Piontku. Co do literatury – czekam niecierpliwie, zwłaszcza że apetyt podsycają nie tylko piękne elegie na śmierć Saula Bellowa i Ryszarda Kapuścińskiego, ale i „Bóg mojego dzieciństwa", gdzie temat wiślańsko-luterski ściśle się łączy, pewnie wbrew polskim stereotypom, z tematem wrażliwości literackiej autora.
„Bóg mojego dzieciństwa" to również elegia, a ściślej – mowa wygłoszona w przywoływanym już tutaj wiślańskim Domu Zborowym w grudniu 2005 roku, w dniu setnych urodzin wiślańskiego proboszcza, a potem biskupa Andrzeja Wantuły. „Nieraz mi żal, powiem wprost, że nie przeczytał moich książek, przynajmniej niektórych. Ale jak powiem, że powstały – przynajmniej niektóre – dzięki niemu, owszem, będzie w tym wyznaniu pycha, ale nie będzie uzurpacji". I dalej: „W sensie zupełnie elementarnym mogę też powiedzieć: moja literatura zaczęła się na Gojach w domu Wantułów. Tam po raz pierwszy w życiu ujrzałem ogrom napisanych przez najrozmaitszych pisarzy tomów, tam po raz pierwszy w życiu ujrzałem półki z tajemniczymi księgami na całą ścianę, tam po raz pierwszy zobaczyłem, jakim charakterem pisał dedykacje dla Jana Wantuły Bolesław Prus. Niezapomniany zapach starych książek i jabłek z Wantułowego sadu, jabłek, co leżały na tych samych półkach przed książkami, stał się moim archezapachem. To stamtąd ojciec wziął ideę, by w krakowskim mieszkaniu regały koniecznie były na całą ścianę, to od Wantuły dowiedział się, że dobrze by było, jakby na tych regałach stały książki na przykład Tomasza Manna, którego potem czytał opętańczo".
Opętańcza lektura Tomasza Manna przeszła z ojca na syna i jest jednym z ważnych punktów – obok cieszyńskich korzeni oraz przyjaźni – które łączą mnie z autorem „Pociągu do życia wiecznego". Stąd pewnie osobisty ton tej noty. Ale polecając nową książkę Jerzego Pilcha czynię to najzupełniej szczerze. (Świat Książki, Warszawa 2007, ss. 320.)
wróć ***
Julia Hartwig: PODZIĘKOWANIE ZA GOŚCINĘ Najpierw lekcje języka brane podczas okupacji u starej emerytowanej nauczycielki; „nauka francuskiego – wspomina Julia Hartwig – była wówczas rodzajem ekstrawagancji". Potem – pierwsze przekłady francuskich wierszy i w 1947 roku stypendium rządu francuskiego umożliwiające trzyletni pobyt w Paryżu. Taki był dla polskiej poetki początek przygody trwającej do dziś. A beneficjentami tej przygody są czytelnicy znakomitych książek Julii Hartwig o Apollinairze i Nervalu, jej przekładów Rimbauda, Apollinaire'a, Cendrarsa, Jacoba, Reverdy'ego, Michaux, jej zapisków z podróży – no i jej wierszy, w których motywy francuskie często powracają. 2007-06-12 „Podziękowanie za gościnę" to skomponowana z różnorodnych elementów opowieść o poznawaniu Francji. Historia niegdysiejszego „miłosnego zauroczenia" oglądana jest już z dystansu, dystans ten jednak, choć poszerza perspektywę i pozwala niektóre sprawy ujrzeć w innym świetle – powstały niedawno szkic „Trudna Francja" traktuje o wojennym rozłamie w społeczeństwie francuskim i o powojennym uwiedzeniu komunizmem części francuskich elit – nie zaciera odczuwanej kiedyś radości ani nie powoduje zerwania zadzierzgniętych więzi. Można by tę książkę nazwać świadectwem miłości dojrzałej, uczucia, które przetrwało niejedną próbę. A przy tym poznawanie „dzieł francuskiego geniuszu" staje się ważną lekcją wtajemniczenia w sztukę i jej nieoczywisty związek z biografią artysty.
Jakie są elementy tej układanki? Mamy tu eseje, dzienniki podróży z drugiej połowy lat 80. i początku lat 90., wiersze własne zawierające „motywy francuskie", wreszcie przekłady. Galeria twórców, którym poświęcono osobne miejsce, związana jest z poetyckimi i translatorskimi fascynacjami Julii Hartwig – bo to ma być właśnie „antologia osobista", w której obraz obcej kultury przefiltrowany został przez indywidualne doświadczenie. „Ilu czytelników wie, kim jest Gérard de Nerval? Ilu o nim słyszało, ilu zna jego twórczość?" – pyta retorycznie autorka, by następnie przekonująco wytłumaczyć, dlaczego ów „mały romantyk", szaleniec i samobójca, doceniony dopiero przez potomnych, stał się dla niej na tyle ważny, że poświęciła mu osobną książkę. Julia Hartwig chętnie zaprzyjaźnia się z outsiderami, z przybyszami, którzy ściągali do artystycznej stolicy świata, jaką przed II wojną światową był Paryż, a następnie czasem porzucali paryskie środowisko, by wyjechać – jak Szwajcar Blaise Cendrars czy Belg Henri Michaux – w kolejną podróż, albo osiedlić się – jak konwertyta Max Jacob – w dawnym klasztorze benedyktynów... Zresztą i Apollinaire z racji swego pochodzenia był przecież Obcym. Dodajmy do tej listy Marcela Duchampa, burzyciela kanonów estetycznych i jednego z twórców sztuki nowoczesnej.
Dlaczego ta kultura i jej centrum miały taką siłę przyciągania? „To, co jest uderzające w literaturze francuskiej – pisze Julia Hartwig – to rozpiętość skali: hugoliański geniusz francuskiego ducha i rabelaisowska rubaszność, mussetowski wdzięk i przejmujący zaśpiew Apollinaire'a, szaleństwo Lautréamonta, niewyczerpany żywioł poezji Rimbauda, skryta czułość kubizmu Reverdy'ego, wynalazczość paradoksu lirycznego u Jacoba. Stare i nowe, odrębne a wspólne, jak korzeń, łodyga, liść i kwiat w jednej roślinie. Literatura Francji jest może jedyną w Europie, w której rodzące się style miały czas okrzepnąć i dojrzeć, ustępując miejsca następnym, choćby ta przemiana miała pozory rewolucyjne, jak w wypadku surrealizmu". A więc paradoks: poczucie ciągłości, pewność trwania, dzięki któremu właśnie można rozwinąć indywidualność, a twórczość poetycka staje się „wielką, podejmowaną w duchu nieskrępowanej swobody, przygodą". Wachlarz możliwości rozpiętych między skrajnym wyrafinowaniem i ostentacyjną prostotą, zakorzenieniem w tradycji i obrazoburczym poszukiwaniem Nowego.
„Od momentu, kiedy znalazłam się we Francji, wszystko, co tam przeżyłam, zaważyło na mojej drodze, wpłynęło na moje zainteresowania, na mój stosunek do świata, na moje pasje i pracę. Powroty do Paryża stały się rodzajem nałogu, który ze zrozumiałych względów niełatwo było zaspokoić"... Kiedy czytamy te słowa Julii Hartwig, przypomina się miniatura z jej „Błysków":
Ten uśmiech na ustach cudzoziemców spotykanych na ulicach Paryża. Idą jak we śnie, w zapatrzeniu.
Ów nałóg czy pasja podszyte są jednak u autorki „Błysków" melancholią: bowiem miłości do Francji towarzyszy świadomość różnicy. Nieuchronnej, bo płynącej z odmienności doświadczeń historycznych. Owszem, Francja staje się czymś własnym – ale właśnie w indywidualnym, prywatnym wymiarze. Nie da się zapomnieć, że żyjemy „na trakcie przechodnim Europy", nie zaś „w kraju przypominającym zaciszną posiadłość/na której dostatek złożył się trud pokoleń niemarnowany przez następne pokolenia"; że nie dana nam została łaska ciągłości.
Wiersz, z którego pochodzą te cytaty i który nadał tytuł całej książce, powstał w czasie szczególnym: w roku 1981. Wtedy słowa: „A jednak porzucamy wygody i zasobne biblioteki/muzea z nieprzebranym bogactwem obrazów/i życzliwych przyjaciół którzy ofiarowują nam co mają najlepszego/i wracamy tam gdzie innym wydaje się że żyć nie sposób" miały mocną wymowę. Dziś, w dobie otwartych granic, dramatyzm tamtych wyborów jest już historią; w dodatku Paryż dawno przestał być artystycznym centrum świata, a literatura francuska w powszechnym odbiorze zeszła na drugi plan, zwłaszcza w porównaniu z anglosaską. Książka Julii Hartwig budzi chęć powrotu do świata francuskiej kultury – i nostalgię za barwną wielokształtnością epoki, w której rodziła się nowoczesność. (Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2007, ss. 422. Kilka świetnych ilustracji – m.in. portrety fotograficzne Nervala i Baudelaire'a autorstwa Nadara – a na obwolucie rysunek Józefa Czapskiego. Prócz własnych przekładów autorka umieściła w książce tłumaczenia Adama Ważyka – sonet „El Desdichado" Nervala – oraz Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza – wiersze Baudelaire'a „Albatros" i „Balkon".)
wróć
***
Nicholas Thomas: OKRYCIA. PODRÓŻE KAPITANA COOKA W końcu 1778 roku okręty wyprawy kapitana Jamesa Cooka dopłynęły do największej z wysp archipelagu Hawajów. 17 stycznia Cook z towarzyszami zeszli na ląd w zatoce Kealakekua. Powitani uroczyście przez miejscowych kapłanów, wzięli następnie udział w rytuale, którego sensu – jak dziś wiemy – nie umieli właściwie odczytać. W następnych dniach traktowano ich z najwyższym szacunkiem. „Cieszyliśmy się spokojem, jakiego nie zaznaliśmy nigdzie indziej na tych morzach" – zanotował James King, drugi oficer okrętu „Resolution". Równocześnie między marynarzami a miejscowymi trwał handel i wymiana podarunków. 24 stycznia pojawił się nieobecny wcześniej król Kalani'opu'u, ofiarowując kapitanowi płaszcze utkane z puchu i piór tysięcy leśnych ptaków. 2007-06-06 4 lutego „Resolution" i „Discovery" wyszły na morze, jednak kilka dni później sztorm zmusił je do powrotu.
Tym razem przyjęcie było inne. „Bardzo niewielu tubylców wyszło nas powitać, co zraniło naszą dumę" – pisze King. Wkrótce zaczęły się kradzieże, prowadzące do coraz ostrzejszych konfliktów. Gdy rano 14 lutego stwierdzono brak kutra zacumowanego przy burcie „Discovery", Cook postanowił wymusić jego zwrot i wyruszył do siedziby króla, by wziąć go na zakładnika. Doszło do walki, podczas której podróżnik zginął. W odwecie żeglarze zabili kilkudziesięciu Hawajczyków. Po zawieszeniu broni szczątki Cooka – uda, golenie, czaszkę skalp i ręce, „porządnie zawinięte w duży płat tkaniny" – powróciły na okręt. 21 lutego „powierzono je morskim głębinom".
Dlaczego zacząłem od końca? Bo odpowiedź na pytanie o głębsze źródła konfliktu, który doprowadził do śmierci słynnego odkrywcy, wprowadza w zasadniczy temat książki Nicholasa Thomasa, urodzonego w 1960 r. w Sydney badacza ludów Pacyfiku, profesora antropologii Uniwersytetu Londyńskiego. Nie napisał on kolejnej biografii Cooka, choć narrację podporządkował przebiegowi trzech jego wypraw. Przypomnijmy, że pierwsza (sierpień 1768 – czerwiec 1771) prowadziła wokół przylądka Horn do Wysp Towarzystwa, wokół Nowej Zelandii i wzdłuż wybrzeża Australii na Ocean Indyjski. Podczas drugiej (lipiec 1772 – lipiec 1775) w poszukiwaniu Lądu Południowego Cook przekroczył Koło Podbiegunowe, krążąc po Pacyfiku odwiedził prócz Nowej Zelandii i Tahiti także archipelag Tonga, Nowe Hebrydy, Nową Kaledonię, Markizy, Niue i Wyspę Wielkanocną, a następnie Ziemię Ognistą i Georgię Południową. Głównym celem podróży trzeciej, rozpoczętej w lipcu 1776, było poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego; płynąc wokół Przylądka Dobrej Nadziei, przez wyspę Kerguelena, Tasmanię, Nową Zelandię, Tonga, Tahiti i hawajską Kauai kapitan dotarł do zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej i penetrował je aż po północ Alaski, by powrócić na Hawaje, gdzie zginął.
Analizując przebieg wypraw, Thomas skupia się na relacjach między Cookiem i jego załogą a tubylcami i daje przenikliwą analizę europejskich dylematów związanych ze stosunkiem do ludów „dzikich". To wciągająca historia spotkania kultur, podczas którego ciekawość i fascynacja miesza się z obcością, dobra wola podszyta bywa poczuciem wyższości, nad deklarowanymi wartościami triumfują czasem niskie instynkty, a przykładanie własnych miar do obcego systemu pojęciowego prowadzi do nieporozumień.
Życie Cooka – „głównego europejskiego protagonisty w osiemnastowiecznej Oceanii" – staje się w tym ujęciu „soczewką dla nowego spojrzenia" na inspirujące spotkanie kultur. „Stawiam sobie za cel – pisze autor – wykroczenie poza fałszywe pewniki gloryfikujących i krytycznych biografii odkrywcy i chcę się zmierzyć z pogmatwaną i niewygodną rzeczywistością tamtych czasów. Podróże Cooka nie były niewinnymi przedsięwzięciami humanitarnymi, ale też nie były to działania czysto agresywne i zaborcze". Choć oddanie sprawiedliwości obu stronom jest trudne, bo dysponujemy niemal wyłącznie relacjami Europejczyków, to jednak współczesna antropologia daje nam do ręki nowe instrumenty.
Wiele w tej opowieści scen niezwykłych – Europejczycy spoglądający z mieszaniną zgrozy i niezdrowego podniecenia na Maorysów spożywających fragment głowy zabitego przeciwnika (sami zresztą sprowokowali tę scenę, a wcześniej nieświadomie przyczynili się do wybuchu lokalnej wojny); Cook z obnażonym torsem uczestniczący w tongijskiej uroczystości religijnej. Powróćmy jednak do tej, od której rozpoczęliśmy. Co właściwie zdarzyło się na wyspie Hawaii w styczniu i lutym 1778 roku?
Otóż przybywając do zatoki Kealakekua – tłumaczy Thomas – Cook nieświadomie wkroczył w sam środek rytualnego dramatu. Chodziło o doroczny cykl, w którym bóg wojny Ku ustępował pola bogowi pokoju i płodności Lono, identyfikowanemu z ludem „rdzennym", podbitym przez przybyłych później wojowników. W tym czasie, zwanym Makahiki, żywi przedstawiciele boga Ku – a więc wodzowie czy królowie, jak Kalani'opu'u – przebywali w odosobnieniu. Cook przybył na Hawaje w początku tego czasu, jego okręty opłynęły wyspę w tym samym kierunku, w którym posuwała się procesja Lono, w dodatku żagle przypominały abstrakcyjny wizerunek bóstwa – białą płachtę rozpiętą na maszcie z poprzeczką. Nic dziwnego, że wodza przybyszów potraktowano jako inkarnację Lono, a uroczyste przyjęcie było w istocie obrządkiem powitania i karmienia boga...
Nieszczęście chciało, że gdy na skutek sztormu okręty musiały zawrócić do zatoki, czas Lono już się skończył. Powrót jego wcielenia, któremu oddano przecież należny hołd, uznano zapewne za złamanie reguł i niepokojące naruszenie świętego cyklu. W sytuacji konfliktu doprowadziło to do uśmiercenia intruza, a jego zwłoki – jak opowiedzieli Jamesowi Kingowi dwaj kapłani Lono, opłakujący utratę inkarnacji bóstwa – poćwiartowano i spalono. Paradoks tragicznej śmierci Cooka tkwi w tym, że choć jego wyidealizowany wizerunek nie do końca zgodny jest z prawdą, to jednak, przy wszystkich swoich wadach i porywczości, wykazywał on w kontaktach z ludami Oceanii bardzo wiele dobrej woli, rozsądku i prawdziwej chęci zrozumienia Obcego. (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, ss. 594. Przekład: Janusz Szczepański. W tekście ilustracje, na końcu mapy, bibliografia i indeksy.)
wróć ***
Jerzy Forster: PODRÓŻ NAOKOŁO ŚWIATA Wznowienie klasycznego dzieła, po którą warto sięgnąć podczas lektury Thomasa. 2007-06-06 Urodzony pod Gdańskiem George Forster (1754–1794) był potomkiem szkockich emigrantów, którzy z powodów religijnych schronili się w Rzeczypospolitej. Pod koniec lat 60. jego ojciec Johann Reinhold, teolog i przyrodnik, przeniósł się wraz z rodziną do Anglii. Mianowany naczelnym przyrodnikiem drugiej wyprawy Cooka, zabrał z sobą niespełna osiemnastoletniego syna, i to on właśnie stał się autorem jednej z najbarwniejszych i najchętniej czytanych relacji z tej podróży, uwzględniającej na równi przyrodę odległych krain, jak i obyczaje ich mieszkańców; włącznie ze wspomnianą wcześniej pokazową sceną kanibalizmu, którą najbardziej przerażony i zgorszony był towarzyszący wyprawie Polinezyjczyk z Wysp Towarzystwa... Książkę Forstera do dziś czyta się z przyjemnością – tym większą, że pięknie została na polski przełożona. (Libron, Kraków 2007, ss. 264. Tłumaczenie, wybór i opracowanie: Michał Ronikier.)
wróć
***
Marta Wyka: PRZYPISY DO ŻYCIA 2007-06-05 Za motto autorka wybrała przewrotnie fragment z „Czwartych ćwiczeń pamięci" Erwina Axera: „Powiastki autobiograficzne interesują autora, a poza nim nikogo. W tym sęk. Mądrzy ludzie zawsze wiedzieli, że jedynym tematem, którego w rozmowie na pewno nie wolno poruszać, jesteśmy my sami". Przewrotność to podwójna. Axer, dystansując się ironicznie od prozy autobiograficznej, sam ją z powodzeniem uprawia. Marta Wyka zaś pokazuje, że własną biografię uczynić można punktem wyjścia wciągającej, choć nieco melancholijnej narracji nie tylko o rodzinie, ale i o pewnej formacji społecznej, o losach pokolenia, wreszcie o ludziach, którzy z naszej pamięci znikają, choć przecież i oni – jak śpiewano w Piwnicy pod Baranami – „mieli swoją opowieść", czasem naprawdę godną uwagi.
Najpierw więc rodzina. „Nie jestem ogniwem znamienitego rodu. Ta historia będzie zapewne krótka i na mnie się skończy. Dziwna historia, epizod bez przyszłości. Ale w tym epizodzie, od czasu do czasu, przebiegają błyski, które, jak myślę, warto zatrzymać". To rzadziej opisywany fragment genealogii polskiej inteligencji. Małomiasteczkowi kupcy i przedsiębiorcy własną pracą budujący swój dobrobyt, dbający o wykształcenie dzieci, niepozbawieni ambicji artystycznych, przegrali w starciu z historią: wojna, potem nowy ustrój, w którym nie było dla nich miejsca. Obrazem symbolicznym jest amfilada pustych niemal pokoi w krzeszowickim domu dziadków: pustych, bo czekających na nowe meble, które nie miały się już pojawić.
A więc klęska? No, niezupełnie, zwłaszcza jeśli pamiętać o „synu kupca drzewnego" – ojcu autorki, profesorze Kazimierzu Wyce... Pod koniec książki Marta Wyka przytacza obszerne fragmenty notatek ojca, szkiców do dziennika, który nigdy nie powstał. Pochodzą z różnych lat okresu powojennego – 1953, 1966, 1968, 1971 – ale we wszystkich wyczuwa się ten sam niepokój: jak w nowej rzeczywistości ocalić to, co ważne i autentyczne, jak sprawić, by element „istnościowy" przeważył jednak nad „nibywałym" („nowotwór przymiotnikowy od niby" – tłumaczy diarysta), który w tej rzeczywistości z reguły króluje. Te dwa neologizmy wydają się tutaj kluczowe, bo przecież doświadczenie kształtowania indywidualności w świecie z założenia „nibywałym" i w „czasach szczelnie ubranych" (to już określenie Marty Wyki) było doświadczeniem pokoleniowym.
O tym pokoleniu, o jego wyborach i ścieżkach kariery, o roli, jaką w jego historii odegrał Marzec'68 („to był kres wspólnot, kres niewiedzy, koniec beztroski"), przeczytamy tutaj sporo. W tonacji lżejszej – na przykład w szkicu o „Dziewczętach z tamtych lat", zainspirowanym przez (krakowską jeszcze) redakcję „Przekroju", która kilka lat temu opublikowała cykl rozmów z niegdysiejszymi „dziewczętami z okładki" fotografowanymi przez Wojciecha Plewińskiego. Albo w obrazku z lat „emigracji wewnętrznej", gdzie tematem przewodnim są... wersalki i kanapy, na których tłoczyli się „dyskutanci, projektodawcy oraz sympatycy". W tonacji poważniejszej – w portretach nieżyjących przyjaciół i znajomych, postaci niekiedy emblematycznych dla swoich czasów. Przewijają się przed naszymi oczami rozmaite losy, różne uwikłania i niespełnienia, pojawia się wątek żydowski. Wśród bohaterów są między innymi Roman Zimand i zmarły przedwcześnie Michał Sprusiński, tożsamość jednej z osób (z życiorysem mało chlubnym) pozostaje nierozszyfrowana...
Galeria osób sportretowanych w tej książce nie jest jednak zdeterminowana pokoleniowo. Bardzo ważne miejsce zajmują w niej fascynujące Damy (to chyba najwłaściwsze określenie). Zofia Jachimecka, wdowa po znanym muzykologu i tłumaczka z włoskiego, prowadząca ostatni w Krakowie salon. Anna Irena Brzozowska, córka Stanisława, która jednak nigdy nie chciała mówić o przeszłości i tajemnicy swojego ojca. Wincentyna z Wodzinowskich Stopkowa, córka i żona artysty. I dwie paryskie przyjaciółki autorki: Ola Watowa, żona Aleksandra i strażniczka jego pamięci, oraz Olga Scherer, badaczka literatury i pisarka, której książki (wyjąwszy „Psim swędem", opowiastkę o krakowskim dzieciństwie) nie znalazły dotąd drogi do krajowego czytelnika, a jedna pozostaje nadal w maszynopisie.
Paryż to dla autorki miejsce ważne – a miejsce rozumiane jako przestrzeń kulturowa stanowi kolejny wątek „Przypisów do życia". Mamy więc Paryż stypendystki z Polski, Paryż prywatnych szlaków (na przykład do istniejącego jeszcze wtedy Bateau Lavoir, mieszczącego niegdyś pracownie malarzy) i emigracyjnych postaci mniej dziś pamiętanych, jak awangardowy poeta Jan Brzękowski. Wcześniej – Zakopane, w którego górskim powietrzu przecinają się niewidzialne linie życiorysów, a nieistniejąca już stara apteka rodziny Tabeau przy Krupówkach zmartwychwstaje nagle podczas lektury dziennika Bronisława Malinowskiego. Krzeszowice, rodzinne miasteczko Wyków. No i oczywiście Kraków. Nie jest to tak modna dziś wędrówka przez „miasto magiczne", raczej nostalgiczny szlak domów, które umarły, choć kiedyś kwitło w nich życie, rodziły się dzieła i ścierały idee.
„Wiele domów w Krakowie bezpowrotnie utraciło swoje dusze: i ten na Krupniczej, gdzie jęczą i straszą literackie fantomy, i ten na Karmelickiej, gdzie wódkę pijał Przybyszewski, i ten obok teatru Bagatela, gdzie łkając, padał na łóżko młody lekarz, niejaki Boy (choć może to łóżko stało w jakimś innym mieszkaniu?), i ten na Piłsudskiego, gdzie Ferdynand Hoesick przyjmował damy w gabinecie (jeżeli przyjmował je pod okiem małżonki), i ten niedaleko mostu Dębnickiego, gdzie wspaniali mężczyźni malowali z rozmachem lepsze lub gorsze obrazy, aby potem zasiąść do obfitej kolacji albo udać się na przejażdżkę na drugą stronę Wisły, podczas gdy ich córki usidlały w salonie coraz to nowych zalotników, albo to mieszkanie na Długiej, gdzie młoda Zofia N. spotykała się potajemnie z żonatym kochankiem, i tyle jeszcze innych mieszkań, domów, pokojów, okien".
Jeśli komuś uda się wedrzeć na klatkę schodową kamienicy przy Krupniczej 22, albo pomiędzy reklamowymi tablicami przytwierdzonymi do ogrodzenia zajrzeć do zapuszczonego ogrodu Kossakówki (to ów dom „niedaleko mostu Dębnickiego") – przyzna rację autorce. A czy przyrośnięty do gmachu koszar przy Siemiradzkiego budyneczek, mieszczący dziś policyjną stołówkę, to naprawdę willa rodziców Olgi Scherer? Okazuje się, że nawet profesorska „trumna" – zaprojektowany przez Ludwika Wojtyczkę modernistyczny dom przy zbiegu Łobzowskiej i alei Słowackiego – utraciła nie tylko obtłuczone dekoracje z czarnej glazury, ale i historię.
Autorka nie oburza się na teraźniejszość za to, że jest, jaka jest. Świadoma praw przemijania, nie poddaje się łatwej nostalgii. Upomina się tylko o pamięć i sama stara się ocalić to, co uważa za istotne. Nie chce rozliczać przeszłości, godzi się także z tym, że niektórych bardzo ważnych spraw nie opisze. W zakończeniu, gdzie znalazł się szkic do portretu ojca i historia jego pogrzebu, który w 1975 r. poprowadził na cmentarz Salwatorski kardynał Karol Wojtyła, przeczytamy i takie zdania: „Obchodzę tę postać z różnych stron i nie przybliżam się do niej. Tajemnica Kazimierza Wyki pozostanie już na zawsze jego własnością".
„Nie wybierałam czasów – pisze Marta Wyka kilka stron wcześniej – a teraz czuję niewyraźnie, że mam ponosić za nie odpowiedzialność. Jest to uczucie tym bardziej żenujące, że wpływ na bieg dziejów mieliśmy minimalny, w każdym razie w tych latach, gdy od życia domagaliśmy się najwięcej. Więc może nie idzie o jakość przeżywanych wydarzeń, tylko o siłę tego przeżycia?". A o tym zaświadczyć może tylko pismo, tylko literatura. (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, ss. 330. W tekście wiele ilustracji, na końcu indeks osób.)
wróć
***
TEN JEST Z OJCZYZNY MOJEJ. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945. Opracowali Władysław Bartoszewski, Zofia Lewinówna Wznowienie księgi od dawna nieosiągalnej nawet w antykwariatach, po czterdziestu latach od jej pierwszego wydania, jest wydarzeniem, które wypada na razie przynajmniej odnotować. 2007-05-22 Wszystko zaczęło się od ankiety ogłoszonej na łamach „TP" w marcu 1963 r. Władysław Bartoszewski zaapelował w niej o „nadsyłanie wspomnień osobistych, jak również relacji i informacji o cudzych (ale tylko na pewno i dobrze sobie znanych) doświadczeniach i przeżyciach związanych z różnymi formami pomocy niesionej Żydom przez Polaków w okresie okupacji na terenie całego kraju". Plon ankiety był ogromny, a nadesłane relacje stały się zrębem pierwszego wydania. Edytorem był krakowski Znak, a współautorką opracowania – Zofia Lewinówna, polonistka i redaktorka, która podczas okupacji z racji żydowskiego pochodzenia sama musiała się ukrywać, a po wojnie, jako działaczka katolicka, trafiła do stalinowskiego więzienia...
Egzemplarze sygnalne były gotowe w marcu 1967, siedmiotysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie. Tymczasem na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna sześciodniowa, a władze w Warszawie coraz wyraźniej przyjmowały kurs antysemicki. Potem przyszedł Marzec '68, interpelacja posłów koła Znak... Z jednej strony księga o Polakach ratujących Żydów mogła być jakoś wygodna dla organizatorów „antysyjonistycznej" kampanii propagandowej, z drugiej – ani sam Bartoszewski (współpracujący wtedy w dodatku tajnie z Wolną Europą), ani jego wydawca wygodni nie byli, nie wspominając już o tym, że tytuł wzięto z wiersza Antoniego Słonimskiego, który po Marcu znalazł się na indeksie.
„Proszę sobie wyobrazić nasz dylemat – wspomina dziś Bartoszewski w rozmowie z Marianem Turskim – jak zostaną odebrane przez ludzi myślących nasze starania o wznowienie? Była to bardzo niezręczna sytuacja, bo gdybym w jakikolwiek sposób rozluźnił swój związek z »Tygodnikiem Powszechnym«, gdybym w jakikolwiek sposób opowiedział się za jakąś grupą katolicką lub ideową jednoznacznie proreżimową, to oczywiście nie byłoby żadnych problemów...". Bartoszewski tego jednak – oczywiście – nie zrobił, Znak mimo kłopotów cenzuralnych i finansowych zaangażował się we wznowienie, a negocjacje z władzami, wsparte przez Andrzeja Szczypiorskiego, zakończyły się sukcesem. Ocalono nawet tytuł, tylko z okładki zniknęła gwiazda Dawida kojarząca się z flagą izraelską – i w 1969 roku nowe, dziesięciotysięczne tym razem wydanie, znacznie poszerzone i przeredagowane (jednak nie pod dyktando cenzury!), pojawiło się w księgarniach.
Przypominam tę historię, bowiem antologia „Ten jest z ojczyzny mojej" jest wprawdzie przede wszystkim poruszającym, wstrząsającym, zapierającym dech (żadne przymiotniki nie są tu zbyt mocne) świadectwem lat Zagłady, ale dzieje jej powstania i wydania pokazują, z jakimi pułapkami musiał się mierzyć za Peerelu badacz, chcący uczciwie opisać najnowszą historię. Na szczęście Władysławowi Bartoszewskiemu nigdy nie brakowało energii...
Obecna edycja opiera się na wydaniu drugim. Tekst pierwotny potraktowano jako dokument, nie uzupełniając przypisów ani nie aktualizując danych autorów relacji (korekta niestety chwilami szwankuje). Obudowano go natomiast z jednej strony cytowaną już rozmową Mariana Turskiego z Bartoszewskim, z drugiej zaś – recenzjami opublikowanymi przed czterdziestu laty w prasie krajowej i emigracyjnej. Wśród recenzentów są między innymi Michał Borwicz, Józef Czapski, Jerzy Turowicz, Hanna Malewska, Stefan Kisielewski (po Marcu objęty zakazem druku, swój tekst w „Znaku" podpisał „Antoni Wojciechowski"), Andrzej Kijowski, Marek Skwarnicki, Andrzej Garlicki, Daniel Passent, mieszkający w Londynie Józef Garliński, publikujący w telawiwskim dzienniku „Nowiny-Kurier" F. Schlang... Ich lektura to osobny temat; największe wrażenie zrobiły na mnie teksty Czapskiego i Malewskiej. I właśnie słowami Czapskiego chciałbym tę notę zamknąć: „Przeszłość zawarta w tej książce to nieprzemijający wkład nadziei na przyszłość". Mimo obecnej na jej kartach straszliwej grozy, mimo tego, co wiemy dziś o Jedwabnem. (Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny, Świat Książki, Warszawa 2007, ss. 936)
wróć ***
Stanisław Barańczak: FIOLETOWA KROWA. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej Czym jest literatura humorystyczna, która niczemu nie służy i nie chce naprawiać świata jak klasyczna satyra? Czy tylko pustą zabawą? A może czymś więcej? 2007-05-15 „Żeby dowcip był śmieszny – zauważa Stanisław Barańczak – musi odwołać się do którejś z elementarnych potrzeb, które tkwią bardzo głęboko w naszej naturze". Zastanawiając się nad specyfiką anglosaskiej poezji nonsensu, Barańczak dochodzi do wniosku, że jej efekt humorystyczny polega na zaspokojeniu szczególnie potężnie odczuwanej, a przy tym szczególnie wstydliwie ukrywanej „potrzeby wzięcia odwetu na samym istnieniu". Nonsensista „w kwestii owocności własnych zabiegów humorystycznych i w ogóle racjonalności bytu jest czarnym pesymistą". Nie obchodzą go bolączki ludzkości i nie zamierza ich leczyć ani piętnować, efekt komiczny dostrzega raczej w sprzeczności pomiędzy nieusuwalnymi ograniczeniami naszej egzystencji a uporem, z jakim ludzie starają się je przezwyciężyć. Autor humorystycznych wierszyków staje się kimś w rodzaju „śmieszniejszego poety metafizycznego".
Brzmi to wszystko poważnie, więc spieszę zapewnić, że lektura „Fioletowej krowy", która powraca do nas po kilkunastu latach od pierwszego wydania, z nową, niezwykłą okładką Eugeniusza Geta Stankiewicza, dostarcza przede wszystkim mnóstwo bezinteresownej radości. Chichotowi zaś, który się z czytelnika mimowolnie wydobywa, towarzyszy podziw dla wirtuozerii tłumacza-antologisty, dla jego pomysłowości w odtwarzaniu słownych łamigłówek, dobieraniu rymów i znajdowaniu polskich odpowiedników dla nieprzetłumaczalnych zda się angielskich oryginałów.
Co w książce znajdziemy? Utwory pisarzy angielskich i amerykańskich od Szekspira po Beatlesów (m.in. „When I'm 64") oraz E.J. Thribba, współczesnego autora o niezbyt pewnej tożsamości, publikującego w magazynie satyrycznym „Private Eye". Wiersze XVII-wiecznych poetów metafizycznych – Donne'a, Herricka i Marvella, pojedyncze utwory Pope'a, Samuela Johnsona, Coleridge'a i Byrona. Oczywiście solidne porcje klasyków poezji nonsensu: Edwarda Leara i Lewisa Carrolla. Hilaire Belloc i Edmund Clerihew Bentley, twórca gatunku zwanego „Clerihew" (humorystycznego czterowiersza biograficznego), którego anonimowe realizacje także tu są, obok sławnych anonimowych wierszyków dla dzieci czy limeryków. Amerykanin Ogden Nash (1902–1971), popularyzowany u nas przed laty na łamach „Przekroju". A obok XX-wieczni poeci „głównego nurtu": Robert Frost, Ezra Pound, e.e. cummings, Robert Graves, W.H. Auden, Elizabeth Bishop, Philip Larkin czy Charles Simic. Jest nawet Nabokov, a jako poeta-humorysta objawia się znany prozaik John Updike.
Wymieniłem niektórych tylko autorów, zachowując porządek chronologiczny, ale „Fioletowa krowa" ułożona została wedle zasady tematycznej, zgodnej z przytoczoną wyżej tezą o „metafizyczności" poezji nonsensu. Skoro bowiem chodzi o podstawowe dylematy naszej egzystencji, do nich właśnie należy się odwołać – stąd pojawiające się w tytułach kolejnych części tematy takie jak „Kłopot z istnieniem" („wynikają z niego same kłopoty"), „Kłopot z przestrzenią" („się rozciąga"), „Kłopot ze zwierzętami" („na ich rozsądku szczególnie trudno można polegać"), „Kłopot z ludzkością" („na jej rozsądku zupełnie nie można polegać") i tak dalej... Wśród dziewiętnastu kłopotów jest też „Kłopot ze śmiercią" („na niej jednej zawsze można polegać"). Kiedy zaś wydaje nam się, że z wszystkimi kłopotami się uporaliśmy, powraca podstawowy „Kłopot ze światem".
Pisząc o mistrzostwie translatorskim Barańczaka, warto podkreślić, że w przypadku poezji absurdu czy też nonsensu stosuje on bardzo różne strategie. Sam zresztą zastrzega we wstępie, że chcąc zachować ducha oryginału, dopuszczał się czasem znacznych dowolności. W przypadku form tak rygorystycznych jak limeryk musiał wybierać: czy iść za tropem nazwy użytej w pierwszym wersie jako rym, czy raczej starać się być wiernym „mechanice nonsensownej akcji". Co do szczegółów – odsyłam do innej książki Barańczaka, „Ocalone w tłumaczeniu", w której znajdziemy analizę obecnych także w „Krowie" przekładów humorystycznych wierszy Leara („Puchacz i kicia") i Belloca („Historia Henia").
Czytajmy więc tę niezwykłą antologię, która pozwala nie tylko wziąć „odwet na istnieniu", ale i nabrać dystansu do rzeczywistości; zwłaszcza dziś, kiedy ta rzeczywistość wydaje się szczególnie dotkliwa. Bezinteresowny, absurdalny humor pomaga się wyzwolić z jej terroru. (Wydawnictwo a5, Kraków 2007, ss. 320. Biblioteka Poetycka pod redakcją Ryszarda Krynickiego, tom 11.)
wróć ***
Aleksander Gieysztor: MITOLOGIA SŁOWIAN W „Niesamowitej Słowiańszczyźnie" Maria Janion postuluje, by opowiedzieć na nowo dzieje naszej kultury, uwzględniając dalekosiężne skutki historycznej traumy, jaką było zniszczenie pierwotnej tradycji słowiańskiej i odcięcie chrystianizowanych Słowian od ich korzeni religijnych i mitologicznych. „Jakieś przekleństwo ciąży nad mitologią słowiańską" – zauważa uczona. Czytelnikom jej książki polecić można na pociechę dwie właśnie wznowione prace, które pozwalają wejść w świat wierzeń naszych odległych przodków (czy raczej w to, co się z niego w szczątkowej postaci przechowało). 2007-05-10 Historia pierwszej z tych prac, dziś będącej pozycją klasyczną, jest dosyć osobliwa. Raczej się bowiem nie zdarza, by pionierskie dzieło wybitnego uczonego wydawano w popularnej serii i w stutysięcznym nakładzie – a to właśnie był przypadek „Mitologii Słowian" Aleksandra Gieysztora. Jak zauważa dziś Karol Modzelewski, autor „nie trudził się w tej pracy nad uprzystępnieniem szerokiemu gronu odbiorców istniejącego już dorobku badań religioznawczych, lecz podjął oryginalną próbę nowej interpretacji archaicznych kultów i kultur Słowiańszczyzny przed wprowadzeniem chrześcijaństwa". Posłużył się przy tym „nie tylko tradycyjnymi technikami wykorzystywanymi w historiografii i archeologii, ale także metodami badawczymi antropologii kulturowej i dorobkiem opisowej etnografii, a nadto odwołał się do językoznawstwa i teoretycznych schematów religioznawstwa porównawczego". Wywody te, pisze dalej Modzelewski, przedstawione zostały „językiem eleganckim, lecz specjalistycznym i wolnym od ułatwiających lekturę uproszczeń". Mimo to książka znalazła się w przeznaczonej dla szerokiego grona odbiorców serii „Mitologie świata" Wydawnictw Artystycznych i Filmowych, i miała dwie wysokonakładowe edycje (1982 i 1986).
Niewielkie, poręczne tomiki drukowane były niestety w epoce zapaści poligraficznej i dziś są nie tylko trudno czytelne, ale się po prostu rozpadają. Tekst zaś, zgodnie z wymogami stawianymi przez wydawcę, pozbawiony został przypisów i tzw. aparatu naukowego. Toteż dopiero wydanie obecne, opracowane na podstawie rękopisu przez Anetę Pieniądz i uzupełnione przez nią o materiały wydobyte z archiwum autora, opatrzone cytowanym tu już wstępem prof. Modzelewskiego oraz posłowiem innego znawcy tematyki słowiańskiej, Leszka P. Słupeckiego, uznać można za kanoniczne. Ukazuje się ono, przypomnijmy, w osiem lat po śmierci prof. Gieysztora.
Szczupłość źródeł dotyczących wierzeń naszych słowiańskich przodków i mała wiarygodność wielu późniejszych przekazów na ten temat skłoniła niektórych badaczy do daleko idącego sceptycyzmu. „Historia badań nad religią Słowian jest historią rozczarowań" – stwierdzał Stanisław Urbańczyk, negując wręcz istnienie czegoś takiego jak mitologia słowiańska, która tworzyłaby spójny system. „Odwołanie się przez Aleksandra Gieysztora do innych rodzajów źródeł niż tylko przekazy pisane i otwarcie na inne metodologie niż tylko pozytywistyczny warsztat krytyki tekstu pisanego sprawiło – pisze Słupecki – że oto mitologia Słowian ożyła i okazała się być po prostu normalną, politeistyczną mitologią ważnego indoeuropejskiego ludu, w niczym pod tym względem nie gorszego od swoich germańskich, bałtyjskich czy celtyckich pobratymców". Sięgnięcie do dorobku fenomenologii religii i antropologii kulturowej oraz wykorzystanie bogatego materiału etnograficznego pozwoliło odtworzyć strukturę dawnych wierzeń, model panteonu bóstw wspólny w zasadniczych zarysach wszystkim Słowianom i odpowiadającą mu wizję kosmologiczną.
Na początku rozdziału XII („Duchy i demony") pisze Gieysztor tak: „Bogowie słowiańscy spłynęli Dnieprem i Wołchowem, ich posągi potopiono w jeziorach wielkopolskich, ich popioły zmieszały się ze zgliszczami Arkony. Pozostawili jednak sporo śladów wyżłobionych w mentalności ludzkiej, najwięcej w dziedzinie nazywanej zazwyczaj demonologią. Przetrwał rój drobnych istot mitycznych, które otaczały lub współistniały z bóstwami pierwszego i drugiego rzędu, a po zniszczeniu tego panteonu wraz z ośrodkami kultu i obrzędami zaczęły swój samodzielny i długotrwały żywot w kręgu domowym i wiejskim". Współczesny uczony potwierdza więc trafność intuicji romantyków, którzy w tym właśnie kręgu szukali przejawów słowiańskiej swoistości. W ten sposób znów wracamy do przywołanej na początku Marii Janion i tematów, które stanowią przedmiot jej badań i fascynacji...
Trudno laikowi w krótkim tekście napisać coś więcej o książce tak gęstej i bogatej. Do najłatwiejszych ona nie należy – ale dla wszystkich, którym nieobojętna jest nasza najdawniejsza, zapomniana przeszłość, stanowić powinna lekturę obowiązkową. Mimo że jej nakład stanowi – takie czasy – ledwie niewielki ułamek tamtych, masowych wydań sprzed ćwierćwiecza. (Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2007, ss. 408, seria „Communicare – historia i kultura". Przypisy, ilustracje na wkładkach, na końcu obszerna bibliografia, zabrakło tylko indeksu.) wróć
Małgorzata Jackiewicz-Garniec, Mirosław Garniec: ZAMKI PAŃSTWA KRZYŻACKIEGO W DAWNYCH PRUSACH. POWIŚLE, WARMIA, MAZURY 2007-08-12 Jeśli ktoś zamierza wędrować śladami Krzyżaków, polecam lekturę tej księgi. Do plecaka wziąć ją wprawdzie trudno, bo sporo waży, ale to jej jedyna wada, a ciężki kredowy papier zapewnił za to świetną jakość ilustracji. Zamki w Malborku, Olsztynie czy Nidzicy, odrestaurowane i udostępnione do zwiedzania, są turystom dobrze znane – to jednak tylko fragment, choć bardzo ważny, znacznie dłuższej opowieści. W książce, która nie obejmuje całego terenu państwa krzyżackiego w dobie jego świetności, znajdziemy aż czterdzieści sześć haseł. Gęsta sieć warowni związana była z podziałem administracyjnym terenów podbitych przez Zakon i stopniowo ukształtowały się typy zamków odpowiadające kolejnym szczeblom władzy.
„Pierwszy typ – pisze Mirosław Garniec – to najważniejszy i najpotężniejszy zamek, siedziba komtura i konwentu klasztornego, oparty na wypracowanym pod koniec XIII w. wzorcu". Wpływ zamków konwentualnych widać także w siedzibach biskupich, jak Lidzbark Warmiński i Kwidzyn. Typ drugi stanowią „zamki urzędników krzyżackich podległych komturom – wójtów, niższych rangą prokuratorów i najniższych w hierarchii komorników". Program architektoniczny tych warowni – które nie były już siedzibami klasztorów – odpowiadał pozycji urzędu w hierarchii państwa. Dzieje Zakonu Niemieckiego i ich państwa w Prusach przedstawia we wprowadzeniu historyk dr Janusz Trupinda. O architekturze zamków krzyżackich i pełnionych przez nią funkcjach, nie tylko obronnych, pisze prof. Marian Arszyński, a o typach zamków – Marian Garniec. „Grupę zamków krzyżackich w Prusach jako zjawisko całościowe cechuje na tle ogólnoeuropejskim nie tylko niezwykła jednorodność formalna, ale także wyjątkowa oryginalność" – zauważa prof. Arszyński. Zasadniczą część tomu stanowią alfabetycznie ułożone hasła poświęcone kolejnym zamkom. Nie wszystkie wyglądają dziś tak imponująco, jak wspomniany Malbork czy choćby Reszel. Niektóre zachowały się tylko fragmentarycznie, po innych – zniszczonych niekiedy jeszcze w latach wojny trzynastoletniej, jak zamek w Garbnie – nie pozostał ślad i zlokalizować je można tylko na podstawie badań archeologicznych. Ze zburzonego w 1454 r. przez mieszczan zamku komturskiego w Elblągu ocalała jedynie... słodownia. Strażnica w Bezławkach w XVI wieku zaadaptowana została na kościół. Na średniowiecznych piwnicach zameczku myśliwskiego w Jegławkach wybudowano w XIX wieku neogotycki pałac. Okazały zamek kapituły pomezańskiej w Szymbarku do 1945 r. był zamieszkany, przetrwał też działania wojenne, ale w kwietniu 1945 r. go podpalono, a dwa lata później częściowo wysadzono w powietrze i dziś jest malowniczą ruiną... Trzeba więc mozolnie odtwarzać pierwotny wygląd budowli. By czytelnikowi ten wygląd unaocznić, autorzy nie tylko reprodukują dawne sztychy, ale też posługują się specjalnie sporządzonymi rysunkowymi i malarskimi rekonstrukcjami; te ostatnie wystylizowano na pejzażyki, jakby ze średniowiecznych obrazów ołtarzowych. No i oczywiście jest całe mnóstwo współczesnych, bardzo ładnych i doskonale zreprodukowanych fotografii. „Zamki..." to druga praca autorskiej pary – pierwsza, poświęcona „Pałacom i dworom dawnych Prus Wschodnich", spotkała się z dobrym przyjęciem zarówno fachowców (chwalił ją bardzo śp. Tadeusz Chrzanowski), jak i zwykłych czytelników, doczekała się też przekładu na język niemiecki. Małgorzata Jackiewicz-Garniec jest historykiem sztuki, Mirosław Garniec ukończył malarstwo na uniwersytecie w Toruniu, zajmuje się fotografią i projektowaniem graficznym. Swoje książki wydają we własnej oficynie. W planach mają tom trzeci dotyczący architektury sakralnej – pozostaje życzyć powodzenia! (Studio Wydawnicze Arta, Olsztyn 2007, ss. 448. Malowane i rysunkowe rekonstrukcje zamków: Bożena Januszewska, Katarzyna Wolska.) wróć Ross King: EKSLIBRIS
2007-08-21
W 1980 r. czterdziestoośmioletni wówczas włoski teoretyk literatury, badacz dziejów estetyki i znawca kultury masowej, profesor Umberto Eco, wydał swoją pierwszą powieść – „Imię róży". Sześć lat później zadebiutował jako powieściopisarz trzydziestopięcioletni hiszpański dziennikarz i korespondent wojenny, Arturo Pérez-Reverte. Listę nazwisk można by bez trudu pociągnąć. Gdy dziś wejdziemy do którejkolwiek większej księgarni, znajdziemy z kilkadziesiąt powieści (w tym co najmniej kilka polskich), w których sensacyjno-kryminalna intryga umieszczona została w historycznym sztafażu – od starożytności po niemiecki Wrocław czasu klęski nazizmu – albo też, choć akcja toczy się współcześnie, rozwiązania zagadki szukać trzeba w odległej przeszłości. W ślad zaś za słowem pisanym idzie często kino, by wspomnieć choćby „Dziewiąte wrota" Polańskiego według Péreza-Reverte.
Oczywiście Umberto Eco nie był pierwszym pisarzem, który skrzyżował powieść kryminalną z historyczną (dorzucając przymieszkę traktatu filozoficznego) – jednak olbrzymi sukces prozatorskiego debiutu uczonego na pewno rozbudził zainteresowanie czytelników tego rodzaju literaturą, no i zachęcił naśladowców, których dzisiaj mamy legion. Produkcja ich jest bardzo zróżnicowana, zarówno jeśli chodzi o odmiany gatunkowe, jak i ambicje artystyczne. Trudno przecież porównywać wielopłaszczyznową, opartą na świetnej znajomości myśli średniowiecznej grę literacką, jaką jest „Imię róży", z bałamutną w sferze faktów, skrajnie zideologizowaną i dosyć w gruncie rzeczy marną opowiastką Amerykanina Dana Browna (rocznik 1964), która nieoczekiwanie stała się największym bestsellerem lat ostatnich. Cóż, potomstwo bywa bardziej lub mniej udane... *** Ross King (rocznik 1962), Kanadyjczyk, który w 1992 r. przeniósł się do Anglii i mieszka dziś w Woodstock koło Oksfordu, ambicjami swymi sytuuje się zdecydowanie bliżej Eco niż Browna. Opublikował dwie książki o włoskim renesansie: jedna, „Brunelleschi's Dome", poświęcona jest budowie katedry we Florencji, druga, „Michelangelo and the Pope's Ceiling" – freskom Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. W kolejnej („The Judgment of Paris") zajął się epoką narodzin impresjonizmu w malarstwie, portretując dwóch francuskich artystów z przeciwnych obozów – Meissoniera i Maneta. Pierwsza jego powieść, „Domino", ma za tło Londyn drugiej połowy XVIII wieku. Rozrzut zainteresowań dosyć imponujący. Akcja „Ekslibrisu" rozpoczyna się również w Londynie, tyle że sto lat wcześniej. Jest rok 1660, dopiero co zakończyła się burzliwa epoka rewolucji i rządów Cromwella (jego ciało zostanie wkrótce wywleczone z grobu w opactwie westminsterskim), przywrócono monarchię, a tron objął Karol II Stuart. Narrator, czterdziestoletni samotny wdowiec Isaac Inchbold, wiedzie życie spokojne i kontemplacyjne, z dala od spraw publicznych, w otoczeniu ksiąg – jest bowiem właścicielem jednej z księgarń na London Bridge. Jej siedziba, położony pośrodku mostu Nonsuch House, stanowi zarazem mieszkanie Inchbolda i jego pomocnika. Dodajmy, że Inchbold doskonale zna się na swoim fachu i należy do tego gatunku księgarzy, którzy książkami nie tylko handlują, ale też je czytają, a nawet kochają. Astmatyk, chromający na jedną nogę, nie opuszcza właściwie Londynu. Gdy jednak otrzyma list od Alethei Greatorex, lady Marchamont, zapraszający „w przygnębiających sprawach nie cierpiących zwłoki" do jej siedziby w Dorsetshire – wiedziony niezrozumiałym impulsem wybierze się w niezwykłą dla siebie wyprawę, by odwiedzić nieznaną kobietę, jak się okaże – niezwykłą i nieco ekscentryczną. Wizyta w Pontifex Hall – podupadłym za czasów rewolucji cromwellowskiej pałacu ze wspaniałą, choć również podupadłą biblioteką oraz tajemniczym laboratorium – i zlecenie, jakie Isaac otrzyma od Alethei, staną się początkiem łańcucha wydarzeń, które narażą go na niejedną przygodę, a których sens zarówno bohater, jak i czytelnik poznają dopiero na ostatnich kartach. Intrygi oczywiście nie zdradzę, wspomnę tylko, że kluczem do niej jest postać nieżyjącego już (zamordowanego!) ojca lady Marchamont, sir Ambrose'a Plessingtona, który wśród wielu innych zajęć trudnił się pozyskiwaniem rzadkich ksiąg – przede wszystkim dla praskiej biblioteki Rudolfa II, cesarza-alchemika. Równolegle zaś z opowieścią Inchbolda toczy się w książce narracja o cztery dekady wcześniejsza. Rozpoczyna się ona na praskich Hradczanach w początku wojny trzydziestoletniej, w ostatnich tygodniach panowania „zimowego króla" Ferdynanda, elektora Palatynatu powołanego na tron w Pradze przez stany czeskie. Towarzyszymy parze zakochanych – bibliotekarzowi z Hradczan Vilémovi Jiraskowi i Emilii Molyneux, dwórce żony „zimowego króla", Elżbiety Stuart – w ich odysei wraz ze skrzyniami pełnymi, jakże by inaczej, ksiąg z cesarskiej biblioteki. Celem będzie Anglia i nietrudno się domyślić, że obie historie mają ze sobą ścisły związek. Fabularne rusztowanie podtrzymuje rozległy, pełen szczegółów i pobocznych wątków obraz burzliwej epoki, rozdzieranej konfliktami religijnymi i politycznymi, rywalizacją między katolickim cesarzem i protestanckimi książętami Rzeszy, Anglią i Hiszpanią, epoki tajemnych praktyk alchemicznych i wspaniałego rozwoju nauki. Mamy tu sir Waltera Raleigh i jego wyprawę do Gujany; pisma hermetyczne i odkrycia Galileusza; pokaźną dawkę wiedzy z dziedziny kartografii, kryptologii, funkcjonowania poczty (i cenzury listów), techniki produkcji papieru i wyrobu atramentów zwykłych oraz sympatycznych. Do tego smakowite opisy ksiąg, ich rozmaitych wydań i opraw – erudycyjny labirynt, w którym można się zgubić (zbyteczne chyba dodawać, że prawdziwy labirynt, ogrodowy, również odegra pewną rolę w akcji). Jak w każdym thrillerze, napięcie narasta, a zarówno biedny Isaac, jak i my sami dajemy się zwieść mylnym tropom. Jeśli powraca wciąż wątek dzieł składających się na „Corpus hermeticum", nie musi to wcale znaczyć, że „Ekslibris" okaże się kolejną powieścią poświęconą depozytariuszom ezoterycznej wiedzy tajemnej. Zresztą zdecydowanie racjonalistyczne poglądy Inchbolda (pisma alchemiczne to dlań „baliwernie szarlatanów") powinny dać czytelnikowi do myślenia... Ów sympatyczny i nadzwyczaj oczytany bohater, który wyrusza w świat niczym Don Kichot (nie przypadkiem w jednej ze scen czyta angielski przekład powieści Cervantesa!), zdaje się być czasem wyposażony w rodzaj nadświadomości; jego wiedza o rzeczywistości i zdolność jej całościowej oceny przekracza chyba perspektywy człowieka jego czasów. Zdarza się też, że z kolei erudycja autora budzi wątpliwości – czy w 1660 roku w Londynie mogły już istnieć kawiarnie??? Nie zmienia to faktu, że powieść wciąga, a opisy rozmaitych zakamarków siedemnastowiecznej angielskiej metropolii bywają wprost niezrównane, zwłaszcza że uwzględniają także efekty zapachowe. „Wonie wiodą nas w przeszłość żywiej i skuteczniej niż inne bodźce" – stwierdza Isaac, któremu „swojskie aromaty oliwy cedrowej i lanoliny z żywicznym akcentem świeżego drewna" w odnawianej właśnie bibliotece lady Marchamont przywiodły na myśl ukochaną księgarnię. W przypadku Londynu nie chodzi jednak raczej o zapachy miłe – jeden z rozdziałów rozpoczyna się brawurowym opisem porannego smogu zalegającego nad miastem. „Sadza już powlekła połcie wędzonego bekonu wiszące nad Leadenhall Market, podobnie wszystkie kołnierzyki, ronda kapeluszy, markizy i parapety okienne, jak miasto długie i szerokie. A zanosiło się, że będzie jeszcze gorzej; już wczesny poranek był zapowiedzią skwaru, gdzie zaś skwar, tam smród. Odór szlamu mieszał się nad Tamizą ze słodszymi wyziewami melasy, cukru i rumu napływającymi z na wpół walących się składów i wytwórni bezładnie stłoczonych na nabrzeżach i z drażniącą wonią wodorostów i ślimaków zostawionych przez odpływ. Z wiatrem ze wschodu, niezwykłym o tej porze roku, niósł się w górę rzeki cuchnący obłok, zasnuwał bezkresną siatkę ulic zabudowanych domami z cegły, uliczek i podwórzy nie znających słońca, wdzierał się w uchylone drzwi, okna, w każdy zakamarek i wnękę"... *** „Ekslibris" przynosi więc godziwą rozrywkę na niezłym literacko poziomie. I przesłanie miłe sercu każdego bibliofila: oto wiedza zapisana w księgach bywała tak cenna, że stawały się one przedmiotem rywalizacji największych potęg świata. (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, ss. 414. Przekład Wojsław Brydak.) wróć
TATRY I POECI. Antologia wierszy. Wybrał i opracował Michał Jagiełło 2007-08-12
Tatry oblegane są o tej porze roku tak tłumnie, że lepiej poczekać na schyłek sezonu. A na razie – na przykład sięgnąć po tę antologię. Ponad trzydzieści lat temu Michał Jagiełło wespół z Jackiem Woźniakowskim przygotowali tom „Tatry w poezji i sztuce polskiej". Ta książka do niego nawiązuje, rozbudowując i uwspółcześniając wątek poetycki. Otwiera ją esej analizujący dzieje polskiej „poezji tatrzańskiej" i różnorakie znaczenia, jakie w niej Tatrom przydawano. Antologia, ułożona mniej więcej chronologicznie, rozpoczyna się wierszami Stanisława Jaszowskiego (1803–1842) i Józefa Przerwy-Tetmajera (1804–1880), a kończy w czasach nam współczesnych.
Te dwa nazwiska nikomu poza specjalistami nic nie mówią, dalej jednak obok twórców zapomnianych – ich wydobywanie z niepamięci to jedna z zalet antologii tematycznych – pojawiają się postaci trwale zapisane w historii literatury. Są więc romantycy: zafascynowany Tatrami Goszczyński, Pol („Jak potopu świata fale,/ Zamrożone w swoim biegu,/ Stoją nagie Tatry w śniegu,/ By graniczny słup zuchwale!"), Lenartowicz. Jest komediopisarz Michał Bałucki z nieśmiertelnym „Dla chleba" („Góralu! czy nie jest ci żal...") i pozytywista Asnyk, który w wierszu „Maciejowi Sieczce" polemizuje z romantyczną idealizacją gór. „U Morskiego Oka" Felicjana Faleńskiego przypomina, jak bardzo niedoceniony jest to pisarz. No i oczywiście mamy hufiec wybitnych Młodopolan, na czele ze sławniejszym krewniakiem Józefa Tetmajera, z Kasprowiczem, Orkanem, Staffem i Jerzym Żuławskim, z kilkoma genialnymi lirykami Micińskiego i przejmującym listem poetyckim Wyspiańskiego („Nad Morskim Okiem! – jakże ci zazdroszczę,/ że tam stoicie w zimnie, ostrym wichrze,/ w powietrzu świeżych barw – gdy ja tu/ poszczę, patrząc na kurhan w sinej mgle – za szybą"...). Epoka Młodej Polski to kulminacja tatrzańskich fascynacji w naszej literaturze, czas, kiedy były one jednym z wątków głównego jej nurtu. Później też nie brak ważnych nazwisk (Pawlikowska-Jasnorzewska, Liebert, Czechowicz) i zdarzają się wiersze tak świetne (i tak różne!), jak „Z Tatr" Przybosia, „Hawrań i Murań" Broniewskiego czy „Powiedziała mi stara góralka..." Iwaszkiewicza, a fragment „tatrzański" jako element nostalgicznego obrazu ojczyzny znalazł się w „Wierzbach w Ałma-Acie" Wata. Widać jednak wyraźnie, że ów temat schodzi na plan dalszy. Tym mocniej może brzmią głosy tych poetów, dla których doświadczenie Tatr jest ważnym elementem własnego doświadczenia egzystencjalnego. I na pewno rację ma Michał Jagiełło, gdy żarliwie zapewnia, że to źródło wcale – jak twierdzą niektórzy – nie wyschło... (Biblioteka Narodowa i Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 560. Książka bogato zilustrowana pięknymi, często archiwalnymi fotografiami z Tatr; na końcu biografie autorów.) wróć Günter Grass: PRZY OBIERANIU CEBULI Pojawieniu się tej autobiograficznej książki Grassa latem ubiegłego roku towarzyszyła aura skandalu; chodziło o zawarte w niej wyznanie, że formacja wojskowa, w której przyszły pisarz służył pod koniec II wojny, była częścią Waffen-SS. Skandal wybuchł, zanim „Przy obieraniu cebuli" znalazło się w księgarniach, bowiem Grass ujawnił ten wstydliwy szczegół ze swojego życiorysu w wywiadzie udzielonym na krótko przed premierą książki – co zresztą niektórzy uznali wręcz za chwyt marketingowy. Najgłośniej słychać było moralistów, którzy potępiali pisarza w czambuł, domagając się odeń zwrotu rozmaitych honorów z Noblem włącznie. Odnosiło się wręcz wrażenie, że chodzi o odreagowanie irytacji, jaką budziły ostre publiczne wystąpienia Grassa w poprzednich dziesięcioleciach, na przykład w dobie zjednoczenia Niemiec. Obrzucając go błotem, ignorowano okoliczności dosyć istotne: że chodziło o siedemnastolatka, który do owej dywizji został wcielony i uczestniczył – krótko – w działaniach wojennych już tylko na terenie Niemiec. Grass nigdy przy tym nie krył, że jako chłopiec był uwiedziony ideologią nazistowską. Po wzięciu do niewoli przez Amerykanów nie próbował też zataić swej przynależności do Waffen-SS, a stosowne informacje były od dobrych kilku lat dostępne w archiwach. Problemem było tak naprawdę tylko jego wieloletnie milczenie.
Awantura miała – jakżeby inaczej – swoją polską odsłonę i nic nie pomogły zasługi Grassa dla polsko-niemieckiego pojednania. Wziął w niej nawet udział Lech Wałęsa, który oświadczył, że Grass powinien się zrzec obywatelstwa honorowego Gdańska, ale na szczęście szybko się wycofał z tego żądania i przyjął wyjaśnienia współ-noblisty. Spóźnioną czkawką po ubiegłorocznych wydarzeniach stało się niedawne zbojkotowanie przez gdańskich radnych Prawa i Sprawiedliwości uroczystości ku czci Grassa, który przed swymi osiemdziesiątymi urodzinami, przypadającymi 16 października, odwiedził Gdańsk. Zważywszy, że jubileusz obchodzi największy po Schopenhauerze pisarz wywodzący się znad Motławy, który rodzinne miasto unieśmiertelnił w swojej prozie i zawsze podkreślał swoje kaszubskie korzenie – gest wyjątkowo głupi. Nie o literaturę jednak szło, tylko o politykę, nie o pisarza, tylko o osobę publiczną. Tymczasem twórczość Grassa pozostanie żywa także i wtedy, gdy i jego publiczne zaangażowania, i ubiegłoroczna awantura przejdą do historii. A „Przy obieraniu cebuli" należy do najlepszych jego dzieł. Prostoduszne czytanie tej książki jako tomu wspomnień jest nieporozumieniem. Mamy tu, owszem, rozliczenie autora z własnym życiem – a ściślej z tą jego częścią, w której uformował się Grass-twórca – dokonane jednak bardzo wyrafinowanymi środkami. Być może rację ma Tadeusz Dąbrowski, który omawiając w „Dzienniku" nowe dzieło Grassa uznał je za kolejną jego powieść; tym razem bohaterem byłby sam autor. Wydarzenia rozgrywające się pomiędzy rokiem 1939, kiedy wybuch wojny przyniósł początek końca dotychczasowego świata, a rokiem 1959, kiedy ukazał się „Blaszany bębenek", opowiedziane zostały niby to „po Bożemu", chronologicznie. Codzienność rodzinnego domu we Wrzeszczu, służba w Arbeitsdienście, ochotnicze zgłoszenie się do wojska, wcielenie do owej nieszczęsnej dywizji pancernej „Frundsberg", szkolenie, front, szpital i amerykański obóz jeniecki, którego więźniowie (w tym także opowiadający) wciąż nie chcą przyjąć do wiadomości niemieckich zbrodni. Potem tułanie się po zrujnowanych Niemczech i mozolne budowanie nowego życia oraz nowej świadomości, praca w kopalni potasu i „światopoglądowe lekcje w migoczącym świetle karbidówek", odnalezienie ocalonych z Gdańska bliskich, praktyka w zakładach kamieniarskich przy cmentarzu w Düsseldorfie i mieszkanie w prowadzonym przez franciszkanów domu Caritasu, studia w düsseldorfskiej Akademii Sztuk Pięknych, podróże do Włoch i Paryża, przenosiny do Berlina, śmierć matki. Inicjacje erotyczne, pierwsze związki i ślub z Anną Schwarz, muzykowanie w nocnym lokalu, pisanie pierwszej powieści... Autor jednak sam na chronologię utyskuje i co chwila ucieka w dygresje. Jednym z ważnych wątków podejmowanych w książce jest nieciągłość naszej pamięci, która z reguły zachowuje sceny i obrazy, nie zaś składną, uporządkowaną opowieść. Innym – wielowarstwowość wspomnień (tytułowa metafora cebuli!), a także trudność w identyfikacji z samym sobą sprzed lat. Jeszcze innym, może najważniejszym – kłopoty pisarza, któremu własne dzieło pożarło biografię, a wymyślone postacie zaczynają się w niej szarogęsić, przywłaszczając sobie fragmenty życiorysu autora, a nawet próbując zmieniać fakty. „Jakież to rzeczy stają się materią opowiadania" – wzdycha autor, w innym zaś miejscu czytamy znamienne zdanie: „Kto pisze, ten wyzbywa się siebie". Gra z przeszłością i z własnym dziełem, którą Grass prowadzi na kartach „Przy obieraniu cebuli", ani nie służy samousprawiedliwieniu, ani nie jest ekshibicjonistycznym wyznaniem win. To próba zrozumienia siebie sprzed lat, próba odtworzenia mentalnej drogi, jaką się przeszło – i w poglądach politycznych, i w rozwoju artystycznym, powrót do chwil, w których choćby nieświadomie dokonywało się wyboru. Niby leitmotiv przewija się przez książkę prawdziwa czy też wyimaginowana scena rozmowy z obozowym kolegą imieniem Joseph, rówieśnikiem, bawarskim katolikiem, którego wiara „była tak silnie obwarowana jak kiedyś Wał Atlantycki"... Dominuje ton refleksyjny, choć czasem wyraźnie podszyty emocjami; z manierycznej nieco narracji wyłamuje się na przykład liryczny tren pamięci matki, jej piękny portret należy zresztą do najmocniejszych elementów książki. Beznamiętny opis wojny widzianej z żabiej perspektywy, oczami nastolatka, który znalazł się nagle pośrodku apokalipsy, odwołuje się do „Przygód Simplizissimusa" Grimmelshausena, arcydzieła prozy barokowej, a zarazem świadectwa koszmaru wojny trzydziestoletniej. Barokowa, mocno tkwiąca w realiach groteska obecna jest w scenach z obozu, gdzie wygłodzeni młodzi jeńcy słuchają wykładów... mistrza kuchni. A wszystko to – dzieje nastolatka zafascynowanego zwycięstwami Hitlera i wrzuconego w sam środek wojny, opisy potraw i wyimaginowane uczty, spotęgowana świadomość ciała czy wręcz mięsa (niemieckie Fleisch!), temat jazzu i temat cmentarzy, fascynacja barokiem i tak dalej – prowadzi nas oczywiście do powieści Grassa, do „Bębenka", „Psich lat", „Spotkania w Telgte", „Turbota", „Wróżb kumaka"... I nie wątpię, że będziemy do nich jeszcze wracać. (Polnord – Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2007, ss. 430. Przekład Sławomira Błauta, niezawodnego od lat tłumacza prozy Grassa.) Arka wróć Aleksander B. Skotnicki: OSKAR SCHINDLER w oczach uratowanych przez siebie krakowskich Żydów
Członek partii nazistowskiej, agent Abwehry skazany w 1938 r. za działalność szpiegowską przeciw Czechosłowacji, której był obywatelem, a przy tym hulaka i utracjusz ze skłonnością do podejrzanych interesów, kobieciarz notorycznie zdradzający żonę i alkoholik (choć – jak relacjonują świadkowie – odznaczający się wyjątkową odpornością na mocne trunki) – czy ktoś taki może zostać bohaterem? Paradoksy biografii Oskara Schindlera (urodzony w 1908 r. na Morawach w rodzinie Niemców sudeckich, zmarły w 1974 r. we Frankfurcie nad Menem, pochowany na własne życzenie na katolickim cmentarzu w Jerozolimie) nie przestają zadziwiać, a u niektórych budzą wręcz irytację; chętnie odarliby oni bohatera „Listy Schindlera" z wszelkich zasług. Książka Australijczyka Thomasa Kenneally'ego (1983), a potem oparty na niej film Stevena Spielberga, które uczyniły Schindlera jedną z emblematycznych, jasnych figur złowrogiego czasu Zagłady, sprowokowały zarazem głosy próbujące podważyć Schindlerowską legendę.
Z wieloma argumentami łatwo się zgodzić: owszem, ta legenda przesłoniła w masowej świadomości zasługi innych ludzi, którzy w okupowanej Polsce ratowali Żydów; owszem, pobudki działania Schindlera w pierwszych latach wojny nie do końca są jasne; owszem, piękna postać Emilie Schindler znalazła się niezbyt sprawiedliwie w cieniu męża. Można też wskazywać na nieścisłości wizji Spielberga, można dowodzić, że scena spisywania słynnej listy nigdy się w rzeczywistości nie rozegrała... Wszystko to jednak nie zmienia faktu podstawowego – jest nim blisko tysiąc stu ocalonych, z których większość przechowała pamięć o swoim wybawcy, przekazując ją potomkom. Aleksander Skotnicki – znakomity hematolog, profesor Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego – postawił sobie za cel właśnie ocalanie pamięci. Ta pasja ma źródła osobiste. Jego babka, Anna Sokołowska, nauczycielka nowosądeckiego gimnazjum, zginęła w obozie Ravensbrück, dokąd trafiła za ukrywanie Żydów, i ma dziś drzewko w jerozolimskiej Alei Sprawiedliwych. Jego mistrzem naukowym był prof. Julian Aleksandrowicz, który z racji żydowskiego pochodzenia znalazł się podczas wojny w krakowskim getcie. Sam prof. Skotnicki od wielu lat zajmuje się dokumentowaniem międzywojennych i wojennych losów polskich, a przede wszystkim krakowskich Żydów. „Ważnym wydarzeniem w moim życiu – pisze w przedmowie – było spotkanie z dwiema mieszkankami Krakowa pochodzenia żydowskiego, uratowanymi przez Oskara Schindlera... Głęboko przejęty ich niezwykłą historią oraz zbudowany ich niesłabnącym poczuciem wdzięczności wobec swego wybawiciela, postanowiłem nawiązać kontakt z innymi osobami, które przeżyły dzięki Schindlerowi". Dotarł do sześćdziesięciu „schindlerowców" albo ich rodzin. Czasem była to ostatnia sposobność do rozmowy – na przykład Moshe Bejski, po wojnie sędzia Sądu Najwyższego Izraela, który w 1962 r. przemawiał podczas bankietu zorganizowanego w Tel Awiwie na cześć Schindlera, zmarł w marcu 2007 r., nie doczekawszy wydania książki. Mamy więc zebrane przez autora relacje, zilustrowane obficie archiwalnymi i współczesnymi fotografiami – ale to tylko część pokaźnego tomu, który stanowi rodzaj silva rerum. Znalazł się tu życiorys Oskara Schindlera, historia okupowanego Krakowa ze szczególnym uwzględnieniem getta i obozu w Płaszowie oraz kronika dziejów Emalii, czyli fabryki na krakowskim Zabłociu, jesienią 1939 r. przejętej przez Schindlera, która miała się stać arką ocalenia dla tysiąca krakowskich Żydów. Są liczne fragmenty świadectw, opracowań historycznych i artykułów prasowych wcześniej drukowanych, włącznie z książką Kenneally'ego i tekstem Macieja Kozłowskiego, który już w 1984 r. zreferował jej zawartość czytelnikom „Tygodnika Powszechnego". Wśród autorów jest kanadyjski dziennikarz Herbert Steinhouse, który Schindlera i kilku przez niego ocalonych spotkał w 1949 r. w Paryżu, na długo przed Kenneallym – tyle że powstały wtedy artykuł ukazał się dopiero po czterdziestu latach; w kilka lat po wojnie nie chciano portretu „dobrego Niemca"... Interesujący, a mało znany wątek tworzą wspomnienia polskich pracowników Emalii przy ul. Lipowej. Im także Schindler okazywał życzliwość i wsparcie: zatrudniał na przykład członków ich rodzin zagrożonych wywózką na roboty, pomagał finansowo, urządzał dla nich przyjęcia świąteczne i noworoczne. Miał uprzedzić policyjną akcję aresztowania członków zakonspirowanej w fabryce grupy akowców, zwalniając ich dwa dni wcześniej z pracy i sugerując, by nie pojawiali się więcej przy Lipowej. Janina Olszewska, bliska współpracownica Schindlera, wspominała w 1993 r., jak uratował on przed przejęciem przez Niemców należący do Heleny Hallerowej majątek w Mianocicach, gdzie ukrywał się przez jakiś czas... Jan Brzechwa, i jak w Emalii produkowano kotły do gotowania zupy, które (za wiedzą Schindlera!) trafić miały... do leśnych oddziałów AK. Same zaś świadectwa „Żydów Schindlera" cytować można bez końca; zatrzymajmy się tylko przy epizodzie, dla którego zabrakło miejsca w filmie Spielberga. W styczniu 1945 r., gdy fabryka Schindlera od kilku już miesięcy znajdowała się w Brünnlitz (dziś Brněnec) na Morawach, na stację w pobliskim Zwittau (Svitavach), skądinąd miejscu urodzin Schindlera, przyjechał pociąg z żydowskimi więźniami z obozu w Goleszowie. Schindler, zawiadomiony przez kierownika stacji, zdecydował się przejąć transport – rzekomo „dla wzmocnienia produkcji". Oblodzone drzwi wagonów bydlęcych udało się otworzyć dopiero przy pomocy palników acetylenowych. Wtedy – jak pisze Nachum Manor (Monderer), jeden z krakowskich „schindlerowców", od 1947 r. w Izraelu – „ukazuje się straszliwy widok: ponad sto przemarzniętych ludzkich szkieletów!". Tych, którzy jeszcze żyli, przewieziono natychmiast do obozu i umieszczono w osobnej ogrzanej sali. „Emilie Schindler bierze ich pod swoją opiekę. Kupuje na czarnym rynku leki i różne grysiki i osobiście ich karmi". Większość się uratowała. A zmarli? „Schindler – czytamy dalej – zakupił w miejscowej gminie katolickiej działkę na cmentarzu i zarządził pochowanie tych męczenników według żydowskiego rytuału. Odbyło się to o północy z towarzyszeniem dziesięciu więźniów (minjan), z prawdziwym rabinem..." (oczywiście jednym z więźniów). „Nawet dzisiaj jest dla wielu postacią kontrowersyjną – mówił Manor dwa lata temu nad grobem Schindlera w rocznicę jego śmierci. – Często słyszymy ironiczne uwagi: on nie był »święty«. Gdyby był, zapewne nie udałoby mu się osiągnąć tego, co uczynił. Lubił pieniądze i towarzystwo pięknych kobiet, ryzykowne przygody i emocje hazardu – a my byliśmy jego największą stawką. W głębi serca był on odważnym i uczciwym człowiekiem, który zdecydował się za wszelką cenę ocalić swoją własną Arkę Noego". Może to najlepsze podsumowanie historii Schindlera – i trzeba być wdzięcznym prof. Skotnickiemu, że możemy przeczytać te słowa. (Wydawnictwo AA, Kraków 2007, ss. 442.) wróć Ryszard Kapuściński: BUSZ PO POLSKU; CHRYSTUS Z KARABINEM NA RAMIENIU; LAPIDARIUM VI Jedna z tych książek pojawiła się niedawno, dwie pozostałe leżą w księgarniach od trzech miesięcy. Wszystkie ukazały się już po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego i pozwalają wrócić do pisarstwa autora „Cesarza” nie poprzez sporządzone naprędce antologie fragmentów jego dzieł, ale poprzez jego książki w pełni własne.
Zacząć trzeba od „Buszu po polsku”, książkowego debiutu Kapuścińskiego i zarazem jedynego zbioru reportaży, który poświęcił Polsce. Wydany w roku 1962 (potem uzupełniony o autobiograficzne „Ćwiczenia pamięci”), opisywał popaździernikową rzeczywistość z perspektywy prowincji, bocznych dróg na Mazurach czy Dolnym Śląsku, wiejskich zabaw i tragedii. Mariana Jesiona wzięła potrzeba i będzie robił żeniaczkę, a że izba ciasna, więc wyrzucił z domu babcię. Dwie stare Niemki uciekły z domu opieki, młodzi ludzie odsługują wojsko, waleciarze z warszawskiego akademika nie chcą wracać w rodzinne strony, a młody nauczyciel historii, który po studiach wylądował w Augustowie, przeżywa tam swoje pedagogiczne Waterloo. To świat miasteczek, które „mają senne twarze, całe w liszajach zacieków i bruzdach spękanych murów, a kiedy ktoś przechodzi rynkiem, odnosi wrażenie, że wszystko przygląda mu się spod przymrużonych powiek nieruchomo, natrętnie”. Obok rozczarowanych idealistów spotykamy tych, którzy mówią: „My, panie, nie pchamy się do góry. My sobie tu dołem, parterem”. Pojawia się w tym świecie nowe w postaci motocykli, krawatów na gumce i nylonowych sukienek, dziewczęta „nabywają za słony grosz przebojowe halki z organdyny”, ale nie nawykły do mycia zębów i gdy się uśmiechają, zaciskają wargi, kryjąc wstydliwe szczerby...
Można z tych reportaży wyczytać apel o zwykłą ludzką solidarność, można w nich wyczuć obawę zaangażowanego dziennikarza przed „małą stabilizacją”. Ale ich siłą nie są morały, tylko mocny obraz, lapidarny, zmetaforyzowany język, precyzyjna konstrukcja – jak w „Sztywnym”, gdzie wraz z autorem towarzyszymy pięciu górnikom odwożącym (a potem odnoszącym) trumnę z ciałem zabitego kolegi do jego rodzinnej wsi na Mazurach. I przekonanie, któremu Kapuściński--pisarz pozostał wierny: że „słowa są niepojęte, jeśli nie przeżyło się tego, co one opisują. Jeśli to nie przedostało się do krwi”. „Chrystus z karabinem na ramieniu” to już rok 1975 i podsumowanie kolejnego etapu, gorący zapis rewolucyjnych nadziei i rozczarowań lat 60. Bohaterami są teraz palestyńscy fedaini, partyzanci z Ameryki Łacińskiej i z Mozambiku, Che Guevara i Salvador Allende. Reportaż tytułowy opowiada o zbuntowanych studentach boliwijskich i jego akcja toczy się już po śmierci Che, który zginął właśnie w Boliwii. Bohaterem najkrótszego i najmocniejszego tekstu tomu jest salwadorski partyzant rozstrzelany na stadionie w obecności widzów i kamer telewizyjnych. Tekst najdłuższy, „Śmierć ambasadora”, ukazuje kulisy śmierci ambasadora RFN w Gwatemali uprowadzonego przez guerilleros. Jest w tych reportażach wiele przejmującego konkretu, brak istotnego elementu geopolitycznej perspektywy, jakim była wtedy aktywność międzynarodowa ZSRR i jego sojuszników, zwłaszcza Kuby. Trzeba pamiętać o cenzurze, ale niezależnie od niej autor całym sercem jest po stronie rewolucjonistów walczących z dyktaturą, niezależnie od tego, kto ich wspiera. Jeśli porównać zarys powojennych dziejów Gwatemali zawarty w „Śmierci ambasadora”, zwłaszcza zaś historię obalenia w 1954 r. lewicowego prezydenta Jacobo Arbenza, z listami mieszkającego wtedy w Gwatemali Andrzeja Bobkowskiego, dla którego komunizm był wrogiem największym, a jedyne remedium na polityczne i społeczne problemy Latynosów (dość paternalistycznie traktowanych) stanowić miała militarna i ekonomiczna obecność Stanów Zjednoczonych, otrzymamy dwa obrazy, którym brak niemal punktów stycznych. I książka trzecia: szósty, pośmiertnie wydany tom „Lapidarium”. Hybrydyczna forma, zrodzona w martwych latach 80., gdy niemożliwe były reporterskie podróże, stała się jednym z równoprawnych nurtów tego pisarstwa. Wypisy z lektur, luźne refleksje, zalążki pomysłów, teksty okazjonalnych wystąpień – dotąd czytaliśmy je jako zapis warsztatowy, fragment „dzieła w toku”, zapowiedź tego, co jeszcze otrzymamy. W ostatnim tomie „Lapidarium” szukamy raczej testamentu, przesłania do potomnych. I oczywiście kto szuka, znajduje. Pamiętając, że takim przesłaniem jest c a ł a twórczość Ryszarda Kapuścińskiego, posłuchajmy na koniec głosu pisarza: „Umysł współczesnego człowieka jest zalewany powodzią słów, przez co szybko tracą one na wartości i sile, coraz mniej nam mówią, a coraz bardziej dezorientują, wyczerpują i męczą. A jednak ten nadmiar, ta nadprodukcja nie powinny nas zniechęcać. Literatura zawsze brała na siebie odpowiedzialność. Od tysięcy lat towarzyszyła życiu kolejnych pokoleń, zmieniając je na lepsze, i dziś nic jej od tego obowiązku nie zwalnia. Przeciwnie – trudny czas, w którym żyjemy, nakazuje nam, żebyśmy ze szczególną siłą i wiarą mówili: tak, pisanie może zmienić coś na lepsze, choćby tylko niewiele, ale jednak może”. I jeszcze jeden cytat: „Czuję oddech ścigającego mnie zwierzęcia. To pędzi czas, rozjuszony drapieżnik. Czuję, jak się zbliża, szykuje do ataku, chce zadać śmiertelny cios”. (Czytelnik, Warszawa 2007, ss. 132 + 164 + 170.) Podróżniczka wróć Ella Maillart: OD GÓR NIEBIAŃSKICH DO CZERWONYCH PIASKÓW Przeżyła dziewięćdziesiąt cztery lata, a jej biografią można by obdzielić kilka osób. Urodzona w 1903 r.¬ w Genewie, córka szwajcarskiego handlarza futer i Dunki, od wczesnych lat, za przykładem matki, była zapaloną sportsmenką: uprawiała narciarstwo, żeglowała po Morzu Śródziemnym i Atlantyku, założyła żeńską drużynę hokeja na trawie... Startowała w regatach podczas olimpiady w Paryżu i w narciarskich mistrzostwach świata, prawdziwą jednak sławę przyniosły jej podróże i książki, w których te podróże opisała. „Fascynuje mnie życie koczowników – pisała. – Ich nieodparta potrzeba przenoszenia się z miejsca na miejsce jest mi bliska, tak samo jak nomadyzm marynarzy”. Przemierzyła Azję Środkową, niedostępne rejony zachodnich Chin, północnego Tybetu, Sinkiangu i Kaszmiru, a także Bliski Wschód. W 1937 r. przejechała fordem z Europy przez Turcję i Iran do Afganistanu w towarzystwie innej Szwajcarki, Annemarie Schwarzenbach, przyjaciółki Eriki i Klausa Mannów, zdolnej pisarki i niestety morfinistki; szalona wyprawa miała być dla niej formą terapii, jak się okazało, niezbyt skuteczną. Lata II wojny Ella Maillart spędziła w południowych Indiach, po wojnie odwiedziła Nepal, potem organizowała wycieczki do różnych krajów Azji dla małych grup turystów. Zmarła w 1997 r. w Chandolin, niewielkiej miejscowości w szwajcarskim kantonie Valais położonej na wysokości 2 tys. metrów, gdzie od 1946 r. mieszkała i gdzie teraz urządzono muzeum jej poświęcone. Negatywy swoich fotografii – bo podczas wypraw nie rozstawała się z aparatem fotograficznym – przekazała muzeum w Lozannie.
Pierwsza książka Elli Maillart, jaka ukazuje się w polskim przekładzie, była drugą jej publikacją. Wszystko zaczęło się od pobytu w Berlinie w roku 1929, od spotkań z emigrantami rosyjskimi i fascynacji kinem radzieckim. W 1930 r. Maillart pojechała po raz pierwszy do Rosji: do Moskwy, gdzie poznała słynnego reżysera Wsiewołoda Pudowkina, i na Kaukaz, do Swanecji; rezultatem był jej pisarski debiut. Dwa lata później wyruszyła ponownie do ZSRR, by zwiedzić Azję Środkową. I mimo przeszkód (nie przypadkiem chyba książka rozpoczyna się od słowa „nie”...) dopięła swego. Zapis swoich przygód opublikowała w 1934 r. Czas jest szczególny: stalinowski terror nabiera dopiero rozpędu. Podróżniczka odwiedza pisarza Borysa Pilniaka w jego podmoskiewskiej daczy; pięć lat później autor „Nagiego roku” i „Śmierci komandarma” zostanie aresztowany i stracony. Żona taksówkarza- -emigranta dała jej w Paryżu płaszcz dla swojej matki; kobieta wegetuje w połowie pokoju gdzieś na peryferiach Moskwy. Niektórzy z poznanych w 1930 r. kolegów- -sportowców „odbywają kurację na świeżym powietrzu, na Syberii”. A w Turkiestanie po długotrwałych krwawych walkach lat rewolucji władza radziecka zapuszcza dopiero korzenie. Autorka zastrzega się zresztą, że nie ma poglądów politycznych: starczy jej uważna obserwacja ludzi. Środkowoazjatycka wyprawa składała się z dwóch etapów. Pierwszy prowadził do Kirgizji i w góry Tien-szan, nad granicę chińską, w towarzystwie czwórki młodych Rosjan. W drugim, już samotnie, Szwajcarka przebyła Turkiestan, z Ałma Aty jadąc do Taszkentu, a potem Samarkandy, Buchary i Chiwy, by wreszcie przez pustynię Kyzył Kum w karawanie wielbłądów dotrzeć do miasta Kazalińsk. W jej książce poznajemy świat kontrastów, zdumiewająco różnorodny: komunistyczna ideologia sąsiaduje z tradycyjnym islamem, a Rosjanie z Kazachami, Kirgizami, Uzbekami i Karakałpakami. Są też Żydzi, Ormianie, chińscy muzułmanie, niemieccy osadnicy, a nawet pięciu inżynierów z Ameryki, Murzynów, którzy przyjechali szkolić miejscowych w uprawie bawełny – bo nowa władza narzuca bawełnianą monokulturę. Nowe ściera się ze starym, a wartościowanie nie jest wcale łatwe. Trudno przecież bronić okrutnych władców Buchary, archaicznych struktur społecznych i poniżenia kobiet, a równocześnie uczciwy opis nie pozwala pominąć absurdów, jakie wprowadza komunistyczny reżim, jego zbrodni i wszechogarniającej nudy, jaka mu towarzyszy. Można by całymi stronami cytować opisy, scenki i dialogi, które są mocną stroną tej prozy. Jeden z najbardziej zdumiewających epizodów znajdziemy pod koniec: oto w Chiwie autorka nieoczekiwanie trafia do niewielkiej kolonii niemieckojęzycznych mennonitów, radykalnego odłamu anabaptystów, którzy przenieśli się tutaj z Kirgizji i znad Wołgi, a do Rosji trafili w XIX wieku... spod Gdańska, uciekając przed obowiązkową służbą wojskową w Prusach. „Dwa równe gliniane sześciany z białymi oknami pośrodku placu to szkoła oraz dom modlitwy... Rzędy krzeseł przedzielone korytarzem wiodącym do trzech schodków: nad nimi czarny pulpit odcinający się na tle bielonej wapnem ściany. Czytam na pulpicie: Herr! Hilf mir!”. I dalej: „Musiałam znaleźć się w samym sercu Turkiestanu, aby zrozumieć, na czym polega siła czystości i dyscyplina wiary”. Ale nad tą wspólnotą zbierają się już chmury – jak zresztą nad całym światem opisanym przez Ellę Maillart. (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 302. Przekład Maryna Ochab.)
wróć
|