Strona główna arrow Wasza twórczość
 
 
Strona główna
Sprostać wierszem
Regulamin Sprostać wierszem
Wasza twórczość
Wśród książek polecamy
Klub Promocji Poetyckich
Wydarzenia kulturalne
Konkursy dla piszących
Kontakt
Administrator
Wasza twórczość

    www.sprostacwierszem.pl   to przestrzeń spotkań osób, dla których pasją jest twórczość literacka. Aby móc uczestniczyć w życiu portalu, czyli publikować swoje teksty, scenariusze, fragmenty prozy,.... należy  przysyłać swoje  utwory do redakcji na adres mkawiersze@interia.pl , podpisać je  (najlepiej z krótką informacją o autorze). Zachęcamy do współtworzenia witrny.

Osoby zamieszczające utwory naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.  

 

 

       

Dorota Pawliczak

Camel Biran

Magda Śmieja

Mateusz Jarosz

Marzena S. Wysocka

Regina Sobik

Kinga Konieczny

Magdalena Wieczerzak

Wiesław Janusz Mikulski

Beata Abramska

Izabela Kawczyńska

Daria Dziedzic

Agata Kornacka

Katarzyna Gasiorek

Anna Nogaj

Monika Mazur

6R+

Igor Jarek

Jerzy Fryckowski

Robert Wieczorek

Marek Mierzwa

Barbara Mazurkiewicz

Noemi46

 

 


Igor Jarek (1989.05.25) Jest laureatem kilku konkursów poetyckich, czeka go także debiut w najbliższym numerze dwumiesięcznika kulturalnego „Opcje”. Mieszka i uczy się w Katowicach.

 

Pamela Anderson, Parker Stevenson,
David Hasselhoff idą na kawę


Upał. Kamery piłek skończyły właśnie
krążyć wokół jeziora. Słońce topornie
wali w błyszczące talerze pleców więc
ścieżka dźwiękowa będzie spacerkiem
do przejścia w pięć minut. Powietrze
może już do woli obrastać tłuszczem
i alkoholem. Po nożu mola ściekają
ludzie. Ja meczę się nad książką
jej strony są jak podgrzane lustra
koledzy oceniają muszelki wciśnięte
w stroje kąpielowe.

Plakat mamy od wczoraj, trochę zgnił
wydostał się poza własne kontury ale
wisi przyklejony mocno do dna

 

 

Miejsce zbrodni
          
         chłopakom mojej piłki


Lato Chwilę przed meczem deszcz Siedzimy
pod schodami Ziemia ma tutaj kolor i
konsystencje pasztetu Śmierdzi jakby tłusto -
czarne plamy moczu wywabiano tanim winem

Wyschnięte wargi gazet wyszczerzają
ku naszej Kanadyjskiej piłce Krzywe ząbki
potłuczonego szkła Żując gumy TURBO szybko
odpowiadamy przemocą

Dusząc trampkami blade szyje kondomów
do krwi zdzieramy tynki

 

 

Koniec wykopalisk

Raczkująca północ. Czekając na pociąg
wnioskuję z mniej czy bardziej wypalonych papierosów
dłuższe lub krótsze powroty do domu. Takie a nie inne
kawałki roztrzaskanej butelki, zgniłe strzępy chleba
można złożyć w jeszcze ciepłe instynkty. Czuje prąd
powietrza - zimne kabelki muskające ciało. Daję spokój
ten grobowiec nie jest i nigdy nie był zamknięty,
zawalony dla niepoznaki pomarańczową nic nie mówiącą
skałą. Nie jestem ani pierwszy ani ostatni.

Pod prąd powietrza podpięty jest pociąg.

 


Spaceruję koło rynku

Jakaś prześwięta godzina Wrocław szeleści
lateksowym dresem Jestem nowy Nie obrzezany
w tutejszym klimacie Naprawdę wystarczy mi
przejść Pokazać się wielu parom oczu równocześnie
i w powidoku chwilkę Nic ponad Mam więcej czasu
niż Biuro Literackie razem wzięte
Miłosierdzie to moja sprawa !

Zaraz rozpuszczą mnie ciepłe języki powiek

  

 

Przed kolejnym natarciem

Osowiałe drzewo. Wokół rozrzucone
sino-czerwone papierówki. Zbierają
pod nosem mamrocząc modlitwy.Za nimi
nasyp przecina pole jak szew więc
krajobraz już po lobotomii. Powietrze
ciężarem i zapachem przypomina stary materac.
Zza zakrętu wyłaniają się załadowane do końca
niczym magazynki auta pierwszych turystów.
Klekot osiada na liściach.

Mały chłopczyk precyzyjnie odlany
na słońcu .Tam i z powrotem tam i z powrotem
rozkołysany bije na alarm

wróć

 

 

 

 Jerzy Fryckowski - poeta i satyryk. Urodził się 16 lutego 1957 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Z wykształcenia polonista. Pracuje w Szkole Podstawowej w Dębnicy Kaszubskiej. Laureat wielu konkursów literackich. Jednak najwyżej ceni sobie tytuł Króla Łgarzy zdobyty w Bogatyni w 1991 roku. Za tomik "Zaufać ślepcom" otrzymał nagrodę "Głosu Nauczycielskiego". Od 1999r. członek ZLP


Dotychczas opublikował:

         "Cierpliwość ubogich" - Słupsk - 1989, "Król łgarzy" - 1991, "Copulum Abruptamae" - Sieradz - 1991, "Aleja dusz" - Kraków - 1992, "Nogami do przodu" - Włocławek - 1994, "Gdzie już cicho o mnie" - Kraków - 1995, "Antologia poezji wigilijnej" - Warszawa 1995, "Zaufać ślepcom" - Kraków - 1997, "Treny" - Słupsk - 1999.

 

KOCHAM


Smarujesz tym słowem
czerstwą kromkę chleba
zaczyna pachnieć piekarnią

Wymawiasz je głośno
potrafisz nim zagłuszyć
donośny płacz dziecka

Rozpalasz je w ustach
i dmuchnięciem sprawiasz
że kaloryfer jest ciepły


Na zaległych ratach
dopisujesz je przed zerami
i biegniesz na pocztę

Zastanawiam się
nad jego tajemnicą
przed każdym pierwszym

 


***
tak wiele imion i zdrobnień
ukrywałaś przede mną
za polną naręczą
nocami
wypisywałem na korze twojej skóry
płeć
mojego największego marzenia

byłaś otwarta na mój głos
jak południowe drzewo
na zmęczone skrzydła ptaków
gotowa wydać owoc
o każdej porze roku

 

***
odziani tylko szybkimi oddechami
na białym prześcieradle
naszej bezsenności
zakrywamy się nocą po szyję

w dłoniach jabłka zielone
owoce miłości kwiatów i pszczół
nadgryzione do ziaren

o jakiej porze roku
ty będziesz rodzić owoce
pokryte skrzepem krwi?

Jest tak cicho
Aż sterylnie

 


***
rosłem w tobie z kropli
której nie wydłużał w łzę
krzyk pustych pomieszczeń
przesądnie nie podchodziłaś
naga do lustra
aby nie zapatrzeć się w płeć
często nocami zapalałem światło
chcąc przyłapać Boga
jak dokłada swoje trzy grosze
na własne podobieństwo
rozsypywałem po kątach
wysuszone słowa pacierza
ale tylko pająki dawały się oszukać
krzyże na ich grzbietach
kazały kolanom przygniatać ciszę
gdy obarczona moją kroplą
szłaś do mnie
coraz wolniej
wolniej
i wolniej

 


***
coraz bardziej brakuje mi tych nocy
kiedy układałem głowę na twoim brzuchu
pełnym naszej bezimiennej miłości
do dzisiaj czuję jego napięta gładkość
i chociaż znam już tajemnicę płci i imienia
to nadal nie wiem jak to się stało
że ta kropla moich długich miesięcznych oczekiwań
potrafi już unieść szkolny tornister

 


***
zdejmujesz ze mnie pierwszą skórę
przeznaczasz na zimowe buty
na jesienna zadumę

zdejmujesz ze mnie drugą skórę
przeznaczasz na chleb
na ciało Chrystusa
a moją krew zamieniasz w wino

zdejmujesz ze mnie trzecią skórę
której jak miłości
starczyć ma do pierwszego

 

***

Na naszym stole milczenia i pojednania
Nie ma kandelabru i srebrnej zastawy
Zręczność palców służy za światło

Na naszym stole obfitości i urodzaju
Brak śródziemnomorskich win i południowych owoców

Dymne znaki przesyła barszcz

Na naszym stole koralowym i ciepłym
Kręgosłup wędzonej ryby
Przypomina o czasie połowu i bólu muszli
Chorych na raka perły

Przy naszym stole ostatniej wieczerzy
Nie ma Judasza

            *   *   *

Kiedy przychodzisz na palcach
I nie rozbierasz się do naga
Wiem że przychodzisz na krótko


           *   *   *

Leże przy tobie
Odziany tylko spojrzeniem
Nagi jak miecz Tristana
Pomiędzy tobą
A twoim snem

wróć

 

 

 

Robert Wieczorek- pochodzi z Pińczowa, mieszka w Kielcach.
Pisze wiersze, opowiadania, scenariusze filmowe.
Ukończył Studium Scenariuszowe przy Łódzkiej Szkole Filmowej, publikuje na portalach poetyckich.

kipu


słowo wyrywa słowo, wraca na początek,
uparty chaos - wdechy, wydechy,
skraplanie, wędrówka dusz –
wszystko niby pasuje: deszcz do jesieni,
krew do rany, modlitwa do potrzeby,
a jednak –  wieże nie wytrzymują ciśnienia.
trzeba budować od początku
lub udawać, że tak miało być,
pleść węzły na sznurach
aż staną się martwym pismem 
 

 

ocet
zostałem handlarzem win. sprzedaję
tylko najlepsze gatunki: caecuban z lacjum,
retyckie, które wyżej cenię od falerniańskiego -

mógłbym o tym długo opowiadać.
zachowałem włócznię, do której czasem
modlę się po swojemu. nie stać mnie na więcej.

podobno judasz się powiesił. jego rzecz.
pewnie czuł coś na kształt poczucia winy.
ja budzę się w nocy tylko z powodu pęcherza

albo gdy chcę smakować kobiety.
nie będę pisał ewangelii, i tak przylgnęło
do mnie miano łajdaka, gorszego od łotrów

na krzyżu. nie zdradzę swojego imienia,
to może zaszkodzić moim interesom. dziś
nikt nie zrozumie, że na tej gąbce było wino.

 


mały

Narysuj dla mnie baranka

W czasach piasku każdy powinien
wychodzić w zieleń, mieć ścieżki
w ogrodach i listy chociaż pisać

wyobraźnią - jeśli alfabetu nie starczy.
Wszystko można policzyć na własność
a ruchu planet nie uda się zmienić

drgnieniem serca, ale spróbuj –
pijak przestanie się wstydzić jeśli
dasz mu różę. Wyrośnie piąty kolec.

i nie chcę by był smutny

 

city

miasto wciska się w histerię,
w ciasną suknię wieczorową,
wzmacnia drinkami każde rozedrganie
arterii, każdy sygnał wściekłych neuronów

miasto ucieka na plażę, strzela
korkami, wypluwa samochody,
oplata mackami dróg dojazdowych,
węzłów chłonnych każdej istoty

miasto wyrywa się jak pies
na łańcuchu, grzebie w ziemi
stare kości, buduje nowe cmentarze
jako świadectwo rozwoju

miasto gra na perkusji całą noc,
wali z całych sił po wszystkich
oknach i drzwiach, i wrzeszczy
we wtórze ze śmieciarką

otwierać! otwierać!

 

ślepa lokomotywa

jest winda. wtykam palce w dziury
po guzikach. w tym krótkim spięciu
jestem cząstką wielkiej płyty, nawet
biciem muchy o szybę, wolframowym
drucikiem żarówki. i drżę, i płonę,
i zdycham.

na parterze to gaśnie. tylko klamka
obwisła, suchy chleb, wysypisko ulotek.
dalej już nerwica przystanków, metaliczny
chłód skrzyżowanych szyn, sinomgliste
światła kaszlącego perpetuum mobile.
ciągnie, ciągnie.

i mnie, i mnie.

 

 


taktyka miasta

idź za światłem. rozszczepia się
w korytarze neonów, fontanny blasku,
można wyjść z cienia. zobaczą.

nie bądź pochylony. mów szybko
udając, że wiesz. sztućce, karafki,
stałe elementy gry w klasy. rzuć kamyk.

potem skacz. głową naprzód, choć przyznaję,
liczy się całe ciało. trójkąty
są wpisane w ryzyko podróży.

dowiesz się, gdy się obudzisz,
lub nie. bo można nie spać, jasność
przerzucać z dłoni do dłoni. jak narkotyk.

wróć

 

 

Marek Mierzwa

autor o sobie : Człowiek - Polak - Ślązak - Katolik, tak samo boski co ludzki. Spotykany tu i ówdzie w sieci jako 2em, autor Artystycznego Wortalu Jaśniejszej Strony Świata  "Myśli Stos" (www.myslistos.prv.pl).


 
SPADEK ŚLASKI

Nauczono mnie miłości do chleba z krzyżem
tak jak tego że do nieba zawsze wchodzi się
nie drabiną ze smug cienia a parami za rękę
                                                i na zawsze
 
Ojciec ma rację i matka czasem płacze
kiedy kopalniana szychta przedłuża się
choć ponoć śląskie baby ustępują tylko kamieniom
                                                 w swej twardości
 
Ile we mnie trwa kołtuni się i piętrzy zarazem
ile wypłynie ze mnie a więc i wtopi się zabrzmi
może podobnym wierszem w podobnej chwili
                                            synu mój córko
 
* * *
 
KIRKUT

Kamienne nagrobki wychylone z nieskrytości
znaki znaczące przetrącony łeb i spowicie
tej nocy mgła listopada chwyta za krtań
czuję ich tęsknotę ból popękanej skóry stóp
ich niebycie w połowie do swojego Kanaanu
 
Czarne psy wałęsają się do koła błyszcząc
przeklętą pamięcią jakby po ludzku
moja cywilizacja nie uderza się w pierś
istoczy się i żegna od święta by zasnąć
 
Niepotrzebne zegary - umierają
ja nie słyszę tykania w tę noc
u progu ich Bejt Olam
 
* * *
 
BEZ TYTUŁU
 
Bo Ty nie jesteś zwątpienie
czarna róża z przetrąconą łodygą
na wszystkie strony tego świata
na wszystkie wskazówki i czasy
na wszystkie wazony samotne
             puste pełnia tęsknoty
 
Bo Ty jesteś nadzieja
ogrody pełne strumieni
na wyschnięte żyły koryt
na nieme pola boleści
na kamienie przedwieczne
                    naszego losu
 
 
* * *
 
MODLITWA ŚLĄSKA

Matko Boska Piekarska, Barbaro, Jadwigo, Anno
wpisałyście się w zakurzone ramy i rany
powierniczki szarych marzeń jasnych spraw
 
Dziś nie widzę ufności oczu uśmiechu warg
ja młody Ślązak - Katolik - Polak
drży we mnie oddech i rozerwanie
 
Obym nie zawstydził się Was nie zaparł
skurzonych prostych i dobrych.
 

wróć 

 

 

Barbara Mazurkiewicz

autorka :Moja poezja to: Szokujące, szczere i zaskakujące historie życia .
Od dawna pisałam  do szuflady.Kilka lat temu znajoma osoba namówiła mnie na publikację w Internecie.Nagrałam 32 wiersze w radio ART w Krakowie.

 meandry

wiesz tatku...za niedługo znowu ten kraj
będzie obchodzić swoje odrodzenie
tylko nikt nie pamięta, że to ty tę wojnę wygrałeś

oddalają się  dwie teorie dziejów
a może to tylko kwestia interpretacji na kategorie
skąd krew niewinnych woła z głębi ziemi

i skończ już snuć te uwikłane baśnie
przecież udało ci się doczekać
momentu zwrotnego
chociaż imię pozostało pustym dźwiękiem

 

   Beatka

usta trwają w naiwnym zdziwieniu
nosek  już nie zostanie wytarty w rękaw
kto zerwie stokrotki na brzegu urwiska
by zanieść  na grób  babci - wyznając tajemnice

śpi, a tyle się tu dzieje
pomiędzy świtaniem a ciemną doliną
spadają krople westchnienia
- tak bardzo bolą puste ramiona

 


   ulotny  spektakl....

zostawiłeś
w milczeniu odkładane słuchawki
przez niedomknięte  tak samo okno
znowu wdarł się wiatr
wymiatając kartki niedokończonych wierszy
ta sama ćma
wciąż na krawędzi światła tańczy
nie zauważa  cienia śmierci - zwalnia rytm
a gdyby tak dopisać słowa
niewykonanym gestom
na wypadek nadejścia nowego jutra
..


***

w skali geologicznej człowiek żyje jak
motyl-jednodniówka.
Stanisław Lem


wyjadamy w życiu strawne kąski
przeżuwając każdą chwilę
nie pytając o jutrzejszy chleb
wrzucony wczoraj do kosza

świeży powiew stabilizacji
daje tylko jedną szansę
zanim fałsz wydłubie oczy

 

Matyldo...

Cóż mam Ci powiedzieć
Orlico przemiła
kiedy życie w lata doświadczeń spisane
zgromadziły garstkę prawdy....

Twoi przyjaciele pomarli
dzieci jak ptaki opuściły gniazdo
po cóż to wszystko przez lata zbierałaś
i śniłaś historie bezkresne.

Gdzie masz to łóżko - ziemią kołysane
o zapachu słomy w sienniku
- kamienne schodki i skrzypiące krzesło.

Oleszycki ryneczek, babcia w małej Ojczyźnie
co ciągle diamentem się mienią
lecz Ty dostałaś klucz - od swojego Aniołka
aby otworzyć serce każdej ułomności.

Jesienią pustoszeje siedlisko
milknie gwar Twojego ptactwa
co żywą legendę czas zatoczył

 


Drogi Były...

nie spotkało mnie nic wspanialszego
aniżeli wieść o rozstaniu
to prawda
byliśmy przez kilka lat
jednak do faceta z jajami - było ci daleko
oglądałeś mecze kiedy epatowałam nagością
i kiedy obcięłaś włosy
twoja matka nauczyła cię milczeć 
ulubione dania - myliłam z twoim bratem
na widok metki z ceną wychodziłeś z domu
tego samego dnia pożyczyłeś mu tyle samo
po tym wszystkim nadal mnie kochałeś
wygrałeś w totka, rzuciłeś robotę i kupiłeś bilety na Jamajkę
mnie już nie było - stało się bez powodu
i dzielenia na drobne...


ulotnie

lubię szybować wierszami w błękicie
dzięki którym mogę wzbić się wysoko
bo siłą jest  miłość
wciąż uczę się latać, marzyć i śnić

zapisuję wszystko
w sercu głęboko
kiedyś uchylę tajemnice

 

To przychodzi z deszczem
            którego się czeka

w  południe  - bez krzty cienia
ona nie czuje śmierci
nad zeschłą ziemią - tańczy jak oszalała
odurzona akacjowym zapachem
zwalnia rytm...
a
ognista ściana jakby nie miała końca
gdzieś w drodze - nawet wiatr usnął
nie rozgarnie kolczastej gałązki
by poszukać kosmyków chłodu
których nie dotyka słońce
bo
siłą jest wiara - wciąż uczy się
latać, marzyć i śnić...
zapisując w sercu głęboko
kiedy otworzy - księgę tajemnic

wróć

 

  

ur.1957

Noemi46


Miejsce zamieszkania :Gliwice.
Jej pasją jest szusowanie na nartach, Teologia, Psychologia i Parapsychologia. W ludziach ceni ponad wszystko szczerość mądrość uśmiech i serce.

Zamyślenie:

mam nadmiar bagażu na wątłych ramionach
serce lękliwe w wiekowym już ciele
myśli splątane wiatrem zdradliwym
nieufne oczu spojrzenie

mam bilet otwarty w obydwie strony
ręce już spracowane
uśmiech wygasły kazaniem niedzielnym
a w sercu wiarę z czekaniem

za pierwszą skałą łąka zielona
za drugą morze czarne
w duszy łuna błyszcząca
i sny wciąż pełne marzeń

gdy ranna rosa stopy chłodzi
policzki smaga wiatr
myśl nakazuje w serce się wsłuchać
przyjąć od losu dar

otwartą chcę jeszcze drogą iść
tak zwyczajnie przed siebie
uwierzyć ten jeden jedyny raz
że też jestem człowiekiem

 

==========================

 

Głusza...

pieprzony schemat martwych dusz
dziury pustką wiejące
ta wieczność na bani wciąż
drażni i drwi a oczy
zimnem ziejące

nie mów mi nigdy co dobre
co złe modlitwy schowaj
w szkatułce lustrem złudzeń
owiń twarz kochaj się swoją
miłością

i nie mów k.... że życie
ma sens-pielgrzymka do serc
jest tutaj


==========================

Panie Prezydencie...

gdzie jest ten kraj nad piękną Wislą
gdzie ludzie sercem serca witają
gdzie lasy szumiące i wybujałe
mlekiem i miodem źródła tryskają

kto przegral kraj ten kontami w bankach
okrągłym stołem Leppera gościł
bezprawiem prawo ustanawiał
sam przy tym czując się bezkarnie

wiele mam pytań chociaż szlag trafia
gdy ojciec Rydzyk eutanazję serwuje
jakaś lolita emerytów okrada
Giertrych krawieckie kontrakty podpisuje

szkoda słow Marsylianki śpiewać
palcem po mapie bezwiednie sunąć
my już nie żyjemy Polska zginęła
obce nam kraje historię spisują

( Dura lex sed lex:(...)

 

===========================

 

Czasami

tak dosyć ziemskiego mam życia
wciąż myśli gonią nie znane
silnej ręki brak na ramieniu
pod nogami chwiejące zapadnie

w lustrzanym oczu spojrzeniu
pustka czernią ziejąca
słowa zamknięte milczeniem
uśmiech wygasły na ustach

ktoś krzyknąl skrajny nihilizm
ktos drugi ręki nie podał
słowa proszące wersem
ktoś trzeci do kosza schował

klamka ciężarem opadła
ręka chwyciła pióro
przepraszam za szare istnienie
niech kropka zamknie monolog.


===============================

 

Posłuchaj Panie...

przejdę się wśród twoich pól
snopków ściętego zboża
w dłoniach rozetrę ziarna
pachnące świeżością chleba
nieba granatu mgłą się otulę
smutki niech wiatr rozwiewa
usiadę odpocząć na miedzy
trel ptasi niech płynie do nieba
 

Dziękuję Vivaldi

nie prosiłam Panie o cud
o najmniejszy pyłek miłości
w sercu moim było pragnienie
poznać szczyptę prawdziwej ludzkości
jakiś fluid pomylił tor
demon kpiny zagrał na harfie
prostym zwykłym zimowym dniem
splótł dwie drogi na jednej szarfie

stałam w szaro burym szeregu
ludzi z piętnem granic pobocza
płatki śniegu ścieliły biel
dywanami złudzeń i dobra
wiosną życie się odradzało
promień słońca tulił latem
jesień przeszła z damą u boku
dzień kolejny powitał mnie matem
============================
Eee tam...

warto czasami coś nabazgrać
tych wyliczanek kilka wersów
temat dyskusji wielkich pióra
co to z komentów już siwieją

nikt nie puka do moich drzwi
telefoniczna hibernacja
komputer wirusów połknął sto
trojany tańczą w nim kankana

pies głośno chrapie na posłaniu
syncio z gwinta łyka cole
wnusio z trzeszczącym chipsem w zębach
a ja już wszystko to p......ę


==================================
Kiedyś tam

dziś jestem żebrakiem wyciągam dłoń
pokrytą liśćmi minionej jesieni
głowę pokornie pochylam do ziemi
żeby się w tłumie nie zagubić
dziś jestem mędrcem przeszłości
odsiewam plewy od ziaren zbóż
pragnę żeby zakwitły nadzieją

dziś jestem kolekcjonerem
uśmiechy zbieram bezcenne
układam je skrzętnie w kufrze
w pochmurne dni będę iluzjonistką
jutro będę wspomnienia legendą
historią zapomnianego wczoraj
zabiorę z sobą w drogę
to co na dnie kufra pozostało
===========================
proszę

nie oczerniajmy ciężaru słowem
otwórzmy odwagą stronice
gdzie prawej i lewej komory
prawda poróżnia granice
odezwijmy się słowem wyraźnym
żeby usłyszał nas świat
słowami najszczerszej prawdy
z tali różowych tarota kart
tak trudno zamknąć samotnię
nie mogąc słowem się dzielić
lękiem zdradliwego wiatru
czernią całunu posłanie ścielić
gdzie kilem stopa nie równa
a droga wciąż taka daleka
nauczmy się kochać i wybaczać
z miłością na Człowieka czekać
żeby móc płynąć dalej razem
w tej łodzi jeszcze stabilnej
nie osiąść na płytkiej mieliźnie
nie szukać wciąż winy w innych
dopłynąć do portu bezpiecznie
gdzie ląd piękny i rodzinny

Szekspirze ja wiem...

w daleką drogę serce ruszyło
za przeznaczeniem chleba pajdą
miłością różnic skór ubarwienia
różnicą kultur bezprawiem wnętrz
słowami piękna bez kart pokrycia
pielgrzymką oczu ukrytych łez
bólem zastygłym w niemym bezruchu
krokiem stóp obczyzny miejsc

tęsknota płynie za góry Ural
pustynią Gobi rodzinny step
świątynią Buddy prawd jego słowa
urokiem jurt gościnnych wnętrz
końmi cwałem pędzących pod wiatr
rodzica dłonią tulona twarz
kumysem szczerze wznoszony toast
za ciebie za nich za bratni świat

w klatce zamknęły się tęsknoty
brak talizmanów kabały z kart
za wielką wodą dziewczę kochane
bezradnym gestem wzniesiona dłoń
telefon czarny w nim ambigramy
prologiem Szekspira przeklętych gwiazd
jedno życie zostało nam dane
niechaj więc Bóg prowadzi was
=======================

Mówiłaś....(*)

"nie bójmy się kochać ludzi"
miłością zawsze żywych prawd
nie płaczmy nad nocami
po nich jutrzenka wita dniem
wyrzućmy trud co w sercach
głazu ciężarem przydusza nas
wszak droga życia krótka
a miłość wiecznie trwa
nie znamy dnia i godziny
gdzie drogi wiecznością się kończą
odrzućmy sarkazm z ironią
nie brudźmy duszy podłością
niechaj ust naszych słowa
pozostaną obrazem czynów
kochajmy naszych wrogów
nie odwracajmy głowy w tył
na ziemi pozostawmy miłości
pył...

(i chociaż zabrakło twojego głosu-nie zapomnę)...(*)
======================================
Rzuć pierwszy

w świecie przyziemnych spraw przyciągania
baśniach gdzie morał smętnie zgasł
ludzi życzliwych zaledwie garstka
w świątyniach klęczące słowa skarg
recytatorskie modlitw klepanie
wieńczone piórem teologicznych sław
nad tym padołem chmury płynące
błyskawic błyski i deszczu łza

wszystko zmieszane wymyślone
Bóg z niebios patrząc podziwia nas
za modlitw księgę grubego tomu
i cień pokory w mszalny czas
grosik rzucony dla zbawienia
bagaż zapchany stekiem kłamstw
głowy bezwiednie pochylone
licz swoje owieczki "Ojcze Nasz"

smutnie spogląda z wysokości
brodę pociera już leciwą
oburącz oczy zasłania swoje
przepowiedziałem Armagedon
niebo zagrzmiało piorunami
owieczki pasą się w zagrodzie
stworzyłem stado dla tej ziemi
dnia ostatniego już się boję
===========================
 

 

 

 


Horzo(*)

(...slowa i myśli ucichły (*)...)

czas zamarł na chwilę wśród nas
myśli grają gonitwę
odeszły nadzieje zgasł blask
życie toczy się dalej
wśród zgelku śmiechu łez
kroki Twoje ucichły
godzina piąta zero sześć
zegar koduje wspomnienie
na ziemi wiosna rozkwita
pąkami kwiatów i drzew
gesty słowa zamarły
wzrok w pustkę się wbił
kolejna kartka opadnie
ten rozdział nie bedzie już Twój

ktoś powie zakpił czas
a to harmonogram życia
warto powtórzyć słowa prawd
pisane medrca ręką za życia

(śpieszmy się kochać ludzi
tak szybko odchodzą)

 

 

A ja...

tak sobie często w zamyślenie zapadam
liczę sekundy co w godziny się mienią
czasem wczorajszym odeszłym daleko
i tym który w czasie wychodzi na zewnątrz
zakręca drogi ukrywa kamienie
nie pisze psalmów nie szepce w skrytości
nieznaną tajemnicą naszego istnienia
prozy eseje wielkich i małych
atramentem wyschłym minionego czasu
na białych kartkach zleżałego zeszytu
w burych szufladach na dnie ukryte
świateł nie wiedzą wstydem maskowane

 

 

Panie "M"

nie będę pytała o pozwolenie
miodem smaruję kromkę chleba
guzik ostatni ciasno zapnę
do kubka wleję mleko zamiast

tych czterech ścian bez wartownika
nocy co nigdy się nie kończą
ciszy w której słychać lęki
i kroki jakby nie człowieka

nie będę bała się bronić
w lustro odważnie spojrzę
głowę wysoko uniosę
pozbawię cię złudnych marzeń

garnituru w okazałej czerni
bukietu dalii w twojej ręce
tej garstki piachu na pożegnanie
rzuconym gestem ot banalnym

 

 

Gdzie jesteś?

mój anioł mie miał skrzydeł
mechaniczne konie cztery
półkę górną a na niej
ukrywał dla mnie prezenty

mój anioł się uśmiechał
sercem takty wybijał
silną dłonią podnosił
gdy wiara odchodziła

mój anioł pięknie mówił
głos drżał jak liść na wietrze
przytylał całą siłą
wierzyłam w niego szczerze

pióro mi podarował
z niebieskim atramentem
pisz dużo papi sercem
bo serce najwierniejsze

odleciał bez pożegnań
choć pełna łez dziś jestem
przytulam twarz do szyby
i płaczę razem z deszczem


Szary dzień

nie liczę minionych mil
kaprysem losu zły fart
bagaż trosk przytłacza
plecakiem pełnym cudzych
prawd

Synu ja wiem że tam
gdzie droga kończy się
siedem zaklętych
w węże bram lipo
z widokiem na cierpienie

ostatni zgrzytnął
w zamku klucz-kamera
rejestr smutku zna
gestem pożegnań
banalne pa

(puenty zabrakło-abazja słów)

 


Małgosiu...

gdy wzlecisz wysoko ku niebu
pozdrów od mamy obłoki
uśmiech podaruj słońcu
za promień niosący spokój
podziękuj w moje imię za ciebie
gdy stopa twoja ziemi dotknie
białe wyślij gołębie

 

 

Pamiętaj...Ty chlebem

popieram wampiryzm
mimo zbieranych ciosów
ważę i mierzę słowa
asertywnością losu
pozwalam pawianom
wić gniazda pazerności
tłumacząc żądze zła
chwilami bezsilności
knebluję usta prawdzie
ciemne nakładam szkła
Syzyfa głupotę toczę
na przekór własnego ja
pies pręży się pod drzwiami
echo ze mnie drwi
wyciągnij stopery z uszu
wsłuchaj się w świata krzyk
Bóg z piachu bicz ukręcił
a ty wciąż w gównie tkwisz

 


Baranku Bozy

przy suto zastawionym stole
w kolorach baśni jajek kosz
żródlana wodą wyświęcone
przed ołtarzami żywych prawd

mirtu gałązki w kształt korony
cierniowym smutkom koją ból
początkiem życia wzór dzielony
bogactwem jadła pełen brzuch

kilka kropelek na trawienie
za zdrowie wszystkich i nikogo
sumienia błogie wyciszenie
tych którzy krętą idą drogą

 

 


Mówiłeś

nigdy nie będę podobny
do zła otaczającego świat
sercem pełnym mądrości
duszą z otwartą talią kart

mówiłeś prawdy są żywe
kłamstwa pomyłką dni dat
że dnie będa długie szczęśliwe
jak kwiat lotosu wśród skał

los dał Ci księgę rodzaju
zielone światła na drogach
pamiętaj synu kochany
że pamięć bywa zawodna 

wróć

  

6R+

‘chwilowo go nie ma’
Bóg czasem odzywa się we mnie
ledwo słyszę boski szept
kiedy wicher piekieł mroźnych
rozdmuchuje w sercu gniew

człowiek kroczy ścieżką chwili
upajając się momentem
człowiek chwilę konsumuje
później dławi się lamentem

jesteś knotem mokrej świecy
w plastykowej drżysz komorze
twoje życie wyparuje
już drugiego cię nie stworzę

wybacz królu moje wizje
żałosnego bytowania
kto człowiekiem jest czasami
ten niegodzien człekotrwania

 

‘i tak i kiedy’
i tak się z ciebie śmieję
i kiedy myślisz że tym kierujesz
i tak tracisz kontrolę
i kiedy słońce gnije w obłokach
i tak gnije bo ja chcę
i kiedy myślisz że nic nie czuję
i tak cię nie ma 
 

a propos palców

‘trzeci wystąp!’
nadszedł czas by namierzyć go środkowym palcem
i niech patrzy na kawałek kości oblepiony mięsnym farszem owinięty skórą
i niech patrzy na matowy paznokietek
nakarmiony blaskiem
i niech się nie dowie kim jest to co w środku tak ochoczo sprasza te środkowe palce

‘ palce’
drugi przydziela zadania
trzeci je zatwierdza
a pierwszy akceptuje

 

‘doskonałość mile widziana’
nie ma ideałów
kiedy ja szukam ciebie
nie ma ideałów
spójrz tam gdzie słońce
nie ma ideałów
zerknij pod ziemię
nie ma ideałów
a twoje odbicie
nie ma ideałów

 

6 listów

‘list do ...’
wiem że jest ci teraz dobrze
w końcu jestem posłuszny
tak często powracam i tak jakoś nie lubię odchodzić daleko
oj czasem mam takie zmrożone chęci by uciec
ale one szybko topnieją
czy jestem szczęśliwy
człowiek szuka szczęścia przez całe życie i często je znajduje
znalazłem i moje szczęście a może to nie jest szczęście
może etymologia tego słowa nie jest mi do końca znana
nazwijmy to przyjemnością
czy przyjemność to pochodna szczęścia
a może tworzą one jedność
moja przyjemność jest satysfakcjonująca
sprawia że jestem szczęśliwy
przyjemność rodzi szczęście
przynajmniej tak mi się wydawało

‘drugi list do ...’
...

‘trzeci list do ...’
w sumie było mi niezwykle miło być kuszonym
jednak wybieram ofertę tego drugiego Pana
po prostu nie odpowiada mi takie zorganizowanie życia
mój gust jest zgoła odmienny
szanuję Pana chęci i umiejętności
doceniam perswazję
ma Pan talent trzeba przyznać
życzę powodzenia w dalszej pracy choć nie powinienem

‘czwarty list do ...’
tak szczerze to życzę Panu pracy
w której nie będzie Pan musiał
robić nic
chyba każdy z nas lubi poleniuchować
może nie tak bez końca
no ale Pan zasługuje w sumie
 na wieczne lenistwo
zresztą Pan to przecież popiera
ot tak nic nie robić
nie róbmy nic wbrew swojej woli
zgodzi się Pan
ludzie do mnie listy piszą
i się skarżą
co Pan na to

‘piąty list do ...’
jednak proszę nie odpowiadać
proszę nic nie pisać
nie mówić czy też robić
jedyne o co mogę Pana prosić
to o pozostanie na swoim miejscu
a ja spokojnie oddalę się

‘szósty list do ...’
i nie napiszę pa pa

 

‘‘ludzie osy’
co człowiek ma wspólnego z igłą
nie kłuje nie ma ostrego końca nie jest zrobiony z metalu ma więcej dziurek niż jedną nie jest aż tak smukły i tak mały
ale ja się pytam o podobieństwa
więc sprawia że cierpisz że krwawisz że ból powoduje zmiany w twoim zachowaniu przejmuje nad tobą kontrolę doprowadza cię do przykrych stanów doprowadza do rezygnacji
 a jaka jest różnica w podobieństwie
ukłucie igły jest o wiele mniej bolesne
chwilka przecież powiedziałeś na początku że człowiek nie kłuje w przeciwieństwie do igły
dokładnie tak stwierdziłem
więc dlaczego bolesność ukłucia igły a człowieka jest różnicą w podobieństwie
gdyż słowo kłuć posiada w języku ludzkim inny doskonalszy odpowiednik
mianowicie jaki
kąsać

‘On‘
to znowu on
ukryty w mej wyobraźni
potężny lecz niewyraźny
zamyka mój śliczny świat 

wróć 

 

     

 

Monika Mazur ur. 8. 09. 1971 r. w Pionkach. Absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. W 2001 roku ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Filozofii UMCS, uzyskując stopień doktora nauk humanistycznych. Interesuje się filozofią kultury, szczególnie zagadnieniami estetyki i filozofii sztuki. Mieszka i pracuje w Radomiu. Laureatka wielu Ogólnopolskich a także Międzynarodowych Konkursów  Literackich: m.in. Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego, Sopot 1999, Konkursu Poetyckiego Kieleckiego Centrum Kultury – Kielce 2000 (I nagroda), II Konkursu Poetyckiego o statuetkę Jana Kochanowskiego – Zwoleń 2000 (I nagroda).
W 2001 roku wydała debiutancki tom poezji pt. „Róża wiatrów”, który zdobył Świętokrzyską Nagrodę Literacką 2001 r., a w 2004 r. – tom poezji pt. „Krajobraz po baśni”.
Uprawia także grafikę artystyczną w wielu technikach (m.in. monotypie, linoryty, gipsoryty, technika własna) oraz malarstwo olejne na płótnie. Ma na swym koncie wiele indywidualnych i zbiorowych wystaw plastycznych.

 

          

 

* * *
zbiegowisko snów
wraca do swych gniazd
ptaki rozpuszczają się w powietrzu
dusza wyboista
droga bezduszna

nieboskłony
powracają do raju

ćmy bieleją
noc wyrwana z korzeniami
omdlewa

bezdomność słów
imiona unoszą się nad wodami
wieczność sparzona
horyzontem pokrzyw

zaspać z miłości na jawie
zasypać ciało niebem
cukrem pudrem

 

* * *
woda zabiera odbicie
w stronę utraty zmysłów
na horyzoncie
tonie pełnia słońca
i każda inna
płytki sen budzi się
we mnie
trzciny wbite w powierzchnię światła
niektóre myślące ze mną
nie dają się kołysać do kolejnego zaśnięcia
wiatr wstrzymał niemożliwe
 w niewidzialnym możliwe
lustro donikąd


* * *
bezdomna
pełna ścian i obrazów
półprzymknięta
na strychu niebotycznym wiszą dusze
drabiny do chmur

nieposprzątane pajęczyny mgieł
łąki podchodzą pod próg
 cofają pory roku
zmieniają więdnący świt w noc
czy dzień
zależnie od nastroju
na końcu ciała środek wszechświata
wiruje mgławicami
od czarnych i białych zapadni
prawdziwych snów i niemożliwych

huczy wiatr po nieprzespanej nocy
poduszka nie piór pełna
-niemiękko-
-niebiesko-

 

* * *
miłość udaje niebo
od białej gorączki do białego małżeństwa
chmury
weneckie lustra wody
płynność ciała
w zaklęciach
sens urojeniem
konieczność ciałem
hangary serc

 

 

* * *
skąd się biorę codziennie
z przyzwyczajenia przewidzenia
dusza wyboista
droga bezduszna

wozy wielkie i małe
psie gwiazdy

nieboskłony ciągną do słońca

po obu stronach litanii
wciąż inne wschodzi
lub znów uchodzi z życiem

moja przezroczystość
ciała pełnego myśli
twoja pełnia
na dnie dnia

*
perła
z każdego miejsca
taki sam horyzont
oceany oczekiwania
w gąszczach zodiaków
na dnie światła
krajobrazy powietrza

przeznaczenie


* * *
echo na pustyni
odbite od słońca
-gorączka-
przestronne ciało
pełne zodiaków
gwiazdozbiory na drobiazgi
schronienie opadło
to było niebo a ziemia
jeszcze nie stworzone
niemożliwe bez słowa
w niewidzialnym
poza widnokręgiem
niczego mniej
czegoś więcej
czegoś mniej
niczego więcej


* * *
kobieta liściasta iglasta mieszana
wzniecająca biel
soków rozbrzmiewających
światłem wnętrza
co zasysają mgłę odnalezioną
w chłodzie półmroku
po kres owoców
spadających
liści
rzucanych na wiatr

 

* * *
tyle myśli spadło
który ikar się do nich przyzna
anioły mgliste
szamoczą się z wiatrem
błękitnym schronem
szukają swych piór
składają zaklęcia
nie wstępują
nie unoszą słów
z horyzontu

zapatrzenie
- niebo obiecane -


* * *
ikary miłości nieloty
niebem umysł reszta ciałem
spadać można
 długo
szybko
przekraczać prędkość miłości
cofać się do nicości
spaść jak kiedyś
roztopionym sercem
w widnokrąg

 

* * *
noc się dobiera
do mnie
skowyczy świt
na uwięzi
nocy
jeszcze ciepłej
jednolitej
ciemnej poduszki
bez igliwia
nadciągającego
słowem
myślą
więc jestem

 

* * *
znajdź swoje rozewie
tu zmierzam od samego pustkowa
wiatry układam na piasku
ciągnę drobiny pamięci
sen głazu budzę
sztormem bezbrzeżnym
cofnięty w głąb lądu
lisim jarem
bez dotyku
przemierzam
światła
wchodzę do nieba
stopniami bluszczu
po klifach spadających mgieł

 

* * *
przylądek wiatrów
rozewianych
klify porasta mgła
wieczorna
dzienna bryza
roztaczam się
rozcieniam błękit snem
wsuniętym pod pejzaż
woda zabiera odbicie
w stronę utraty zmysłów
na horyzoncie
tonie pełnia słońca
i każda inna
płytki sen budzi się
we mnie
trzciny wbite w powierzchnię światła
niektóre myślące ze mną
nie dają się kołysać do kolejnego zaśnięcia
wiatr wstrzymał niemożliwe
 w niewidzialnym możliwe
lustro donikąd

wróć 

 

 Anna Nogaj

Anna Nogaj o sobie:

Urodziłam się  Kielcach w 1980 r. Tam też ukończyłam filologię
polską na Akademii Świętokrzyskiej. Mam dwie wielkie pasje.
Pierwszą jest literatura (szczególnie współczesna). Ulubieni
autorzy to; Herbert, Andrzejewski, Brandstaetter, natomiast z
lit,pow. Borys Paternak, Singer i S.Beckett. Staram się codziennie
rozwijać swoje zainteresowania literackie, choć nie zawsze czas na
to pozwala (słyszałam, że humanista powinien przeczytać 100
kartek dziennie:))tak mówił mój profesor - prawda czy nie, staram
się stosować.
Sama piszę ,tworzę, bawię się poezją od dwóch lat tak na poważnie.
Publikowałam w miesięczniku świętokrzyskim "Teraz", w "Gońcu
świętokrzyskim",  "Wyspie", "Akancie" i "Kozimrynku"
Drugą moją pasją jest karate kyokushin - trenuję od 9 lat w KKKK.


Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.   Św. Augustyn

 

Homo viator

 

lubię te spacery między wersami
wtedy odwracam słowa. wrysowuję się
w przestrzeń

nowa strona kolejnym zwierciadłem
przechadzającym się po dziedzińcu myśli

i te rozmowy bez dna choćby z Herodotem.
już wiem że żadne zdanie nie kończy się
kropką. że to co jest było to co było stanie się

potem

miarowe stukanie w skałę laski mędrca
przypomina ten odwieczny rytm świata
i wewnętrzne pulsowanie

 

 

 

***
a kiedy wytrząsam piasek zza szkła
zegarka

myślę sobie że
może to  ten sam który przesypywał się
przez sandały Tucydydesa
              Herbertiada


Wędrowanie z Herbertem jest mi bardzo bliskie,
wszystko się zaczyna zwykle od szczegółu - 
ważę  w dłoni istotę kamyka, badam politurę
czerwonej skały albo marmuru. Potem po kolei
zamykam się w słowach, odkrywam luki czasu
aby  je wypełnić i dotykam rzeczy aby je domyśleć.
 
Bywa często,  że muszę się skurczyć
do głosek, kreski czy przecinka, 
by bardziej poczuć, stać się dźwiękiem,
pomrukiem wiatru gdzieś nad Aleksandrią.
I tylko kątem oka śledzę, jak przestrzeń wzbiera
sumą znaczeń, barwą

A gdy się w końcu z nich wywierszę, odkleję  ręce
od płaskorzeźb luster, to cała szklistość zamienia się
w dotyk, burzy się spokojem

wody, w której jestem
drgającym kręgiem w ciemnym chłodzie.
Przez palce sączę  piasek Sanhedrynu,
zbieram płynne odbicia bożków, ludzi, Rzymu.
Dalej już płynę, odgarniając dłonią historii fale,
do swojego domu. Zdejmując wcześniej z czoła
południe Rovigo, Rovigo

 


Jesteś pewien, żeś mnie widział ? Nie przyjdziesz i nie powiesz mi jutro, żeś mnie nigdy nie widział ?" 
                                                                                   Samuel Beckett -Czekając na Godota

Monolog na dwa głosy

 

mówisz do mnie?
niemożliwe
     a może...

to kawiarniane stoliki szepczą coś do siebie
o wczorajszych spojrzeniach zapachu magnolii
o tym że na dworze deszcz wieczny buntownik
maluje srebrzyście niespokojne okna

a może to demiurg puka palcem w ciszę
a z ziemi  powstają słowa podeptane
na wielkich obcasach wspinają się w górę
na chwiejących nogach niczym wieża Babel

mówisz do mnie?
niemożliwe
     a może...

--------------------------------------------
słońce już rzuciło ostatnią garść złota

impresario! kurtyna!
pijmy za Godota

 

 

  


Kiedy przychodzi człowiek


granicą takiego spotkania biegnie uczucie
przychodzisz
i dzielisz się chlebem słowa

krajobraz wtedy jest głębszy
i czulej niż zwykle tulę niepokój miasta
w ramionach

teraz raźniej płynę w myślach
wiosłując ciepłą ciszą
     nie potykam się już o próg wschodu    

o krok od siebie
klękam
i proszę o kolejną kromkę wiary

 

 


Pamięci Ryszarda Kapuścińskiego

tropiąc horyzonty krokiem wagabundy, sawanną,
stepem szukałeś człowieka, w tyglu kultur, znaczeń
za barierą słowa, chyląc czoła myśli mędrca Herodota
w wielości obrazów świat można rozpoznać

w zgodzie z Greka prawem

by poznać Afrykę musiałeś jej dotknąć, poczuć kroplę
potu somalijskich dzieci, w szeroko otwartych oczach
strach człowieczy, sącząc przez palce gorączkę pustyni
uklęknąć na chwilę przed tym obyczajem, co każe głodnym
dzielić między siebie najmniejszy kęs i ostatnią strawę

pytałeś, jakim prawem

indyjskim bożkom spoglądałeś w oczy aby zrozumieć zachwyt
fanatyków, wśród wrzawy krzyku spieszących się ludzi
 podobnych z daleka do kleksów, punkcików, w zwierciadłach
 spojrzeń czytałeś ich wiarę składając pokłon
 
 przed ludzkim prawem

blisko  maluczkich  i blisko mocarzy , odważnych Greków
wrogim im Spartanom, co weszli cichym i  odważnym krokiem
pomiędzy  wersy Cesarza , Hebanu, tutaj od nowa obrastają
w sławę i  ciągle żyją

Twoim prawem

 

 

 

Sen nocy letniej

 

przemilczane słowa są jak wyrzut
sumienia nie można jednak wymazać

trzeba wciąż zanurzać się  w bólu monosylab
rzucanych wzajemnie pod nogi
jak chleb umarłym dopóki

nie dopiszemy naszej historii
między wzburzonymi oddechami
marszczącej brzegi myśli a dalej
mającej kształt elips
po-roz-ry-wa-nych obrazów.

może kiedyś przekroczymy Rubikon ciszy
pękną nasze twarze
a słowa opadną lawiną dźwięków
jak dojrzałe jabłka

w takt tego spadania odegramy ostatnia scenę
w teatrzyku Snu nocy letniej
wtedy wynikniemy z siebie kroplą
kulejąc na ostatni akt
by obmyć się chłodną Lete  

Glosa do filozofii Kierkegaarda


Dni małego Sorena zachodziły cieniem od chwili
gdy ojciec obwieścił synowi; pamiętaj- 
Bóg cię kiedyś skaże -  te prorocze słowa
powiodły dziecko granicą absurdu,
na jałowe drogi zapętlone ciszą.

już się wtedy głowił nad istotą bytu,
wyostrzonym zmysłem szukał śladu winy
chowając po kątach  ból i  przerażenie,
co miało wypełnić przyszłe woluminy
sceptyczną literą.

potęga demiurga groziła wciąż palcem,
strach użyźniał glebę pod przyszłe owoce
raz rzucone ziarno miało stać się chlebem,
którym się  nakarmił dorosły już Soren.

a później swą myślą zapładniał słuchaczy,
odkrywając z trwogą  twarz swojego Boga
naznaczoną rysą – ostrym echem słowa.

 

 

 


Nad brzegiem

Na plaży  jest cicho tylko wiatr gwiżdże
wplątany w maszty żaglówek i targa
włosy Właśnie słońce zachodzi spływając
po wodzie czerwienią a z dala niesie
głosy klaksony, Rozsypali się ludzie po
przybrzeżnej kawiarni Brzęczą kieliszki,
migają łyżeczki w dłoni Kadruję przestrzeń
raz jeszcze i jeszcze Jak dobrze, że tutaj
mniej bolisz Koi miarowy stukot patyka
w omszałe kamienie i niebo gdy rozkłada się
talią gwiazd a wieczorne szmery szeleszczą
łagodnie jak w dłoni muszle Z każdym oddechem
ubywa mi ciebie i fale pryskają mocniej, jakby
chciały ostudzić wspomnienie Ty dzisiaj pod
innym niebem a noc jak noc zlizuje ostatnie
białe plamy na molo, podstawia nogi
przechodniom, usypia w przystani łodzie. Mijasz
razem z echem, mijamy wciąż siebie Nasz czas
skurczył się we mnie do jednego westchnienia
A jutro będzie mi jeszcze piękniej
gdy zaciągnę się mleczną mgłą

na do widzenia

 

 


     Wpisani w październik


zdarzyliśmy się na chwilę dla siebie
wpisani w jesienny krajobraz wtedy
dachy dźwigały dorodny październik
a szczęście szło za nami jak dobra kobieta
z koszem pełnym jabłek

dzisiaj spadło jakby więcej
liści zwiniętych w płomienne uśmiechy
kasztany zamilkły choć plamią czerwienią
alejki po których spacerowaliśmy  jak
-Samson i Putyfara odklejeni z obrazu Rembrandta

nie bój się
teraz mocniej wciskam kaptur na głowę
z pasją  kloszarda błądzę  po chłodnych gościńcach
i skracam drogę o  niepewność półprzymkniętych drzwi

ale nic to - zobacz - ziemia oddycha łagodniej
nic się nie zmieniło chociaż to już wiosna
poczochrała krzewy na rogatkach
śmiechy  i trele wznoszą się crescendo

zawtóruję im  chociaż
samotność niedzielnych chodników
mamrocze do ucha 

 

 

Obraz gasnącego miasta


Zgasły gazowe latarnie na krakowskich uliczkach,
ucichły postukiwania korkowych obcasów, hebanowych

lasek zamilkł  szelest sukna z batików atłasów. 
brakuje też dostojności westfalskich kołnierzy i czasu

smużącego się tytoniem ze składów Zelmanna. Coś jednak
zostało to sepiowa brama, dach pokryty grynszpanem,

dwa schodki przed kaplicą wytarte ciężarem pokoleń i ta
sama droga wiodąca przez cień rosochatych sosen. na dole

kaplica za szkłem pożółkłe księgi pisane cyrylicą  na
welinowym papierze a wierni mówią wciąż

te same pacierze gdy na ścianach skrzy się przybladłą 
już barwą obraz ostatniej wieczerzy


wierzę że z każdym dotykiem
wplatam się barwniej  w obraz gasnącego miasta

 

wróć 

Katarzyna Gasiorek

 

 w drodze na Koci Grzbiet
skręć, za mostem znajdziesz dom
wejdź, przy oknie znajdziesz stół i kartkę
 
jeżeli skręcisz za mostem
to odkryjesz imię przykryte uszami głuchej jak pień kartki
 
wychodząc, nie zapomnij parasola
na moście woda pryska bardzo wysoko
furia fal potrafi sprzątnąć porządnego człowieka
weź więc parasol papierosy i dokument ze zdjęciem
a papierosy pal
albowiem rolą dłoni jest zadanie szyku
którego okolicy
brak
 
kiedy opuścisz już most odwróć się i popatrz jak leży
na grzbiecie, jak tłucze łapami w powietrzu którym oddychasz
najspokojniej w życiu
gdy most gotuje się do skoku ty pędź w stronę okien
 
tam gdzie firana drga
jak postać
tam przy kanapie jest też i stół i kartka
 
pozornie przedarta na pół
żebyś zawsze mogła postanowić
coś wręcz przeciwnego
 
 
Dzień
Kontemplacja czasu i klops.
 
Mówią że Bóg sam zaczął
huraganem świdrującym magię wielkiej kropli
rozdzieliwszy ją od mułu na który spadł
migotliwy gryps
proch;
 
czas i Bóg krzyżują się w zimnej mgle zaskoczeń
Bóg przybiera imiona czasu
czas to konik Boga
Czas hasa we mnie bo jestem jego ogrodem


po smutnych bezpańskich przestrzeniach wieje Czas
śpiewną nocą
 
tę noc lubię nazywać porankiem
 
dzień nie wprowadza do swoich kronik mojego imienia
 
 
spacer
na każdym kroku
mrowie oczu za woalem ciszy
ich spojrzenia jak anioły
prowadzą mnie aż do końca;


słychać chrzęst kocich łbów
zamiast twarzy dym
i w takim świetle każdy
się przygląda sobie;


ale nadszedł mój czas
mój ekspress
ich spojrzenia jak anioły
przede mną
mgła
sączy dolinę


mijam ostatnie śniegi snu lód
pod skórą szabrują sekundy bez godzin
 
-

wróć   

Agata Kornacka o sobie:

(...)Poezja to moja dusza, jest ze mną od zawsze.


    ***
magiczny port
zaginionych gwiazd
rzuca światło
na stos najbliższych lat
płyną do niego
giną przez niego
rozbitkowie kruchych miast

uderza morze
na szerokość fal
szumiąc wyostrza
spojrzenia wiary w dal
płyną nim
giną w nim
serca mocne jak stal

krzyczą mewy
wirują w gwiezdnej zamieci
spędzają skrzydłami
łzę co twarze szpeci
płyną jak one
giną jak one
uparte polskie dzieci

ucichnie wiatr
latarnia szklana pryśnie
zastygnie morze
koloru świeżej wiśni
płynąć przestaną
ginąć przestaną
jedyne polskie myśli

 

 


      ***

cztery myśli zdradliwe
złodzieje sennych toni
me tchnienia piskliwe
duszone w martwej dłoni

cztery wiatru podmuchy
ucieczka w cztery strony
latarnie pseudo skruchy
ideał nie-za-to-pio-ny

niedokończony mój sen
tobie się może przyśni
gdy ja walcząc z dniem
napędzam cztery myśli

serce
głaz
szczęście
mara

trwają w czas
w takt kowala


Bałaganiara

spadając
zaczytała się w gazecie codziennej
polityka wyszła jej bokiem
skandaliczny romans uparcie wchodził drugim
zawiesiła swój wzrok i głos
na wieszaku w łazience
obok ręcznika w kwiaty i szlafroka z satyny
zakrztusiła się przesłodzoną herbatą
anioł stróż poklepał ją po plecach
kubek i ona wrócili na miejsce
nie zmyła naczyń
myślała że z brudu same znikną
i że kolacji nie będzie
w przedpokoju porozstawiała buty
które omal nie wyszły z siebie
kranu też nie dokręciła
zawsze coś się w życiu skapie
przysnęła na wykładzie z języka
polka z krwi i kości
na oścież otworzyła okna
gdy sąsiad zza ściany wypalał swe płuca
prawie zginęła w wełnianym swetrze
bo nie umiała dochodzić
po nitce do kłębka
w okularach na nosie
zanurkowała między mole
i byłaby nie wypłynęła
gdyby nie musiała spadać

spadłszy wreszcie
odbiła się od dna
robiła wszystko
by nie splamić się poezją

wróć   

Daria Dziedzic

ur.17.09.1977 w Dąbrowie Górniczej, studentka V roku
Filologii Polskiej, należy do Stowarzyszenia Twórców Kultury Zagłębia w
Będzinie od 2007r. Publikuje w antologiach, jej wiersze emitowane są  na
antenie w Polskim Radio Katowice ( Poczta Poetycka Macieja
Szczawińskiego). Wydała debiutancki tomik pt.:"Anioły, sny, wiersze" (
2003 r.)w warszawskim wydawnictwie Nowy Świat, w tym roku wydaje drugi
tomik nakładem wydawnictwa w Sosnowcu ( "Trzepotanie"), jest laureatką
wielu konkursów literackich, publikuje w prasie.
Nadsyła tekst pt.:"Wyznania małego stwórcy":
" Kłopoty małego stwórcy" Z. Herbert
 
"(...) krzyknąłem kiedy obraz skały
potwierdził najprawdziwszy dotyk
i nie zapomnę chwili kiedy
rozdarłem skórę o krzak głogu (...)"
" Kłopoty małego stwórcy" Z. Herbert


1.

to dla was
tworzyłem niegotowy świat
ścierając do krwi
opuszki palców
pracując w pocie czoła
nad kształtem i przyczyną
wszechrzeczy

ugniotłem najpierw ziemię wielką
swoją delikatną stopą
spojrzeniem skreśliłem błękit
wiszący nade mną

odcisnąłem na skalnej ścianie
swoją historię
linii papilarnych dłoni
pamiętam do tej pory
echo zdziwionych skał

w wydrążonej szczelinie
składałem imiona
wszelkich żyjątek a potem
leżąc na plecach wśród traw
przyglądałem się z uporem
kwitnącemu kwiatu paproci i
ogonowi pawia przecinającego przestrzeń

odpoczywałem w siódmy dzień
siedząc na białym kamieniu
pisząc ziarnem soli
kompletną listę gatunków
od pełzającej ameby
do fruwającego anioła
o złotych skrzydłach

noc nie pustoszyła świata
zapełniała go kształtami
barwami zapachami

 


2.

przekazałem swą wiedzę
szeleszczącym liściom
włosom traw przy strumieniu
kroplom gwiazd

przekroczyłem przepaść
pomiędzy wiarą i niewiarą
a było niełatwo
uwierzyli jednak
w krzak głogu

- delikatna krew
nie obmywała już
małych planet

zaufałeś pięciu zmysłom
świat zbiegł się w
maleńki owoc

wiesz, że teraz świat
jest tworem o gotowych
kształtach

- mały stwórca
gwiazd i pęku promieni
pozdrawia życie

wróć  

Izabela Kawczyńska-

Z zawodu antykwariusz, z pasji pisarka, z uzależnienia poetka. Tworzy w
nurcie poezji konfesyjnej. Laureatka kilkunastu konkursów literackich.
Publikowała poezję i prozę na łamach miesięcznika literackiego
"Akant".

 

„Muszę ci uwierzyć”

i tak to się właśnie zaczyna, zmęczeni wstajemy o zmroku,
coraz więcej leżymy, coraz bardziej poziomo, coraz ciaśniej
dziurką od klucza wpuszczamy w siebie świat starannie
selekcjonowany, zodiakalne zwierzęta grzeją nam stopy
iskrzącym kaftanem pościeli i mruczą, one albo szczeniaki,
których nie chciałam utopić nawet w moim śnie, śnimy

coraz częściej, spędzamy czas jak płód w spoconym
brzuchu łóżka, a moglibyśmy jeszcze kochać, mówić,
krzyczeć, warczeć u naszych stóp z oswojonymi zwierzętami
niczym pijani cyrkowcy życia, wystarczy tylko trapez,
a dla mnie poproszę gryzącą obrożę, żebym nie próbowała
więcej uciec twoim okiem, źrenicą, co do wewnątrz

zassała poranek, ptasi furkot potłuczonych naczyń,
widzisz, ciągle się uczę, musisz w to uwierzyć,
tutejsze rośliny oglądają za mało dziennego światła,
rozdziawiają na nas tropikalne paszcze jakby chciały
prosić o coś, płakać albo kląć, wszystko idzie w dobrą stronę,
powtarzasz nad przepaścią stołu, wszystko idzie w dobrą stronę

 

„Fado fałszywie bez gitar”

przepływ spraw jest umowną sprawą,
a jednak puls krwi wybrzmiewa dzisiaj całkiem realnie,
podaj mi, podaj małpko swój neseser,
zamszowy róż sutków, ich lepkie landrynki,
zwiniętą trąbkę chwili, w której z wierzchu ciepło,
sterylnym ruchem sprawdzimy co w środku,
wyruszymy na połów słodkich mandarynek,
małych chudych rybek płochych jak spojrzenia,
którymi omijając uważnie moją twarz,
tropisz pająki ulotne na ścianie,
piruet, piruet i pas

cokolwiek znajdziemy zamilczmy,
cokolwiek zobaczysz przeminie, zarobaczoną źrenicą
oszroni nas mysi czas czekania w kryjówkach ciszy,
na kogo padnie na tego bęc, mięsem miłości stanie nam
w gardle, potem skruszeje, przegryzie, umarli
nie śpiewają, więc teraz, na całe gardło żałobnie,
z premedytacją fałszywie niczym soliści przeznaczenia
albo ogniste paso doble, pytasz czy nie oburzy to świata
albo sąsiadów za płótnem ściany
niech Pan zostawi świat w spokoju
świata i tak to nic nie obchodzi


„Mehari. Inna karawana”

z prochu powstałeś, w jęk się obrócisz stratowany przez
sfory własnych myśli, dziki galop rozerwał cię na strzępy
i słyszysz, słyszysz jeszcze w powietrzu ten tumult, piasek
 
i kurz na tafli źrenicy, w krtani zaschnięta kulka podmiejskiego
szlochu, trefiony pośpiech współczucia czy może nadzieja,
płochliwy dromader, koślawy bezwstyd przygarbia ci plecy,

budzi twój żal doprawdy niepotrzebnie, wszyscy znamy te

sprawy nazbyt oczywiste, znamy ten rodzaj lęku, po co o tym
mówić, a jeśli już koniecznie, najlepiej milczeniem, śmiertelność
naturą jest człowieka, powiedzmy jego drugą skórą, bita droga

oka nie zna poruszenia, nieobca jej tkliwość i dozgonna czułość,
ziarno piasku sprawia, że płacze, z pośród zaułków powiek,
zasieków rzęs skulonych obrosłe perłą źrenicznej macicy

stacza się mokrym szlakiem donikąd, odruchowo

 


„Odwilż. Rh+”

coś umarło, nie jestem pewna w jakim kierunku
i dlaczego, jak ryby, które tropiłeś latami zanim
odeszły, kiedy odeszły nie pozostało nic do zrobienia

czy mam udawać, że nie widziałam twojej
twarzy na brzegu rozkrojonego śniegiem miasta,
miasta przepołowionego nocnym sypkim śpiewem

pieśń jak księżyc wschodziła na wargach, topniała
w oczach, czy powinnam powiedzieć wiejska piosenka,
spacer lunatyka, ludowa przyśpiewka, której imię miłość

kiedy odeszła nie pozostało nic do zrobienia, topnieliśmy,
o świcie było nas mniej niż nic, miejskie drapieżniki
zwęszyły krew, wilgoć milczenia trącały nosami

niecierpliwie, coraz niecierpliwiej,
ruchliwe ryby namolnie wracały
po świeżo rozdrapanych śladach

 

Opowieść koronczarek”

palce koronczarek są dzisiaj zmęczone, no bo sami powiedzcie,
ile razy można przebiegać zgłodniałym wzrokiem we wszystkie
strony obnażony jak łono horyzont, tam i z powrotem, ciasne żebra
ulic, słone płaty morza, co szumi spienione: nie czekaj, nie wróci,

ile razy można przebierać histerycznie kłykciami różowymi
jak odnóża krabów albo stopa ślimaka fioletowa, kiedy sunie
w dół po stoku jak po nodze stołka, na którym niczym bujany fotel
kolebiesz się łagodnie, mimowolnie, z przytupem flamenco wydechu,

tak właśnie wygląda Hiszpania ogołocona z turystów, zresztą tutaj
nie bywa ich tak znowu wielu, może tylko ten chłopiec o oczach Boga
czy idioty, ale równie piękny, który spojrzeniem zakwitł w twoich oczach,
oddechem w ustach się zakorzenił, jak bańka mydlana zniknął czy pękł,

wszystko jedno, zostawiając cię z przeczuciem, że tak właśnie wygląda
śmierć w twoim kraju, cierpliwa jak praca koronczarek, wolno, równo
i bez niechęci, za to w rozlanym czerwonym słońcem krzyku mewy,
z koronką, z której nie welon, nigdy welon, najwyżej chustka, nic więcej,

teraz jest spokój, wszystko ucichło

mewy zwisają  z nieba, setka Chrystusów ukrzyżowanych, bogobojnie
białych, puszyste kwiaty bez łodyg, a jeśli wyżej to chyba lunapark,
ślimak mozolnie zsuwa się w dół, a ty nie przerywasz swojej pracy jakbyś
próbowała rozpaczliwie utkać jakiś nowy początek, nie wiedząc, że to już

i jeśli kobiety w czarnych chustach, które wiedzą więcej, więcej rozumieją,
które z pewnością poznały te sprawy, zaczynają śpiewać życiu pochwalną nocną pieśń
albo niebu, co zachodzącym słońcem przez kościane czółenko zmęczonych palców
świeci, nie rozumiejąc niczego, niczego nie wiedząc odkładasz nici, zamykasz oczy,

jak pszczoła ufasz im instynktownie

 

wróć   


Beata Abramska o sobie:

Urodzona 17.04.1976 r. Mieszkam w Czeladzi. Wiersze i opowiadania piszę od około 17 lat. Pracuję jako specjalista ds. reklamy i marketingu. Lubię zabawę słowem, a słowami ukazywać stan duszy. Taki mały ekshibicjonizm ;)


Romans ze śmiercią.


Mrok ogarniający duszę,
Ból rozrywający pierś.
Każdy oddech oddala mnie
Od spokoju snu wiecznego.

Nie potrafię żyć
Śmiać się i radować.
Nie potrafię kochać
Samej siebie.

Każdy dla mnie dzień
Jest walką z wolą Świata.
Mam dość staczania bitew
Chcę odejść w zapomnienie.

Uwolnić się od łez
Od żalu, bólu, krzywd.
Zakochać się ostatni raz
W wybawczyni mej najcichszej.

 

Xxx

Otchłań bólu
Pogrąża w wieczności.
Kwas łez
Rzeźbi nowe rysy
Wymazywanie uczuć
Zabija człowieka

Brak myśli
Na lepsze jutro
Ciężar słów
Wypowiadanych dla otuchy
Odziera z nadziei
Z radości bycia

xxx

Kolejna bezsenna noc
bez Ciebie Kochany.
Kolejny bezsens dnia,
bez Twych słów.
Czy kiedyś wybaczysz mi
gorzkie słowa
marne czyny?
Bo raniąc Ciebie
swą duszę ranię,
a czym że jest życie
bez duszy- Kochanie?

 

Natalka


Każdy dzień bez Ciebie
jest otchłanią pełną zmór
i nocnych strachów.
Każda godzina bez Ciebie
jest ogromem oceanu kosmosu
i ciemności nocy.

Szukając blasku dnia
nie Słońca szukam, lecz Ciebie.

wróć        

Wiesław Janusz Mikulski   

 


                       *
                *            *            

zanim przyjdzie sen
trzeba jeszcze zamknąć
namiot dnia

myśli rozpędzone stado
zatrzymać
uciszyć

zanim przyjdzie sen
trzeba jeszcze okryć się
płaszczem Twojej miłości

myśli rozpędzone stado
zatrzymać
uspokoić w Tobie ...

 


          *       *          *            

znów minął dzień
wiem że jestem bliżej Ciebie
to tak jak wśród pustyni
nie widzieć końca drogi
iść za Twoją gwiazdą
i cieszyć się oazami
Twojej łaski
Twojego pokrzepienia - -                  

 

 

              *
    *                  *    

idziesz ze mną
krok w krok
wśród słońca
w niepogodę

gdy kończy się
zaczyna rok
gdy ciepłem otula słońce
i kiedy wieje chłodem

idziesz ze mną
rok w rok
wśród słońca
i jesteś pośród nocy

trzymam się wiernie
Twoich rąk
i patrzę
w Twoje oczy ...

 

 

                    *
         *                    *      

drogą życia powoli dojdę
do Ciebie
jeśli mnie umocnisz
wskażesz jak mam iść

na półkach kalendarzy
ustawię Ci kosze
swego trudu

zerwane kwiaty wśród dróg
przyniosę
i dam Tobie ...

 

NIE  PRZEMIJASZ

staniemy się ciszą
niewidzialni

staniemy się
miłością
wykutą w sercach ludzi

tak żywi
jak świeża zieleń
ożywczy strumień i wiatr - -


                        
   W  ŚWIĘTO  BOŻEGO  NARODZENIA

spotkałem się z matką
spotkałem się z ojcem
mróz za oknami
i wiatr mroźny wiał

Choinka ze sztucznym igliwiem
ubrana w elektryczne światło
sztuczne jabłka i gwiazdki
zawieszone na drzewku

z ekranu dochodziły
śpiewy kolęd mróz za oknami
wdzierał się pośród nas
przez uchylone okno ...


                                          
                    *
             *              *           

ziemie szczęścia jałowieją
gdy ręce zamiast pracy
szukają taniego zbytku
gdy ciało okolone
aureolą zmysłowości
swoją świątynię zamienia
na bank


ziemie szczęścia jałowieją
nie uprawiane od lat ...

       

                   *
              *        *           

zamieniłem swój czas
w Twój ogród
zasiałeś i posadziłeś w nim
co chciałeś
mnie powierzyłeś troskę
o drzewa i kwiaty
i owoce
znoszę Ci każdego roku
kosze swego trudu
znoszę pod Twój Krzyż

    

            WIECZORNY  LIRYK

nie przypiąłeś mi
drewnianej nogi
marzeń podtrzymałeś
ocaliłeś zdrowie i życie

zrzuciłeś ze mnie
brudne łachmany czasu
ubrałeś w biel światła
w czerwień gasnącego słońca ...

 

 

             DZIEŃ  SIĘ  ZACZĄŁ

ludzie spieszą rano po chleb
prowadzą wózki z dziećmi
z torbami na plecach
ku szkołom zmierzają uczniowie

niebieski piec czasu
słabo pali się dziś zduszony chmurami
na zegarze drga kręcąc się dokoła siebie
niecierpliwość serca

 

 

                              *
                   *                     *           

                               Żonie

gdzieś rozrzuciłem
ziarna swoich marzeń
niektóre porwał wiatr

te które zostały
zamknąłem w złotej obręczy
naszych serc

 

 


            
                              *
               *                           *               

                            moim Uczniom
                            z ZSZ Nr 4 w Ostrołęce

rośniecie jak kwiaty
przyginane wiatrem
wzmocnić chcę Wasze pędy
osłonić Wasze pąki
wyprosić od Boga
słońce dla Waszych ogrodów
i deszcz niebiański deszcz ...

 

         W  KADRZE  MOJEJ  PAMIĘCI

brzezina pieszczona przez wiatr
drży listeczkami

żyto dojrzałe słońcem
kołysze się wśród chabrów

soczyste dywany koniczyny
śmieją się wśród dróg

stodoła mojego dziadka
pachnie świeżym sianem ... 

wróć 

 O  Magdalenie Wieczerzak
Urodziła się 18.IV.1980 roku. Mieszka w Bytomiu. Wiersze pisze od półtora roku. Jak sama mówi, jej przygoda z poezją zaczęła się od wizyty na warsztatach Grupy Poetyckiej "Obok Sceny" :). Lubi czytać Grochowiaka, Białoszewskiego i teksty awangardowe. Z poezji współczesnej najbardziej pasjonuje się twórczością Krzysztofa Śliwki. Magda ceni w wierszach kontrasty piękna i zła. Te upodobania znajdują odzwierciedlenie w jej własnych tekstach. Wiersze Magdy są trudne w odbiorze, po części psychodeliczne i zbuntowane. Wyczuwa się w nich także specyficzny poetycki chaos, który przyciąga czytelnika do głębszej analizy. Magda ciągle poszukuje swojego stylu, lubi eksperymentować i bawić się słowem. Pisanie jest dla niej sposobem na wyładowanie emocji i uchwycenie ulotnych myśli. Magda ciągle czeka na swój pierwszy sukces poetycki i jest na najlepszej drodze ku niemu. Oprócz poezji interesuje się sportem ekstremalnym, teatrem, muzyką jazzową i psychologią. Jest wegetarianką.                                                                                                                           Łukasz Waga
***
Zamknięta
W sześcianie dzieciństwa
Siedzę
Ze świecą
W pudełku
Jak w klatce
Bezdomnej dziewczynki

I drżę
I zaciskam
W drżących rękach
Zapałki
Z pod których
Pod kątem
Załamanych palców
Rozpalam jasność
Ze znicza

Po chwili
Topie kostki
Bez skóry słodyczy
W rozgrzanym wosku emocji
A myśli zamieniam
W popiół
Zdmuchniętych wzruszeń

. . .

I leżę nad poduszką
I istnieje zapłaściutko
Fruwam we mgle
Do góry
W dół
Jak duch
Bez słów, w słowa
Pół na niby, pół wściekle
I buch
Budź się

  . . .

Opierać myśli o poręcze
Zwiędniętych myśli
I grzmotnąć
W mglisto-czarne korzenie


. . .

Pozory są jak kryształy widniejące
W geometrii promienia słońca


. . .

Martwe, zgniłe płyty
O pięciu ścianach
Tylko na chwilę
Odbijają światło

A potem
Pogrążają się
W bezruchu
Z ogromną siłą
Po zardzewiałych cegłach


. . .

Przejść przez lustro
Za sam obraz siebie
A pamięć ożywić
Ze szkłem
W ostre wspomnienie
By z krańców myśli
Rozbić słowa
W sam dźwięk szkła

. . .

W czterech ścianach
Kiedy biegną myśli
Ściany mówią cicho
Przeraźliwie cicho

Kiedy gaśnie światło
Przedostaje się
Tylko mroczny jęk

A ściany napisały
Ruchem cegieł
Biegną myśli, sprzeczne myśli

I gdyby stół
Prostokątny biały stół
Wpisał znaki strachu
Zaczęłoby o ściany pokoju
Rzeźbić groteskowy dźwięk

I przy użyciu przedmiotu
Padłby stół
W czterech kątach
Padłby trup
. . .

Utopić strach
W szklance herbaty
A lęki powiesić
Razem z kurtką na krześle melancholii


wróć

Kinga Konieczny  o sobie:
Mam 24 lata, urodzilam się w Cieszynie na Śląsku.
Mieszkam i pracuje w Szkocji.

O ciszo..tylko ciebie slyszę
i widzę jak patrzysz w nieruchme okno,
zerkajac przez zniekształcone oblicze
na ludzi, którzy w desczu mokną.

Po co tak stoi? Sama siebie pytam.
Nie mów mi tylko, ze losem sie przejmujesz
tych których zmierzch zastał przy porannej kawie...
Dlaczego ich glupotą tak bardzo sie dołujesz?

Mogłabys zagłuszyć nie jeden krzyk ponury
zatykając uszy codziennej szarości.
Tęcze rozciągając w złocistej koronie
korząc nieuprzejmość, skupiska podłosci.

Tak niewiele słów można o Tobie powiedzieć...
A ty czekasz na pochlebne czułostki.
Poderwij się byś wyjątkową była
zmieniając w harmonie gniewu jednostki!

Drzemie w Tobie niesamowita siła!
Juz slyszę erupcje w twojej głowie.
Poczekam na niesamowitą eksplozje,
niepojętą w myślach, ani ludzkiej mowie.

O ciszo! Tylko Ciebie slyszę!
Uszczypnij mnie gdy bedziesz znikała
Bym wciąz nie patrzyła w okno,
spoglądając  na ciebie... jakbyś tam stala...

wróć


Regina Sobik o sobie:
Piszę amatorsko moimi ulubionymi tematami są bajki dla dzieci , wiara,
przyroda .
W 2004r. główna nagroda w konkursie sms pt. -Życzenia na dzień Matki_
w II  Regionalnym konkursie poetyckim w gwarze śląskiej im. ks. N.Bończyka
w 2006 r wyróżnienie 2 stopnia .
Wykorzystanie wiersza Moja Ziemia w programie teatr łączy pokolenia w
2006r.
Druk wierszy w kalendarzu śląskim - Z tej ziemi - na rok 2007 i 2008 r.
w konkursie  -szkryflomy po śląsku- w Żorach w 2007r II miejsce za
całokształt
druk wiersza w gwarze śląskiej w kalendarzu żorskim na rok 2008
Tomik wierszy -Jest takie miejsce - czerwiec 2007r.
Edycja wiersza Łzy św Barbary przerobionego na piosenkę w Radiu Piekary
Dzień Górnika 2007r.
Prezentacja utworów pisanych w gwarze w Radiu Piekary  grudzień 2007r.
W 2008 r w II  Mound and Mount Kosciuszko festiwal w Jindabyne.Coma
Australia
2 miejsce za tekst do piosenki
W 2008 r. W marcowej  III edycji konkursu w cieniu lipy czarnolaskiej I
miejsce
za wiersz tematyczny


Letni wieczór

Wieczór pogodny i ciepły
na niebie gwiazdy migoczą
pójdą dziś w złotych sukienkach 
na randkę z księżycem nocą
Poszło spać echo na pola
dzięcioł już w drzewo nie stuka
głośny rechot w dal się niesie
zbłąkany ptak gniazda szuka
Wieczór marzeniem nastraja
błoga cisza świat zalega
a my tak wpatrzeni w niebo
czegóż więcej nam potrzeba

Mgła

Białym welonem jak ciepłą kołderką
uśpione pola i łąki okryła
i miniaturą perełek srebrnych
leciutko w siną dal odpłynęła


Mój świat

Dorosły świat dorosłych marzeń
To tylko parę znaczących dat
i z kalendarza pożółkła kartka
to moje życie i cały mój świat
To echo ciszy co falą płynie
i rany które boleć przestały
to miłość radość płona nadzieja
i te marzenia co w dal uleciały


 Pajęczyna

Z rosy poranka o świcie utkana
jeszcze perłami jak kryształ się mieni
misterną  mgiełką na ziemi siadła
pośród kamyków i traw zieleni
Zdążyła jeszcze ubrać tiulem drzewa
nim słonko poranne ją zobaczyło
zanim promykiem cieplutkim i złotym
tę kruchą piękność unicestwiło


Zwariowana przyroda

Przyleciała sroka z lasu
najnowszą plotkę przyniosła
że tak to już od miesiąca
idzie do nas ciepła wiosna
Przebudziły się niedźwiedzie
i bociany przyleciały
gdzieś w Afryce na wakacjach
telegram z Polski dostały
Zakwitły krokusy w lesie
a w ogrodach tulipany
słowik szybko gniazdo wije
trochę zdezorientowany
Gadasz głupstwa moja sroko
to pogoda figle płata
przecież nieraz już tak było
to nie jeszcze koniec świata
Nie czytasz najnowszej prasy
nie jesteś zorientowana
klimat nam się wciąż ociepla
więc przyroda zwariowana
Do wiosny daleko jeszcze
zima w pełni boć to luty
jeszcze w zaspach będziesz brodzić
szykuj sobie ciepłe buty
Nie mamy innego wyjścia
trzeba nam się przystosować
i przedsięwziąć takie środki
by przyrodę uszanować
Gdy każde żywe stworzenie
matkę naturę doceni
to nie będzie niespodzianek
zima w wiosnę się nie zmieni


      Nicość

Jestem pyłkiem zagubionym
w bezmiarze dróg kosmosu
gdzie przeszłość znaczy swe miejsce
istnieniem na tacy losu
szuka minionego czasu
wyłuskuje z wieczności
każdą chwilę zaistnienia
składa w sejfie nicości
nie jestem jeszcze gotowy
odpłynąć na skrzydłach losu
by stać się cząstką atomu
ogromu pyłu kosmosu.
                                                     

Trzymaj się tato

Kołderką suchych liści przykryty
zasypia cmentarz ciszą kołysany
przy świeżej mogile pachnącej ziemią
stoi samotny i załamany

I któż mu  teraz  poda ranną porą
gorący kubek kawy na śniadanie
kto z taką troską będzie powtarzał
szybciutko wstawaj późno kochanie

Został samiutki jak kołek w płocie
dzieci odeszły gdzieś w świat daleki
lepszego życia i chleba szukają
nie potrzebują ojcowskiej opieki

Pamięć przywoła spędzone razem
z żoną rodziną zeszłoroczne lato
a teraz tylko ten krótki telefon
wyrazy współczucia trzymaj się tato

Polny krzyż

Stoi samotny przy polnej drodze
krzyż ,stary i pochylony
na kogo czeka kogo wygląda
zapomniany i opuszczony

Maleńka kępka polnych chwastów
smagana wiatrem drzewo pieści
Na krzyżu Zbawca tego świata
pełen cierpienia i boleści

Mijają lata znacząc swój ślad
i pory roku się zmieniają
one tak jak wszystko na świecie
biegną zbyt szybko przemijają

I tylko ten krzyż wciąż taki sam
przy polnej drodze samotnie czeka
pełen nadziei,pełen miłości
na serce każdego człowieka

 

O daj mi proszę kawałek nieba

Chciałabym dostać kawałek nieba
taki jak kropla deszczu malutki
gdzie będę chować swoje marzenia
wszystkie kłopoty radości i smutki
Kiedy tęsknota bólu nie koi
a czas cierpieniem znaczy dni szare
tu znajdę szczęście znajdę nadzieję
uleczę rany nowe i stare
Tutaj odnajdę siebie za progiem
cudownej tęczy nowego domu
tylko daj proszę ten skrawek nieba
ja go nie oddam przecież byle komu

 wróć

Marzena S. Wysocka

– 23.06.1979r, absolwentka filologii angielskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.  Pracuje w Wyższej Szkole Lingwistycznej w Częstochowie i Zespole Szkół Technicznych w Bytomiu. Autorka m.in. materiałów praktycznych do nauki języka angielskiego. Bawi się słowem i poezją od 15 lat. Wydała tomik wierszy pt. „PUSTO-PEŁNE”.


1. (Nie)cierpliwość

Nigdy
nie miałam
własnej cierpliwości,
więc gdy
nadarzyła się okazja
adoptowałam
cierpliwość cudzą.

Chodziłyśmy
razem do pracy
i jeździłyśmy
na rowerze,
byłyśmy też
w kinie i w operze,
a na wczoraj
zaprosiłyśmy gości.

I przy wszystkich
zapomniała,
jak mam na imię,
co lubię, a czego nie
i co mam na myśli,
gdy mówię
„nie wiem”

A przecież dziś już piątek -
piąty dzień
naszej znajomości


2. Życia pół

Półsiedzę
Półwiszę
Półwidzę
Półsłyszę  

Półwabię
półlgnę
Półjawię
półśnię

Przyjdź
I tak jak swoje
koszule,
spodnie
i skarpety

wywróć mnie na drugą stronę

 


3. „Niebo gwiaździste nade mną…” I.Kant

Bez szczudeł
I drabiny

Bez skoków
I wyskoków

Bez kary
I winy

I tak już od 2 dni

Ale nic nie dzieje się
Bez powodu
I przyczyny

Śnieg na delegacji
Słońce na L4
Deszcz na emeryturze
A chmury na urlopie


Dobrze, że nie wyjeżdżamy w tym samym czasie

Powiedziała ziemia


4. SZCZĘŚLIWI

Nie zdążyła
Zrobić obiadu
Nie zdążył
Wysiąść z tramwaju
Nie zdążyli
Wrócić z pracy
Nie zdążyłeś  
Zjeść kolacji

A ja nie zdążyłam
Się pożegnać
Z nią,
Z nim,
Z nimi,
Z tobą

Bo przechodził właśnie
Huragan El Niño
W poszukiwaniu
Szczęśliwego czasu

 


5. Nie pytaj

Pytasz, co robię
gdy odlatują motyle
raj na ziemi więdnie,
oczy przestają jeść,
miód usycha w gębie
a dusza się poddusza


Ubieram obce ciało
I milczę
Żeby nie zostawić
Po sobie ani śladu słowa


Spróbuj
Nie pytaj


6.***

Nie lubię,
Gdy tak dokładnie
Wycierasz buty na wycieraczce
A zaraz potem wkładasz kapcie

Przynieś choć raz ze sobą
trochę więcej piasku
Żeby w pokoju zapachniało plażą

wróć 

Mateusz Jarosz

Poeta lecz muzyk przede wszystkim. Urodzony 30 czerwca 1988
roku w Szczecinku. Mieszka w Choszcznie. Obecnie uczeń szkoły artystycznej w
Szczecinie na kierunku wokalnym. Wraz z zespołem "Towarzystwo Powiększania
Wyobraźni" jest laureatem i zdobywcą wielu nagród Grand Prix na przeglądach
i festiwalach poezji śpiewanej w całej Polsce. Ma za sobą nagranie płyty
pt. "Turyszczę" oraz współpracę z wieloma cenionymi muzykami. Jego przygoda z
poezją od "strony tworzącej" trwa od niedawna. Jest również aktorem w
szczecińskim "Teatrze Boscha". Obecnie pracuje nad projektem literackim
"Absurd w sztuce". Jest również autorem strony internetowej
www.rozmowyopoezji.fuks.pl


Sumienie

Przysłuchuję się kobiecie...
Na jej skroni robal biały szepcze do jej ucha przecie wypróżniane
dyrdymały.
Proszę Pana!
Nie chcę Panu myśli sprzątać z ucha jakże pięknej damy, lecz Pan widzisz,
Pan nie jesteś jej najdroższym ukochanym.
Nie wyjękuj Waść imienia, w cichu słyszeć mi swobodnie.
Co Pan robisz na jej uchu?
Odczep się Pan wreszcie od Niej!
Wtem zawtórnie robal zgrzyta, jęczy drapie ściska cały:
Ja się głupio tu nie pytam! Sam Pan gadasz dyrdymały!
Ja nie zgrzytań słuchać pragnę,
A gdy mówisz Pan od nowa i nie umiem temu zaprzeć
Wszak mnie wtedy boli głowa...
Moja Pani posmutniała i tą cechą chcąc zarazić, na robala nawrzeszczała:
Dość już tego! Proszę złazić!

 


WIERSZ

Chciałbym oddać w ręce Twe, Słuchaczu Drogi wiersz,
Który łamie nie język, a nogi.
Nie znajdziesz tu pokory, żali wymiennych,
Nie znajdziesz też wiersza, a on jest bezcenny.
Wszystko poezją być zaczyna,
Przepraszam szczerze.
Czy to moja wina?
To cóż, że mącę Ci w głowie wierszem,
Wylej z niego to, co najlepsze.
I gdy w bezsensie widzisz swe dzieje,
Mądryś?
Zauważ! Wiersz nie istnieje.

 

ŚMIESZNIE

Śmiesznym się zdaję człowiekiem bezśmiesznie,
Lecz lepszym mi było obcować bezpiecznie.
Tak śmiesznie patrząc, to śmieszność ma prawo
Rozśmieszać śmiesznością, a nie zabawą.

 

KOT

Wokół mojej Ojczyzny rośnie płot, a pod płotem zwierzę,
Które nazywacie kotem.
Ów kot, to niejedyny ssak, któremu brak skrzydeł, dzioba i piór
I innych fetyszy, by wzbić się do chmur.
Nie jest nijaki
Interesują go trawa, tudzież ptaki.
Trawa, bo ręki w potrzebie nie poda, lecz potknie.
Ptak, jak to ptak, nie posiada zbędnych potrzeb.
Dlaczego?
Bo kot ten nie jest nijaki.

 

 

O zwierza spadkowydalności

Czy czwarta noga podniesiona to znak?
Ulga, czy raczej chwast?
Zrozumiały czas.
Sekunda i sens, za którym dba i czynność swą wdzięczy w przypadku.
Po wieczór
Aż po wczesnym ranku.
Nie radość trzyma go w ustanku, a bezczynność, która wolę jego niszczy.
Na chwilkę, choć odpocząć mógłby bez pewnych zakopywań sprawy.
Przystać przy tym mogę.
Lecz nie jestem ciekawy 

wróć 

Magda Śmieja

ur. 14. 08. 1987, studiuję polonistykę, piszę od kilku lat- na razie bez spektakularnych sukcesów. Nie tworzę poezji- rozbijam słowa, zdania i frazy i na nowo układam z nich świat. Nie mogę żyć bez teatru i ludzi. Lubię się bawić- słowami, sobą, życiem.

1. BEZSENNOŚĆ

Od lat dwudziestu
Noc
Bezsen

Oko na oścież otwarte
Niezmiennie
Z jednego końca
Na drugi

Rozpiętość mojej świadomości
Jak szerokość łóżka

Zagryzając strach poduszką
Powtarzam codziennie
Do lustra

Kochanie

Koch Anie
 
Kocha
Nie


2. ŚWIATŁO ZA SZYBĄ

Odśpiewana kolęda
Stanęła ością w gardle
Plama barszczu
Zbrukała powietrze

Podłączyłam serce
Do maszyny regulującej tętno
Oplotłam je kablami

W korytarzu
Zapachniał wiatr
Stukające chodaki przyniosły strach

W lekkim powiewie
Narodził się
Najmniejszy z Chrystusów

3. PODPRZESTRZEŃ

Zapalcie kandelabry i gramy!

Trzask deski spróchniałej
Szlak zbłąkanej muchy
Krzyczące lampy i cienie
Całopalenie

Twarzą w twarz z tajemnicą poznania
Daleko od braw, z dala od uznania
Depczmy scenariusze, zrywajmy kurtyny
Maskom plujmy w twarze za bezmyślne miny

Nad światłem, pod światło, w oczy i za oczy
Pełni niewiernej wiary i niemocnej mocy

Żadnych braw
To nasz czas.

wróć

  

Kamil Zalewski ( Camel Biran)- ur. 21.08.1988r. Studiując psychologie poznałem piramidę potrzeb człowieka wg Abrahama Maslowa. Piramida na pierwszy rzut oka-  zwykły trójkąt, prymitywny na spodzie. Wierzchołek kryje jednak sens, przynajmniej mojej egzystencji. Potrzeba Samorealizacji, która zdobi ów wierzchołek, skłoniła mnie do pisania.


Natch...nie, nie

  Pózno, gdyż w środku nocy do okna zapukało natchnienie. Natręctwem i marynarką przypominało akwizytora toteż nie chętnie wstałem. Gdy już spostrzegłem iż to Ono, jedyne, wyczekane, chwyciłem w pół przytomny długopis i kartkę wyrwałem z łóżka piętrowego ( Blok A4). Pisać zacząłem na tematy różne a pomysł pieścił stopy refleksji w głowie mej. Wspomniałem coś o ostatecznej walce Św. Mikołaja z Kominiarzem w pojedynku o komin. Opisałem śmierć także jako głowę mafijnej rodziny, a pokusę jako jej rękę prawą, consiglieri rzekłbym. Nic jednak końca swego nie widziało a ja jako ich stwórca sensu ich egzystencji. Wytwory tej nocy więc nie przejdą do historii literatury. Zakończyłem to refleksją jedynie: "Za życia rozmyślamy o śmierci, kwestia czy po śmierci rozmyślać będziemy o życiu?".

O miejscu

Na tronie zasiada Król, nikt inny. Miejsce siedzące w autobusie, owinięte w bawełnianą prośbę, jest miejscem dla staruszków poczciwych, jak i ławka również. Fotel skórzany w komplecie idzie z biurkiem, co daje miejsce pracy umysłom ścisłym w jedwabnych krawatach. Zasypiam przy notowaniach giełdy, odnajduje więc taboret. Skóra pośladków, rzekłbym jak poszewka a tkanka tłuszczowa- pierz. Wstaję mimo tego, gdyż niewygodnie. Znalazłem karton i prawie bym w nim spoczął, gdyby nie oparcie, tak nie wytrzymałe. Chyba dziś nie spocznę, chyba dziś nie usnę. Nie ma dla mnie miejsca...

Nie mile widziane przezenty

Podarowano Nam wolność, nie skalaną ludzką interpretacją
My, stworzyliśmy kodeksy i placówki perwersyjne

Zesłano Nam Mesjasza, wielkiego dyplomatę i premiera Niebios
My, przybiliśmy Go do krzyża i odesłaliśmy w Zaświaty

Wręczono nam zdanie własne, na pohybel jednolitości
My, opanowaliśmy sztukę perswazji i karanie za nie subordynację

Otrzymaliśmy sen spokojny, oko w głowie Morfeusza
My, na potrzeby wojskowe zrodziliśmy amfetaminę

Dostaliśmy, ot tak beztroskę, setki gramów beztroski na przeżycie
Ja, dzielę się spostrzeżeniami

Pani Naodwrót

Pani Naodwrót jadła herbatę i piła rogaliki. Czuła niepokój bujając się na podnóżku, trzymając nogi na fotelu bujanym. Z telewizora dobiegały dzwięki jakiejś porannej audycji, słuchała jej jednym okiem, czyszcząc w tym czasie zęby patyczkami. Gdy szła spać to wracała z gazetą, natomiast wybudzona z objęć Morfeusza, chrapała jak kobietom nieprzystaje. Wiele interesujących rzeczy można o niej powiedzieć. Mnie najbardziej zaintrygował fakt iż po ubiorze nie spostrzegłbyś jej oryginalności.

Id

Diagnoza psychiatry mówiła coś o nieskromności, wybacz nie słuchałem słownictwo miała ubogie. Psycholog zidentyfikował kłamstwo patologiczne, przytakiwałem jedynie głową , stwarzając pozór obecności wnętrza tu z nami w gabinecie. Nie wykonuję rozkazów, lubię gdy ktoś liże mnie po uchu. Myślę dużo i śpię w skarpetkach. Potrafię czuć jednocześnie sympatię i niechęć, kocham sztukę, uwielbiam wypróżnianie. A teraz powiedz mi proszę czy dobre mam zadatki na pisarza.

wróć  

 

Dorota Pawliczak

 o sobie:
Jestem absolwentką filologii polskiej ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Zielonogórskim. Współpracuję z ogólnopolskim dwutygodnikiem. Debiutowałam na antenie Radia Zachód, gdzie prezentowano moje dwie Radiowe Książki Poetyckie. W 2004 roku pojawił się mój debiut papierowy - tomik wierszy "Słowem wykończona". Publikowałam na łamach "Lubuskiego Nadodrza" i "Miastera". Dostałam wyróżnienie na I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Marka Garbali w Zielonej Górze w 2005 roku. Nie odpoczywam słownie, lubię jak ono się dzieje. Nadal podtrzymuję współpracę z poezją, kapryśną i leniwą;) Istota pisania to igranie ze słowem - słowem dotartym człowiekiem. Mocnym i cielesnym. Zwykłym człowiekiem. Słowo potraktowane jest u mnie szczerze, czasem brutalnie, działam językowo bardziej "na słuch" i wyobraźnię niż "na oko", które jest czasem zmęczone tą zabawą.

 

Letarg w (P)pośpiechu 

zasypani po uszy
otuleni na cicho
ze snem skuleni
na siedząco objęci
po turecku

z obłokiem w uszach
i nosie

drapiemy dawno niedotykane miejsca
wylęgarnia czułostka

zamroczeni bezmyślnie
i czekoladowo
ścierpnięci szyjami
ułożeni niewygodnie
tak dokładnie

bujanie palcem
po wardze

wytrąceni z wrażenia
jak zawsze

na zawsze

 

 

Wyempikowana. Z Życia. 
Wyempikowana z życia.

zawisłam nad Wisłą
myślami postrzępionymi
sennymi
wyleciałam z Siebie
szybko
w plusz fotela wrastam
w salonie o godzinie muzyki
zasiadam

Królowa Bosa

na czczo miłość urodzę
na balach ją wytańczę
a ty zakosztujesz
a potem chuda z niepieszczoty
połknę to czerwo od kochania
i wyszorowana tą cnotą
wyrzygam ją

chcę czuć Siebie

a ty?
smakowało pieprzenie?
dam ci serce i buty
mój Akrólewiczu z baśni wysnuty

 

 


Pomyśl! 

zasłużona całodzienną sobą
osiągnęła górę
od dołu

a potem z powrotem

mianownik wyręczył
rę- czył
ore
orędownik zatajony

er-go?

bo potem mnie

ja najtrudniejsza

i to wszystko

 

 


Sama 

kochany
boję się samotności
tej strasznej królowej pustynnych nocy

boję się ogromnych oczu
przeżartych powietrzem bez zapachu kochanego
papierem ściernym na i tak już wysuszoną rzeźbę moich dłoni

boję się spuchniętych powiek i mokrych ust
że będą same
bez grama ciepła

wiesz że kulę się pod naszą kołdrą?
maleję
a moje serce dudni nieprzyzwoici
zachłannie

boję się strachu
z lodem na patyku
i drwiną dla mnie

boję się miesięcznych pojaśniałych nocy
gdy moje stare już serce
zamieni się w wilka wygłodniałego
zachłystującego się wspomnieniami

kochany
boję się że się kiedyś zatrzymam

i będę sama
i przekwitnę razem z różą wiatrów
bo nie będzie już stron świata

 

 


Za mało skojarzona 

niebo grauowe
te grysowe wiatry
kółka graniaste zataczają

granitowa moja ślina
jak z muś
linu

Linu?
o Linie!

szyba
parowo – lodowa
z aniołami o twarzach dużych
zamazanych palcem

nieświadomnik

cóż uczyni
opiłuje płytkę
i na szarawo – tchórzawo
pomalu
je

i je i je…

kamykowe błoto
kłuje w oczy
i wyszarza
na biało

dookoła

już bolą oczy


Nocą, gdy nie patrzysz 

nawet gdy śpisz to trzymam cię za rękę
pilnuję cię spokojnie
waruję niczym Westalka
przy Moim Szczęściu

spijam twój sen
zanurzony na głębokości 500 metrów
oddychasz nierównomiernie
wstrzymuję razem z tobą powietrze

ty niczego nieświadomy
że ja patrzę na ciebie

zanurzona na głębokości nocnej myśli
wydobywam twoją rękę
i przykładam do rozbudzonej twarzy
ciepło

przytulam je do serca

mam cię i nie puszczę

wróć

 

 
 

Designed by Samuel Sen

© 2010 Sprostać Wierszem
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.