|
www.sprostacwierszem.pl to przestrzeń spotkań osób, dla których pasją jest twórczość literacka. Aby móc uczestniczyć w życiu portalu, czyli publikować swoje teksty, scenariusze, fragmenty prozy,.... należy przysyłać swoje utwory do redakcji na adres mkawiersze@interia.pl , podpisać je (najlepiej z krótką informacją o autorze). Zachęcamy do współtworzenia witrny. Osoby zamieszczające utwory naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Dorota Pawliczak Camel Biran Magda Śmieja Mateusz Jarosz Marzena S. Wysocka Regina Sobik Kinga Konieczny Magdalena Wieczerzak Wiesław Janusz Mikulski Beata Abramska Izabela Kawczyńska Daria Dziedzic Agata Kornacka Katarzyna Gasiorek Anna Nogaj Monika Mazur 6R+ Igor Jarek Jerzy Fryckowski Robert Wieczorek Marek Mierzwa Barbara Mazurkiewicz Noemi46
Igor Jarek (1989.05.25) Jest laureatem kilku konkursów poetyckich, czeka go także debiut w najbliższym numerze dwumiesięcznika kulturalnego „Opcje”. Mieszka i uczy się w Katowicach.
Pamela Anderson, Parker Stevenson, David Hasselhoff idą na kawę Upał. Kamery piłek skończyły właśnie krążyć wokół jeziora. Słońce topornie wali w błyszczące talerze pleców więc ścieżka dźwiękowa będzie spacerkiem do przejścia w pięć minut. Powietrze może już do woli obrastać tłuszczem i alkoholem. Po nożu mola ściekają ludzie. Ja meczę się nad książką jej strony są jak podgrzane lustra koledzy oceniają muszelki wciśnięte w stroje kąpielowe.
Plakat mamy od wczoraj, trochę zgnił wydostał się poza własne kontury ale wisi przyklejony mocno do dna Miejsce zbrodni chłopakom mojej piłki Lato Chwilę przed meczem deszcz Siedzimy pod schodami Ziemia ma tutaj kolor i konsystencje pasztetu Śmierdzi jakby tłusto - czarne plamy moczu wywabiano tanim winem
Wyschnięte wargi gazet wyszczerzają ku naszej Kanadyjskiej piłce Krzywe ząbki potłuczonego szkła Żując gumy TURBO szybko odpowiadamy przemocą Dusząc trampkami blade szyje kondomów do krwi zdzieramy tynki Koniec wykopalisk Raczkująca północ. Czekając na pociąg wnioskuję z mniej czy bardziej wypalonych papierosów dłuższe lub krótsze powroty do domu. Takie a nie inne kawałki roztrzaskanej butelki, zgniłe strzępy chleba można złożyć w jeszcze ciepłe instynkty. Czuje prąd powietrza - zimne kabelki muskające ciało. Daję spokój ten grobowiec nie jest i nigdy nie był zamknięty, zawalony dla niepoznaki pomarańczową nic nie mówiącą skałą. Nie jestem ani pierwszy ani ostatni. Pod prąd powietrza podpięty jest pociąg. Spaceruję koło rynku
Jakaś prześwięta godzina Wrocław szeleści lateksowym dresem Jestem nowy Nie obrzezany w tutejszym klimacie Naprawdę wystarczy mi przejść Pokazać się wielu parom oczu równocześnie i w powidoku chwilkę Nic ponad Mam więcej czasu niż Biuro Literackie razem wzięte Miłosierdzie to moja sprawa ! Zaraz rozpuszczą mnie ciepłe języki powiek Przed kolejnym natarciem Osowiałe drzewo. Wokół rozrzucone sino-czerwone papierówki. Zbierają pod nosem mamrocząc modlitwy.Za nimi nasyp przecina pole jak szew więc krajobraz już po lobotomii. Powietrze ciężarem i zapachem przypomina stary materac. Zza zakrętu wyłaniają się załadowane do końca niczym magazynki auta pierwszych turystów. Klekot osiada na liściach. Mały chłopczyk precyzyjnie odlany na słońcu .Tam i z powrotem tam i z powrotem rozkołysany bije na alarm wróć

Jerzy Fryckowski - poeta i satyryk. Urodził się 16 lutego 1957 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Z wykształcenia polonista. Pracuje w Szkole Podstawowej w Dębnicy Kaszubskiej. Laureat wielu konkursów literackich. Jednak najwyżej ceni sobie tytuł Króla Łgarzy zdobyty w Bogatyni w 1991 roku. Za tomik "Zaufać ślepcom" otrzymał nagrodę "Głosu Nauczycielskiego". Od 1999r. członek ZLP Dotychczas opublikował:
"Cierpliwość ubogich" - Słupsk - 1989, "Król łgarzy" - 1991, "Copulum Abruptamae" - Sieradz - 1991, "Aleja dusz" - Kraków - 1992, "Nogami do przodu" - Włocławek - 1994, "Gdzie już cicho o mnie" - Kraków - 1995, "Antologia poezji wigilijnej" - Warszawa 1995, "Zaufać ślepcom" - Kraków - 1997, "Treny" - Słupsk - 1999. KOCHAM Smarujesz tym słowem czerstwą kromkę chleba zaczyna pachnieć piekarnią
Wymawiasz je głośno potrafisz nim zagłuszyć donośny płacz dziecka Rozpalasz je w ustach i dmuchnięciem sprawiasz że kaloryfer jest ciepły Na zaległych ratach dopisujesz je przed zerami i biegniesz na pocztę
Zastanawiam się nad jego tajemnicą przed każdym pierwszym *** tak wiele imion i zdrobnień ukrywałaś przede mną za polną naręczą nocami wypisywałem na korze twojej skóry płeć mojego największego marzenia
byłaś otwarta na mój głos jak południowe drzewo na zmęczone skrzydła ptaków gotowa wydać owoc o każdej porze roku *** odziani tylko szybkimi oddechami na białym prześcieradle naszej bezsenności zakrywamy się nocą po szyję w dłoniach jabłka zielone owoce miłości kwiatów i pszczół nadgryzione do ziaren o jakiej porze roku ty będziesz rodzić owoce pokryte skrzepem krwi? Jest tak cicho Aż sterylnie *** rosłem w tobie z kropli której nie wydłużał w łzę krzyk pustych pomieszczeń przesądnie nie podchodziłaś naga do lustra aby nie zapatrzeć się w płeć często nocami zapalałem światło chcąc przyłapać Boga jak dokłada swoje trzy grosze na własne podobieństwo rozsypywałem po kątach wysuszone słowa pacierza ale tylko pająki dawały się oszukać krzyże na ich grzbietach kazały kolanom przygniatać ciszę gdy obarczona moją kroplą szłaś do mnie coraz wolniej wolniej i wolniej
*** coraz bardziej brakuje mi tych nocy kiedy układałem głowę na twoim brzuchu pełnym naszej bezimiennej miłości do dzisiaj czuję jego napięta gładkość i chociaż znam już tajemnicę płci i imienia to nadal nie wiem jak to się stało że ta kropla moich długich miesięcznych oczekiwań potrafi już unieść szkolny tornister
*** zdejmujesz ze mnie pierwszą skórę przeznaczasz na zimowe buty na jesienna zadumę
zdejmujesz ze mnie drugą skórę przeznaczasz na chleb na ciało Chrystusa a moją krew zamieniasz w wino zdejmujesz ze mnie trzecią skórę której jak miłości starczyć ma do pierwszego *** Na naszym stole milczenia i pojednania Nie ma kandelabru i srebrnej zastawy Zręczność palców służy za światło Na naszym stole obfitości i urodzaju Brak śródziemnomorskich win i południowych owoców Dymne znaki przesyła barszcz Na naszym stole koralowym i ciepłym Kręgosłup wędzonej ryby Przypomina o czasie połowu i bólu muszli Chorych na raka perły Przy naszym stole ostatniej wieczerzy Nie ma Judasza * * * Kiedy przychodzisz na palcach I nie rozbierasz się do naga Wiem że przychodzisz na krótko * * *
Leże przy tobie Odziany tylko spojrzeniem Nagi jak miecz Tristana Pomiędzy tobą A twoim snem wróć
Robert Wieczorek- pochodzi z Pińczowa, mieszka w Kielcach. Pisze wiersze, opowiadania, scenariusze filmowe. Ukończył Studium Scenariuszowe przy Łódzkiej Szkole Filmowej, publikuje na portalach poetyckich. kipu słowo wyrywa słowo, wraca na początek, uparty chaos - wdechy, wydechy, skraplanie, wędrówka dusz – wszystko niby pasuje: deszcz do jesieni, krew do rany, modlitwa do potrzeby, a jednak – wieże nie wytrzymują ciśnienia. trzeba budować od początku lub udawać, że tak miało być, pleść węzły na sznurach aż staną się martwym pismem
ocet zostałem handlarzem win. sprzedaję tylko najlepsze gatunki: caecuban z lacjum, retyckie, które wyżej cenię od falerniańskiego - mógłbym o tym długo opowiadać. zachowałem włócznię, do której czasem modlę się po swojemu. nie stać mnie na więcej. podobno judasz się powiesił. jego rzecz. pewnie czuł coś na kształt poczucia winy. ja budzę się w nocy tylko z powodu pęcherza albo gdy chcę smakować kobiety. nie będę pisał ewangelii, i tak przylgnęło do mnie miano łajdaka, gorszego od łotrów na krzyżu. nie zdradzę swojego imienia, to może zaszkodzić moim interesom. dziś nikt nie zrozumie, że na tej gąbce było wino. mały
Narysuj dla mnie baranka W czasach piasku każdy powinien wychodzić w zieleń, mieć ścieżki w ogrodach i listy chociaż pisać wyobraźnią - jeśli alfabetu nie starczy. Wszystko można policzyć na własność a ruchu planet nie uda się zmienić drgnieniem serca, ale spróbuj – pijak przestanie się wstydzić jeśli dasz mu różę. Wyrośnie piąty kolec. i nie chcę by był smutny city miasto wciska się w histerię, w ciasną suknię wieczorową, wzmacnia drinkami każde rozedrganie arterii, każdy sygnał wściekłych neuronów miasto ucieka na plażę, strzela korkami, wypluwa samochody, oplata mackami dróg dojazdowych, węzłów chłonnych każdej istoty miasto wyrywa się jak pies na łańcuchu, grzebie w ziemi stare kości, buduje nowe cmentarze jako świadectwo rozwoju miasto gra na perkusji całą noc, wali z całych sił po wszystkich oknach i drzwiach, i wrzeszczy we wtórze ze śmieciarką otwierać! otwierać! ślepa lokomotywa jest winda. wtykam palce w dziury po guzikach. w tym krótkim spięciu jestem cząstką wielkiej płyty, nawet biciem muchy o szybę, wolframowym drucikiem żarówki. i drżę, i płonę, i zdycham. na parterze to gaśnie. tylko klamka obwisła, suchy chleb, wysypisko ulotek. dalej już nerwica przystanków, metaliczny chłód skrzyżowanych szyn, sinomgliste światła kaszlącego perpetuum mobile. ciągnie, ciągnie. i mnie, i mnie. taktyka miasta
idź za światłem. rozszczepia się w korytarze neonów, fontanny blasku, można wyjść z cienia. zobaczą. nie bądź pochylony. mów szybko udając, że wiesz. sztućce, karafki, stałe elementy gry w klasy. rzuć kamyk. potem skacz. głową naprzód, choć przyznaję, liczy się całe ciało. trójkąty są wpisane w ryzyko podróży. dowiesz się, gdy się obudzisz, lub nie. bo można nie spać, jasność przerzucać z dłoni do dłoni. jak narkotyk. wróć
Marek Mierzwa autor o sobie : Człowiek - Polak - Ślązak - Katolik, tak samo boski co ludzki. Spotykany tu i ówdzie w sieci jako 2em, autor Artystycznego Wortalu Jaśniejszej Strony Świata "Myśli Stos" (www.myslistos.prv.pl). SPADEK ŚLASKI
Nauczono mnie miłości do chleba z krzyżem tak jak tego że do nieba zawsze wchodzi się nie drabiną ze smug cienia a parami za rękę i na zawsze Ojciec ma rację i matka czasem płacze kiedy kopalniana szychta przedłuża się choć ponoć śląskie baby ustępują tylko kamieniom w swej twardości Ile we mnie trwa kołtuni się i piętrzy zarazem ile wypłynie ze mnie a więc i wtopi się zabrzmi może podobnym wierszem w podobnej chwili synu mój córko * * * KIRKUT Kamienne nagrobki wychylone z nieskrytości znaki znaczące przetrącony łeb i spowicie tej nocy mgła listopada chwyta za krtań czuję ich tęsknotę ból popękanej skóry stóp ich niebycie w połowie do swojego Kanaanu Czarne psy wałęsają się do koła błyszcząc przeklętą pamięcią jakby po ludzku moja cywilizacja nie uderza się w pierś istoczy się i żegna od święta by zasnąć Niepotrzebne zegary - umierają ja nie słyszę tykania w tę noc u progu ich Bejt Olam * * * BEZ TYTUŁU Bo Ty nie jesteś zwątpienie czarna róża z przetrąconą łodygą na wszystkie strony tego świata na wszystkie wskazówki i czasy na wszystkie wazony samotne puste pełnia tęsknoty Bo Ty jesteś nadzieja ogrody pełne strumieni na wyschnięte żyły koryt na nieme pola boleści na kamienie przedwieczne naszego losu * * * MODLITWA ŚLĄSKA Matko Boska Piekarska, Barbaro, Jadwigo, Anno wpisałyście się w zakurzone ramy i rany powierniczki szarych marzeń jasnych spraw Dziś nie widzę ufności oczu uśmiechu warg ja młody Ślązak - Katolik - Polak drży we mnie oddech i rozerwanie Obym nie zawstydził się Was nie zaparł skurzonych prostych i dobrych.
wróć
 Barbara Mazurkiewicz autorka :Moja poezja to: Szokujące, szczere i zaskakujące historie życia . Od dawna pisałam do szuflady.Kilka lat temu znajoma osoba namówiła mnie na publikację w Internecie.Nagrałam 32 wiersze w radio ART w Krakowie. meandry wiesz tatku...za niedługo znowu ten kraj będzie obchodzić swoje odrodzenie tylko nikt nie pamięta, że to ty tę wojnę wygrałeś oddalają się dwie teorie dziejów a może to tylko kwestia interpretacji na kategorie skąd krew niewinnych woła z głębi ziemi i skończ już snuć te uwikłane baśnie przecież udało ci się doczekać momentu zwrotnego chociaż imię pozostało pustym dźwiękiem Beatka usta trwają w naiwnym zdziwieniu nosek już nie zostanie wytarty w rękaw kto zerwie stokrotki na brzegu urwiska by zanieść na grób babci - wyznając tajemnice śpi, a tyle się tu dzieje pomiędzy świtaniem a ciemną doliną spadają krople westchnienia - tak bardzo bolą puste ramiona
ulotny spektakl....
zostawiłeś w milczeniu odkładane słuchawki przez niedomknięte tak samo okno znowu wdarł się wiatr wymiatając kartki niedokończonych wierszy ta sama ćma wciąż na krawędzi światła tańczy nie zauważa cienia śmierci - zwalnia rytm a gdyby tak dopisać słowa niewykonanym gestom na wypadek nadejścia nowego jutra .. ***
w skali geologicznej człowiek żyje jak motyl-jednodniówka. Stanisław Lem wyjadamy w życiu strawne kąski przeżuwając każdą chwilę nie pytając o jutrzejszy chleb wrzucony wczoraj do kosza
świeży powiew stabilizacji daje tylko jedną szansę zanim fałsz wydłubie oczy
Matyldo... Cóż mam Ci powiedzieć Orlico przemiła kiedy życie w lata doświadczeń spisane zgromadziły garstkę prawdy.... Twoi przyjaciele pomarli dzieci jak ptaki opuściły gniazdo po cóż to wszystko przez lata zbierałaś i śniłaś historie bezkresne. Gdzie masz to łóżko - ziemią kołysane o zapachu słomy w sienniku - kamienne schodki i skrzypiące krzesło. Oleszycki ryneczek, babcia w małej Ojczyźnie co ciągle diamentem się mienią lecz Ty dostałaś klucz - od swojego Aniołka aby otworzyć serce każdej ułomności. Jesienią pustoszeje siedlisko milknie gwar Twojego ptactwa co żywą legendę czas zatoczył Drogi Były...
nie spotkało mnie nic wspanialszego aniżeli wieść o rozstaniu to prawda byliśmy przez kilka lat jednak do faceta z jajami - było ci daleko oglądałeś mecze kiedy epatowałam nagością i kiedy obcięłaś włosy twoja matka nauczyła cię milczeć ulubione dania - myliłam z twoim bratem na widok metki z ceną wychodziłeś z domu tego samego dnia pożyczyłeś mu tyle samo po tym wszystkim nadal mnie kochałeś wygrałeś w totka, rzuciłeś robotę i kupiłeś bilety na Jamajkę mnie już nie było - stało się bez powodu i dzielenia na drobne... - - ulotnie lubię szybować wierszami w błękicie dzięki którym mogę wzbić się wysoko bo siłą jest miłość wciąż uczę się latać, marzyć i śnić zapisuję wszystko w sercu głęboko kiedyś uchylę tajemnice To przychodzi z deszczem którego się czeka w południe - bez krzty cienia ona nie czuje śmierci nad zeschłą ziemią - tańczy jak oszalała odurzona akacjowym zapachem zwalnia rytm... a ognista ściana jakby nie miała końca gdzieś w drodze - nawet wiatr usnął nie rozgarnie kolczastej gałązki by poszukać kosmyków chłodu których nie dotyka słońce bo siłą jest wiara - wciąż uczy się latać, marzyć i śnić... zapisując w sercu głęboko kiedy otworzy - księgę tajemnic wróć
ur.1957 Noemi46 Miejsce zamieszkania :Gliwice. Jej pasją jest szusowanie na nartach, Teologia, Psychologia i Parapsychologia. W ludziach ceni ponad wszystko szczerość mądrość uśmiech i serce.
Zamyślenie: mam nadmiar bagażu na wątłych ramionach serce lękliwe w wiekowym już ciele myśli splątane wiatrem zdradliwym nieufne oczu spojrzenie mam bilet otwarty w obydwie strony ręce już spracowane uśmiech wygasły kazaniem niedzielnym a w sercu wiarę z czekaniem za pierwszą skałą łąka zielona za drugą morze czarne w duszy łuna błyszcząca i sny wciąż pełne marzeń gdy ranna rosa stopy chłodzi policzki smaga wiatr myśl nakazuje w serce się wsłuchać przyjąć od losu dar otwartą chcę jeszcze drogą iść tak zwyczajnie przed siebie uwierzyć ten jeden jedyny raz że też jestem człowiekiem ========================== Głusza... pieprzony schemat martwych dusz dziury pustką wiejące ta wieczność na bani wciąż drażni i drwi a oczy zimnem ziejące nie mów mi nigdy co dobre co złe modlitwy schowaj w szkatułce lustrem złudzeń owiń twarz kochaj się swoją miłością i nie mów k.... że życie ma sens-pielgrzymka do serc jest tutaj ==========================
Panie Prezydencie... gdzie jest ten kraj nad piękną Wislą gdzie ludzie sercem serca witają gdzie lasy szumiące i wybujałe mlekiem i miodem źródła tryskają kto przegral kraj ten kontami w bankach okrągłym stołem Leppera gościł bezprawiem prawo ustanawiał sam przy tym czując się bezkarnie wiele mam pytań chociaż szlag trafia gdy ojciec Rydzyk eutanazję serwuje jakaś lolita emerytów okrada Giertrych krawieckie kontrakty podpisuje szkoda słow Marsylianki śpiewać palcem po mapie bezwiednie sunąć my już nie żyjemy Polska zginęła obce nam kraje historię spisują ( Dura lex sed lex:(...) =========================== Czasami tak dosyć ziemskiego mam życia wciąż myśli gonią nie znane silnej ręki brak na ramieniu pod nogami chwiejące zapadnie w lustrzanym oczu spojrzeniu pustka czernią ziejąca słowa zamknięte milczeniem uśmiech wygasły na ustach ktoś krzyknąl skrajny nihilizm ktos drugi ręki nie podał słowa proszące wersem ktoś trzeci do kosza schował klamka ciężarem opadła ręka chwyciła pióro przepraszam za szare istnienie niech kropka zamknie monolog. ===============================
Posłuchaj Panie... przejdę się wśród twoich pól snopków ściętego zboża w dłoniach rozetrę ziarna pachnące świeżością chleba nieba granatu mgłą się otulę smutki niech wiatr rozwiewa usiadę odpocząć na miedzy trel ptasi niech płynie do nieba Dziękuję Vivaldi nie prosiłam Panie o cud o najmniejszy pyłek miłości w sercu moim było pragnienie poznać szczyptę prawdziwej ludzkości jakiś fluid pomylił tor demon kpiny zagrał na harfie prostym zwykłym zimowym dniem splótł dwie drogi na jednej szarfie stałam w szaro burym szeregu ludzi z piętnem granic pobocza płatki śniegu ścieliły biel dywanami złudzeń i dobra wiosną życie się odradzało promień słońca tulił latem jesień przeszła z damą u boku dzień kolejny powitał mnie matem ============================ Eee tam... warto czasami coś nabazgrać tych wyliczanek kilka wersów temat dyskusji wielkich pióra co to z komentów już siwieją nikt nie puka do moich drzwi telefoniczna hibernacja komputer wirusów połknął sto trojany tańczą w nim kankana pies głośno chrapie na posłaniu syncio z gwinta łyka cole wnusio z trzeszczącym chipsem w zębach a ja już wszystko to p......ę ================================== Kiedyś tam
dziś jestem żebrakiem wyciągam dłoń pokrytą liśćmi minionej jesieni głowę pokornie pochylam do ziemi żeby się w tłumie nie zagubić dziś jestem mędrcem przeszłości odsiewam plewy od ziaren zbóż pragnę żeby zakwitły nadzieją dziś jestem kolekcjonerem uśmiechy zbieram bezcenne układam je skrzętnie w kufrze w pochmurne dni będę iluzjonistką jutro będę wspomnienia legendą historią zapomnianego wczoraj zabiorę z sobą w drogę to co na dnie kufra pozostało =========================== proszę nie oczerniajmy ciężaru słowem otwórzmy odwagą stronice gdzie prawej i lewej komory prawda poróżnia granice odezwijmy się słowem wyraźnym żeby usłyszał nas świat słowami najszczerszej prawdy z tali różowych tarota kart tak trudno zamknąć samotnię nie mogąc słowem się dzielić lękiem zdradliwego wiatru czernią całunu posłanie ścielić gdzie kilem stopa nie równa a droga wciąż taka daleka nauczmy się kochać i wybaczać z miłością na Człowieka czekać żeby móc płynąć dalej razem w tej łodzi jeszcze stabilnej nie osiąść na płytkiej mieliźnie nie szukać wciąż winy w innych dopłynąć do portu bezpiecznie gdzie ląd piękny i rodzinny Szekspirze ja wiem... w daleką drogę serce ruszyło za przeznaczeniem chleba pajdą miłością różnic skór ubarwienia różnicą kultur bezprawiem wnętrz słowami piękna bez kart pokrycia pielgrzymką oczu ukrytych łez bólem zastygłym w niemym bezruchu krokiem stóp obczyzny miejsc tęsknota płynie za góry Ural pustynią Gobi rodzinny step świątynią Buddy prawd jego słowa urokiem jurt gościnnych wnętrz końmi cwałem pędzących pod wiatr rodzica dłonią tulona twarz kumysem szczerze wznoszony toast za ciebie za nich za bratni świat w klatce zamknęły się tęsknoty brak talizmanów kabały z kart za wielką wodą dziewczę kochane bezradnym gestem wzniesiona dłoń telefon czarny w nim ambigramy prologiem Szekspira przeklętych gwiazd jedno życie zostało nam dane niechaj więc Bóg prowadzi was ======================= Mówiłaś....(*) "nie bójmy się kochać ludzi" miłością zawsze żywych prawd nie płaczmy nad nocami po nich jutrzenka wita dniem wyrzućmy trud co w sercach głazu ciężarem przydusza nas wszak droga życia krótka a miłość wiecznie trwa nie znamy dnia i godziny gdzie drogi wiecznością się kończą odrzućmy sarkazm z ironią nie brudźmy duszy podłością niechaj ust naszych słowa pozostaną obrazem czynów kochajmy naszych wrogów nie odwracajmy głowy w tył na ziemi pozostawmy miłości pył... (i chociaż zabrakło twojego głosu-nie zapomnę)...(*) ====================================== Rzuć pierwszy w świecie przyziemnych spraw przyciągania baśniach gdzie morał smętnie zgasł ludzi życzliwych zaledwie garstka w świątyniach klęczące słowa skarg recytatorskie modlitw klepanie wieńczone piórem teologicznych sław nad tym padołem chmury płynące błyskawic błyski i deszczu łza wszystko zmieszane wymyślone Bóg z niebios patrząc podziwia nas za modlitw księgę grubego tomu i cień pokory w mszalny czas grosik rzucony dla zbawienia bagaż zapchany stekiem kłamstw głowy bezwiednie pochylone licz swoje owieczki "Ojcze Nasz" smutnie spogląda z wysokości brodę pociera już leciwą oburącz oczy zasłania swoje przepowiedziałem Armagedon niebo zagrzmiało piorunami owieczki pasą się w zagrodzie stworzyłem stado dla tej ziemi dnia ostatniego już się boję =========================== Horzo(*)
(...slowa i myśli ucichły (*)...) czas zamarł na chwilę wśród nas myśli grają gonitwę odeszły nadzieje zgasł blask życie toczy się dalej wśród zgelku śmiechu łez kroki Twoje ucichły godzina piąta zero sześć zegar koduje wspomnienie na ziemi wiosna rozkwita pąkami kwiatów i drzew gesty słowa zamarły wzrok w pustkę się wbił kolejna kartka opadnie ten rozdział nie bedzie już Twój ktoś powie zakpił czas a to harmonogram życia warto powtórzyć słowa prawd pisane medrca ręką za życia (śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą) A ja... tak sobie często w zamyślenie zapadam liczę sekundy co w godziny się mienią czasem wczorajszym odeszłym daleko i tym który w czasie wychodzi na zewnątrz zakręca drogi ukrywa kamienie nie pisze psalmów nie szepce w skrytości nieznaną tajemnicą naszego istnienia prozy eseje wielkich i małych atramentem wyschłym minionego czasu na białych kartkach zleżałego zeszytu w burych szufladach na dnie ukryte świateł nie wiedzą wstydem maskowane Panie "M" nie będę pytała o pozwolenie miodem smaruję kromkę chleba guzik ostatni ciasno zapnę do kubka wleję mleko zamiast tych czterech ścian bez wartownika nocy co nigdy się nie kończą ciszy w której słychać lęki i kroki jakby nie człowieka nie będę bała się bronić w lustro odważnie spojrzę głowę wysoko uniosę pozbawię cię złudnych marzeń garnituru w okazałej czerni bukietu dalii w twojej ręce tej garstki piachu na pożegnanie rzuconym gestem ot banalnym Gdzie jesteś? mój anioł mie miał skrzydeł mechaniczne konie cztery półkę górną a na niej ukrywał dla mnie prezenty mój anioł się uśmiechał sercem takty wybijał silną dłonią podnosił gdy wiara odchodziła mój anioł pięknie mówił głos drżał jak liść na wietrze przytylał całą siłą wierzyłam w niego szczerze pióro mi podarował z niebieskim atramentem pisz dużo papi sercem bo serce najwierniejsze odleciał bez pożegnań choć pełna łez dziś jestem przytulam twarz do szyby i płaczę razem z deszczem
Szary dzień
nie liczę minionych mil kaprysem losu zły fart bagaż trosk przytłacza plecakiem pełnym cudzych prawd Synu ja wiem że tam gdzie droga kończy się siedem zaklętych w węże bram lipo z widokiem na cierpienie ostatni zgrzytnął w zamku klucz-kamera rejestr smutku zna gestem pożegnań banalne pa (puenty zabrakło-abazja słów)
Małgosiu...
gdy wzlecisz wysoko ku niebu pozdrów od mamy obłoki uśmiech podaruj słońcu za promień niosący spokój podziękuj w moje imię za ciebie gdy stopa twoja ziemi dotknie białe wyślij gołębie Pamiętaj...Ty chlebem popieram wampiryzm mimo zbieranych ciosów ważę i mierzę słowa asertywnością losu pozwalam pawianom wić gniazda pazerności tłumacząc żądze zła chwilami bezsilności knebluję usta prawdzie ciemne nakładam szkła Syzyfa głupotę toczę na przekór własnego ja pies pręży się pod drzwiami echo ze mnie drwi wyciągnij stopery z uszu wsłuchaj się w świata krzyk Bóg z piachu bicz ukręcił a ty wciąż w gównie tkwisz Baranku Bozy
przy suto zastawionym stole w kolorach baśni jajek kosz żródlana wodą wyświęcone przed ołtarzami żywych prawd mirtu gałązki w kształt korony cierniowym smutkom koją ból początkiem życia wzór dzielony bogactwem jadła pełen brzuch kilka kropelek na trawienie za zdrowie wszystkich i nikogo sumienia błogie wyciszenie tych którzy krętą idą drogą Mówiłeś
nigdy nie będę podobny do zła otaczającego świat sercem pełnym mądrości duszą z otwartą talią kart mówiłeś prawdy są żywe kłamstwa pomyłką dni dat że dnie będa długie szczęśliwe jak kwiat lotosu wśród skał los dał Ci księgę rodzaju zielone światła na drogach pamiętaj synu kochany że pamięć bywa zawodna wróć
6R+ ‘chwilowo go nie ma’ Bóg czasem odzywa się we mnie ledwo słyszę boski szept kiedy wicher piekieł mroźnych rozdmuchuje w sercu gniew człowiek kroczy ścieżką chwili upajając się momentem człowiek chwilę konsumuje później dławi się lamentem jesteś knotem mokrej świecy w plastykowej drżysz komorze twoje życie wyparuje już drugiego cię nie stworzę wybacz królu moje wizje żałosnego bytowania kto człowiekiem jest czasami ten niegodzien człekotrwania ‘i tak i kiedy’ i tak się z ciebie śmieję i kiedy myślisz że tym kierujesz i tak tracisz kontrolę i kiedy słońce gnije w obłokach i tak gnije bo ja chcę i kiedy myślisz że nic nie czuję i tak cię nie ma a propos palców ‘trzeci wystąp!’ nadszedł czas by namierzyć go środkowym palcem i niech patrzy na kawałek kości oblepiony mięsnym farszem owinięty skórą i niech patrzy na matowy paznokietek nakarmiony blaskiem i niech się nie dowie kim jest to co w środku tak ochoczo sprasza te środkowe palce ‘ palce’ drugi przydziela zadania trzeci je zatwierdza a pierwszy akceptuje ‘doskonałość mile widziana’ nie ma ideałów kiedy ja szukam ciebie nie ma ideałów spójrz tam gdzie słońce nie ma ideałów zerknij pod ziemię nie ma ideałów a twoje odbicie nie ma ideałów 6 listów ‘list do ...’ wiem że jest ci teraz dobrze w końcu jestem posłuszny tak często powracam i tak jakoś nie lubię odchodzić daleko oj czasem mam takie zmrożone chęci by uciec ale one szybko topnieją czy jestem szczęśliwy człowiek szuka szczęścia przez całe życie i często je znajduje znalazłem i moje szczęście a może to nie jest szczęście może etymologia tego słowa nie jest mi do końca znana nazwijmy to przyjemnością czy przyjemność to pochodna szczęścia a może tworzą one jedność moja przyjemność jest satysfakcjonująca sprawia że jestem szczęśliwy przyjemność rodzi szczęście przynajmniej tak mi się wydawało ‘drugi list do ...’ ... ‘trzeci list do ...’ w sumie było mi niezwykle miło być kuszonym jednak wybieram ofertę tego drugiego Pana po prostu nie odpowiada mi takie zorganizowanie życia mój gust jest zgoła odmienny szanuję Pana chęci i umiejętności doceniam perswazję ma Pan talent trzeba przyznać życzę powodzenia w dalszej pracy choć nie powinienem ‘czwarty list do ...’ tak szczerze to życzę Panu pracy w której nie będzie Pan musiał robić nic chyba każdy z nas lubi poleniuchować może nie tak bez końca no ale Pan zasługuje w sumie na wieczne lenistwo zresztą Pan to przecież popiera ot tak nic nie robić nie róbmy nic wbrew swojej woli zgodzi się Pan ludzie do mnie listy piszą i się skarżą co Pan na to ‘piąty list do ...’ jednak proszę nie odpowiadać proszę nic nie pisać nie mówić czy też robić jedyne o co mogę Pana prosić to o pozostanie na swoim miejscu a ja spokojnie oddalę się ‘szósty list do ...’ i nie napiszę pa pa ‘‘ludzie osy’ co człowiek ma wspólnego z igłą nie kłuje nie ma ostrego końca nie jest zrobiony z metalu ma więcej dziurek niż jedną nie jest aż tak smukły i tak mały ale ja się pytam o podobieństwa więc sprawia że cierpisz że krwawisz że ból powoduje zmiany w twoim zachowaniu przejmuje nad tobą kontrolę doprowadza cię do przykrych stanów doprowadza do rezygnacji a jaka jest różnica w podobieństwie ukłucie igły jest o wiele mniej bolesne chwilka przecież powiedziałeś na początku że człowiek nie kłuje w przeciwieństwie do igły dokładnie tak stwierdziłem więc dlaczego bolesność ukłucia igły a człowieka jest różnicą w podobieństwie gdyż słowo kłuć posiada w języku ludzkim inny doskonalszy odpowiednik mianowicie jaki kąsać ‘On‘ to znowu on ukryty w mej wyobraźni potężny lecz niewyraźny zamyka mój śliczny świat wróć
Monika Mazur ur. 8. 09. 1971 r. w Pionkach. Absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. W 2001 roku ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Filozofii UMCS, uzyskując stopień doktora nauk humanistycznych. Interesuje się filozofią kultury, szczególnie zagadnieniami estetyki i filozofii sztuki. Mieszka i pracuje w Radomiu. Laureatka wielu Ogólnopolskich a także Międzynarodowych Konkursów Literackich: m.in. Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego, Sopot 1999, Konkursu Poetyckiego Kieleckiego Centrum Kultury – Kielce 2000 (I nagroda), II Konkursu Poetyckiego o statuetkę Jana Kochanowskiego – Zwoleń 2000 (I nagroda). W 2001 roku wydała debiutancki tom poezji pt. „Róża wiatrów”, który zdobył Świętokrzyską Nagrodę Literacką 2001 r., a w 2004 r. – tom poezji pt. „Krajobraz po baśni”. Uprawia także grafikę artystyczną w wielu technikach (m.in. monotypie, linoryty, gipsoryty, technika własna) oraz malarstwo olejne na płótnie. Ma na swym koncie wiele indywidualnych i zbiorowych wystaw plastycznych.
* * * zbiegowisko snów wraca do swych gniazd ptaki rozpuszczają się w powietrzu dusza wyboista droga bezduszna nieboskłony powracają do raju ćmy bieleją noc wyrwana z korzeniami omdlewa bezdomność słów imiona unoszą się nad wodami wieczność sparzona horyzontem pokrzyw zaspać z miłości na jawie zasypać ciało niebem cukrem pudrem * * * woda zabiera odbicie w stronę utraty zmysłów na horyzoncie tonie pełnia słońca i każda inna płytki sen budzi się we mnie trzciny wbite w powierzchnię światła niektóre myślące ze mną nie dają się kołysać do kolejnego zaśnięcia wiatr wstrzymał niemożliwe w niewidzialnym możliwe lustro donikąd * * * bezdomna pełna ścian i obrazów półprzymknięta na strychu niebotycznym wiszą dusze drabiny do chmur
nieposprzątane pajęczyny mgieł łąki podchodzą pod próg cofają pory roku zmieniają więdnący świt w noc czy dzień zależnie od nastroju na końcu ciała środek wszechświata wiruje mgławicami od czarnych i białych zapadni prawdziwych snów i niemożliwych huczy wiatr po nieprzespanej nocy poduszka nie piór pełna -niemiękko- -niebiesko- * * * miłość udaje niebo od białej gorączki do białego małżeństwa chmury weneckie lustra wody płynność ciała w zaklęciach sens urojeniem konieczność ciałem hangary serc * * * skąd się biorę codziennie z przyzwyczajenia przewidzenia dusza wyboista droga bezduszna wozy wielkie i małe psie gwiazdy nieboskłony ciągną do słońca po obu stronach litanii wciąż inne wschodzi lub znów uchodzi z życiem moja przezroczystość ciała pełnego myśli twoja pełnia na dnie dnia * perła z każdego miejsca taki sam horyzont oceany oczekiwania w gąszczach zodiaków na dnie światła krajobrazy powietrza przeznaczenie * * * echo na pustyni odbite od słońca -gorączka- przestronne ciało pełne zodiaków gwiazdozbiory na drobiazgi schronienie opadło to było niebo a ziemia jeszcze nie stworzone niemożliwe bez słowa w niewidzialnym poza widnokręgiem niczego mniej czegoś więcej czegoś mniej niczego więcej
* * * kobieta liściasta iglasta mieszana wzniecająca biel soków rozbrzmiewających światłem wnętrza co zasysają mgłę odnalezioną w chłodzie półmroku po kres owoców spadających liści rzucanych na wiatr
* * * tyle myśli spadło który ikar się do nich przyzna anioły mgliste szamoczą się z wiatrem błękitnym schronem szukają swych piór składają zaklęcia nie wstępują nie unoszą słów z horyzontu zapatrzenie - niebo obiecane - * * * ikary miłości nieloty niebem umysł reszta ciałem spadać można długo szybko przekraczać prędkość miłości cofać się do nicości spaść jak kiedyś roztopionym sercem w widnokrąg
* * * noc się dobiera do mnie skowyczy świt na uwięzi nocy jeszcze ciepłej jednolitej ciemnej poduszki bez igliwia nadciągającego słowem myślą więc jestem * * * znajdź swoje rozewie tu zmierzam od samego pustkowa wiatry układam na piasku ciągnę drobiny pamięci sen głazu budzę sztormem bezbrzeżnym cofnięty w głąb lądu lisim jarem bez dotyku przemierzam światła wchodzę do nieba stopniami bluszczu po klifach spadających mgieł * * * przylądek wiatrów rozewianych klify porasta mgła wieczorna dzienna bryza roztaczam się rozcieniam błękit snem wsuniętym pod pejzaż woda zabiera odbicie w stronę utraty zmysłów na horyzoncie tonie pełnia słońca i każda inna płytki sen budzi się we mnie trzciny wbite w powierzchnię światła niektóre myślące ze mną nie dają się kołysać do kolejnego zaśnięcia wiatr wstrzymał niemożliwe w niewidzialnym możliwe lustro donikąd wróć

Anna Nogaj Anna Nogaj o sobie: Urodziłam się Kielcach w 1980 r. Tam też ukończyłam filologię polską na Akademii Świętokrzyskiej. Mam dwie wielkie pasje. Pierwszą jest literatura (szczególnie współczesna). Ulubieni autorzy to; Herbert, Andrzejewski, Brandstaetter, natomiast z lit,pow. Borys Paternak, Singer i S.Beckett. Staram się codziennie rozwijać swoje zainteresowania literackie, choć nie zawsze czas na to pozwala (słyszałam, że humanista powinien przeczytać 100 kartek dziennie:))tak mówił mój profesor - prawda czy nie, staram się stosować. Sama piszę ,tworzę, bawię się poezją od dwóch lat tak na poważnie. Publikowałam w miesięczniku świętokrzyskim "Teraz", w "Gońcu świętokrzyskim", "Wyspie", "Akancie" i "Kozimrynku" Drugą moją pasją jest karate kyokushin - trenuję od 9 lat w KKKK.
Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Św. Augustyn
Homo viator lubię te spacery między wersami wtedy odwracam słowa. wrysowuję się w przestrzeń nowa strona kolejnym zwierciadłem przechadzającym się po dziedzińcu myśli i te rozmowy bez dna choćby z Herodotem. już wiem że żadne zdanie nie kończy się kropką. że to co jest było to co było stanie się potem miarowe stukanie w skałę laski mędrca przypomina ten odwieczny rytm świata i wewnętrzne pulsowanie *** a kiedy wytrząsam piasek zza szkła zegarka myślę sobie że może to ten sam który przesypywał się przez sandały Tucydydesa Herbertiada Wędrowanie z Herbertem jest mi bardzo bliskie, wszystko się zaczyna zwykle od szczegółu - ważę w dłoni istotę kamyka, badam politurę czerwonej skały albo marmuru. Potem po kolei zamykam się w słowach, odkrywam luki czasu aby je wypełnić i dotykam rzeczy aby je domyśleć. Bywa często, że muszę się skurczyć do głosek, kreski czy przecinka, by bardziej poczuć, stać się dźwiękiem, pomrukiem wiatru gdzieś nad Aleksandrią. I tylko kątem oka śledzę, jak przestrzeń wzbiera sumą znaczeń, barwą
A gdy się w końcu z nich wywierszę, odkleję ręce od płaskorzeźb luster, to cała szklistość zamienia się w dotyk, burzy się spokojem wody, w której jestem drgającym kręgiem w ciemnym chłodzie. Przez palce sączę piasek Sanhedrynu, zbieram płynne odbicia bożków, ludzi, Rzymu. Dalej już płynę, odgarniając dłonią historii fale, do swojego domu. Zdejmując wcześniej z czoła południe Rovigo, Rovigo Jesteś pewien, żeś mnie widział ? Nie przyjdziesz i nie powiesz mi jutro, żeś mnie nigdy nie widział ?" Samuel Beckett -Czekając na Godota
Monolog na dwa głosy mówisz do mnie? niemożliwe a może... to kawiarniane stoliki szepczą coś do siebie o wczorajszych spojrzeniach zapachu magnolii o tym że na dworze deszcz wieczny buntownik maluje srebrzyście niespokojne okna a może to demiurg puka palcem w ciszę a z ziemi powstają słowa podeptane na wielkich obcasach wspinają się w górę na chwiejących nogach niczym wieża Babel mówisz do mnie? niemożliwe a może... -------------------------------------------- słońce już rzuciło ostatnią garść złota impresario! kurtyna! pijmy za Godota Kiedy przychodzi człowiek
granicą takiego spotkania biegnie uczucie przychodzisz i dzielisz się chlebem słowa
krajobraz wtedy jest głębszy i czulej niż zwykle tulę niepokój miasta w ramionach teraz raźniej płynę w myślach wiosłując ciepłą ciszą nie potykam się już o próg wschodu o krok od siebie klękam i proszę o kolejną kromkę wiary Pamięci Ryszarda Kapuścińskiego
tropiąc horyzonty krokiem wagabundy, sawanną, stepem szukałeś człowieka, w tyglu kultur, znaczeń za barierą słowa, chyląc czoła myśli mędrca Herodota w wielości obrazów świat można rozpoznać w zgodzie z Greka prawem by poznać Afrykę musiałeś jej dotknąć, poczuć kroplę potu somalijskich dzieci, w szeroko otwartych oczach strach człowieczy, sącząc przez palce gorączkę pustyni uklęknąć na chwilę przed tym obyczajem, co każe głodnym dzielić między siebie najmniejszy kęs i ostatnią strawę pytałeś, jakim prawem indyjskim bożkom spoglądałeś w oczy aby zrozumieć zachwyt fanatyków, wśród wrzawy krzyku spieszących się ludzi podobnych z daleka do kleksów, punkcików, w zwierciadłach spojrzeń czytałeś ich wiarę składając pokłon przed ludzkim prawem blisko maluczkich i blisko mocarzy , odważnych Greków wrogim im Spartanom, co weszli cichym i odważnym krokiem pomiędzy wersy Cesarza , Hebanu, tutaj od nowa obrastają w sławę i ciągle żyją Twoim prawem Sen nocy letniej przemilczane słowa są jak wyrzut sumienia nie można jednak wymazać trzeba wciąż zanurzać się w bólu monosylab rzucanych wzajemnie pod nogi jak chleb umarłym dopóki nie dopiszemy naszej historii między wzburzonymi oddechami marszczącej brzegi myśli a dalej mającej kształt elips po-roz-ry-wa-nych obrazów. może kiedyś przekroczymy Rubikon ciszy pękną nasze twarze a słowa opadną lawiną dźwięków jak dojrzałe jabłka w takt tego spadania odegramy ostatnia scenę w teatrzyku Snu nocy letniej wtedy wynikniemy z siebie kroplą kulejąc na ostatni akt by obmyć się chłodną Lete Glosa do filozofii Kierkegaarda Dni małego Sorena zachodziły cieniem od chwili gdy ojciec obwieścił synowi; pamiętaj- Bóg cię kiedyś skaże - te prorocze słowa powiodły dziecko granicą absurdu, na jałowe drogi zapętlone ciszą.
już się wtedy głowił nad istotą bytu, wyostrzonym zmysłem szukał śladu winy chowając po kątach ból i przerażenie, co miało wypełnić przyszłe woluminy sceptyczną literą. potęga demiurga groziła wciąż palcem, strach użyźniał glebę pod przyszłe owoce raz rzucone ziarno miało stać się chlebem, którym się nakarmił dorosły już Soren. a później swą myślą zapładniał słuchaczy, odkrywając z trwogą twarz swojego Boga naznaczoną rysą – ostrym echem słowa. Nad brzegiem
Na plaży jest cicho tylko wiatr gwiżdże wplątany w maszty żaglówek i targa włosy Właśnie słońce zachodzi spływając po wodzie czerwienią a z dala niesie głosy klaksony, Rozsypali się ludzie po przybrzeżnej kawiarni Brzęczą kieliszki, migają łyżeczki w dłoni Kadruję przestrzeń raz jeszcze i jeszcze Jak dobrze, że tutaj mniej bolisz Koi miarowy stukot patyka w omszałe kamienie i niebo gdy rozkłada się talią gwiazd a wieczorne szmery szeleszczą łagodnie jak w dłoni muszle Z każdym oddechem ubywa mi ciebie i fale pryskają mocniej, jakby chciały ostudzić wspomnienie Ty dzisiaj pod innym niebem a noc jak noc zlizuje ostatnie białe plamy na molo, podstawia nogi przechodniom, usypia w przystani łodzie. Mijasz razem z echem, mijamy wciąż siebie Nasz czas skurczył się we mnie do jednego westchnienia A jutro będzie mi jeszcze piękniej gdy zaciągnę się mleczną mgłą na do widzenia Wpisani w październik
zdarzyliśmy się na chwilę dla siebie wpisani w jesienny krajobraz wtedy dachy dźwigały dorodny październik a szczęście szło za nami jak dobra kobieta z koszem pełnym jabłek
dzisiaj spadło jakby więcej liści zwiniętych w płomienne uśmiechy kasztany zamilkły choć plamią czerwienią alejki po których spacerowaliśmy jak -Samson i Putyfara odklejeni z obrazu Rembrandta nie bój się teraz mocniej wciskam kaptur na głowę z pasją kloszarda błądzę po chłodnych gościńcach i skracam drogę o niepewność półprzymkniętych drzwi ale nic to - zobacz - ziemia oddycha łagodniej nic się nie zmieniło chociaż to już wiosna poczochrała krzewy na rogatkach śmiechy i trele wznoszą się crescendo zawtóruję im chociaż samotność niedzielnych chodników mamrocze do ucha Obraz gasnącego miasta Zgasły gazowe latarnie na krakowskich uliczkach, ucichły postukiwania korkowych obcasów, hebanowych
lasek zamilkł szelest sukna z batików atłasów. brakuje też dostojności westfalskich kołnierzy i czasu smużącego się tytoniem ze składów Zelmanna. Coś jednak zostało to sepiowa brama, dach pokryty grynszpanem, dwa schodki przed kaplicą wytarte ciężarem pokoleń i ta sama droga wiodąca przez cień rosochatych sosen. na dole kaplica za szkłem pożółkłe księgi pisane cyrylicą na welinowym papierze a wierni mówią wciąż te same pacierze gdy na ścianach skrzy się przybladłą już barwą obraz ostatniej wieczerzy wierzę że z każdym dotykiem wplatam się barwniej w obraz gasnącego miasta
wróć
Katarzyna Gasiorek w drodze na Koci Grzbiet skręć, za mostem znajdziesz dom wejdź, przy oknie znajdziesz stół i kartkę jeżeli skręcisz za mostem to odkryjesz imię przykryte uszami głuchej jak pień kartki wychodząc, nie zapomnij parasola na moście woda pryska bardzo wysoko furia fal potrafi sprzątnąć porządnego człowieka weź więc parasol papierosy i dokument ze zdjęciem a papierosy pal albowiem rolą dłoni jest zadanie szyku którego okolicy brak kiedy opuścisz już most odwróć się i popatrz jak leży na grzbiecie, jak tłucze łapami w powietrzu którym oddychasz najspokojniej w życiu gdy most gotuje się do skoku ty pędź w stronę okien tam gdzie firana drga jak postać tam przy kanapie jest też i stół i kartka pozornie przedarta na pół żebyś zawsze mogła postanowić coś wręcz przeciwnego Dzień Kontemplacja czasu i klops. Mówią że Bóg sam zaczął huraganem świdrującym magię wielkiej kropli rozdzieliwszy ją od mułu na który spadł migotliwy gryps proch; czas i Bóg krzyżują się w zimnej mgle zaskoczeń Bóg przybiera imiona czasu czas to konik Boga Czas hasa we mnie bo jestem jego ogrodem po smutnych bezpańskich przestrzeniach wieje Czas śpiewną nocą tę noc lubię nazywać porankiem dzień nie wprowadza do swoich kronik mojego imienia spacer na każdym kroku mrowie oczu za woalem ciszy ich spojrzenia jak anioły prowadzą mnie aż do końca;
słychać chrzęst kocich łbów zamiast twarzy dym i w takim świetle każdy się przygląda sobie;
ale nadszedł mój czas mój ekspress ich spojrzenia jak anioły przede mną mgła sączy dolinę
mijam ostatnie śniegi snu lód pod skórą szabrują sekundy bez godzin -
wróć
Agata Kornacka o sobie: (...)Poezja to moja dusza, jest ze mną od zawsze. *** magiczny port zaginionych gwiazd rzuca światło na stos najbliższych lat płyną do niego giną przez niego rozbitkowie kruchych miast
uderza morze na szerokość fal szumiąc wyostrza spojrzenia wiary w dal płyną nim giną w nim serca mocne jak stal krzyczą mewy wirują w gwiezdnej zamieci spędzają skrzydłami łzę co twarze szpeci płyną jak one giną jak one uparte polskie dzieci ucichnie wiatr latarnia szklana pryśnie zastygnie morze koloru świeżej wiśni płynąć przestaną ginąć przestaną jedyne polskie myśli ***
cztery myśli zdradliwe złodzieje sennych toni me tchnienia piskliwe duszone w martwej dłoni cztery wiatru podmuchy ucieczka w cztery strony latarnie pseudo skruchy ideał nie-za-to-pio-ny niedokończony mój sen tobie się może przyśni gdy ja walcząc z dniem napędzam cztery myśli serce głaz szczęście mara trwają w czas w takt kowala Bałaganiara
spadając zaczytała się w gazecie codziennej polityka wyszła jej bokiem skandaliczny romans uparcie wchodził drugim zawiesiła swój wzrok i głos na wieszaku w łazience obok ręcznika w kwiaty i szlafroka z satyny zakrztusiła się przesłodzoną herbatą anioł stróż poklepał ją po plecach kubek i ona wrócili na miejsce nie zmyła naczyń myślała że z brudu same znikną i że kolacji nie będzie w przedpokoju porozstawiała buty które omal nie wyszły z siebie kranu też nie dokręciła zawsze coś się w życiu skapie przysnęła na wykładzie z języka polka z krwi i kości na oścież otworzyła okna gdy sąsiad zza ściany wypalał swe płuca prawie zginęła w wełnianym swetrze bo nie umiała dochodzić po nitce do kłębka w okularach na nosie zanurkowała między mole i byłaby nie wypłynęła gdyby nie musiała spadać spadłszy wreszcie odbiła się od dna robiła wszystko by nie splamić się poezją wróć
Daria Dziedzic ur.17.09.1977 w Dąbrowie Górniczej, studentka V roku Filologii Polskiej, należy do Stowarzyszenia Twórców Kultury Zagłębia w Będzinie od 2007r. Publikuje w antologiach, jej wiersze emitowane są na antenie w Polskim Radio Katowice ( Poczta Poetycka Macieja Szczawińskiego). Wydała debiutancki tomik pt.:"Anioły, sny, wiersze" ( 2003 r.)w warszawskim wydawnictwie Nowy Świat, w tym roku wydaje drugi tomik nakładem wydawnictwa w Sosnowcu ( "Trzepotanie"), jest laureatką wielu konkursów literackich, publikuje w prasie. Nadsyła tekst pt.:"Wyznania małego stwórcy": " Kłopoty małego stwórcy" Z. Herbert "(...) krzyknąłem kiedy obraz skały potwierdził najprawdziwszy dotyk i nie zapomnę chwili kiedy rozdarłem skórę o krzak głogu (...)" " Kłopoty małego stwórcy" Z. Herbert 1.
to dla was tworzyłem niegotowy świat ścierając do krwi opuszki palców pracując w pocie czoła nad kształtem i przyczyną wszechrzeczy ugniotłem najpierw ziemię wielką swoją delikatną stopą spojrzeniem skreśliłem błękit wiszący nade mną odcisnąłem na skalnej ścianie swoją historię linii papilarnych dłoni pamiętam do tej pory echo zdziwionych skał w wydrążonej szczelinie składałem imiona wszelkich żyjątek a potem leżąc na plecach wśród traw przyglądałem się z uporem kwitnącemu kwiatu paproci i ogonowi pawia przecinającego przestrzeń odpoczywałem w siódmy dzień siedząc na białym kamieniu pisząc ziarnem soli kompletną listę gatunków od pełzającej ameby do fruwającego anioła o złotych skrzydłach noc nie pustoszyła świata zapełniała go kształtami barwami zapachami 2.
przekazałem swą wiedzę szeleszczącym liściom włosom traw przy strumieniu kroplom gwiazd przekroczyłem przepaść pomiędzy wiarą i niewiarą a było niełatwo uwierzyli jednak w krzak głogu - delikatna krew nie obmywała już małych planet zaufałeś pięciu zmysłom świat zbiegł się w maleńki owoc wiesz, że teraz świat jest tworem o gotowych kształtach - mały stwórca gwiazd i pęku promieni pozdrawia życie wróć
Izabela Kawczyńska- Z zawodu antykwariusz, z pasji pisarka, z uzależnienia poetka. Tworzy w nurcie poezji konfesyjnej. Laureatka kilkunastu konkursów literackich. Publikowała poezję i prozę na łamach miesięcznika literackiego "Akant". „Muszę ci uwierzyć” i tak to się właśnie zaczyna, zmęczeni wstajemy o zmroku, coraz więcej leżymy, coraz bardziej poziomo, coraz ciaśniej dziurką od klucza wpuszczamy w siebie świat starannie selekcjonowany, zodiakalne zwierzęta grzeją nam stopy iskrzącym kaftanem pościeli i mruczą, one albo szczeniaki, których nie chciałam utopić nawet w moim śnie, śnimy coraz częściej, spędzamy czas jak płód w spoconym brzuchu łóżka, a moglibyśmy jeszcze kochać, mówić, krzyczeć, warczeć u naszych stóp z oswojonymi zwierzętami niczym pijani cyrkowcy życia, wystarczy tylko trapez, a dla mnie poproszę gryzącą obrożę, żebym nie próbowała więcej uciec twoim okiem, źrenicą, co do wewnątrz zassała poranek, ptasi furkot potłuczonych naczyń, widzisz, ciągle się uczę, musisz w to uwierzyć, tutejsze rośliny oglądają za mało dziennego światła, rozdziawiają na nas tropikalne paszcze jakby chciały prosić o coś, płakać albo kląć, wszystko idzie w dobrą stronę, powtarzasz nad przepaścią stołu, wszystko idzie w dobrą stronę „Fado fałszywie bez gitar” przepływ spraw jest umowną sprawą, a jednak puls krwi wybrzmiewa dzisiaj całkiem realnie, podaj mi, podaj małpko swój neseser, zamszowy róż sutków, ich lepkie landrynki, zwiniętą trąbkę chwili, w której z wierzchu ciepło, sterylnym ruchem sprawdzimy co w środku, wyruszymy na połów słodkich mandarynek, małych chudych rybek płochych jak spojrzenia, którymi omijając uważnie moją twarz, tropisz pająki ulotne na ścianie, piruet, piruet i pas cokolwiek znajdziemy zamilczmy, cokolwiek zobaczysz przeminie, zarobaczoną źrenicą oszroni nas mysi czas czekania w kryjówkach ciszy, na kogo padnie na tego bęc, mięsem miłości stanie nam w gardle, potem skruszeje, przegryzie, umarli nie śpiewają, więc teraz, na całe gardło żałobnie, z premedytacją fałszywie niczym soliści przeznaczenia albo ogniste paso doble, pytasz czy nie oburzy to świata albo sąsiadów za płótnem ściany niech Pan zostawi świat w spokoju świata i tak to nic nie obchodzi „Mehari. Inna karawana”
z prochu powstałeś, w jęk się obrócisz stratowany przez sfory własnych myśli, dziki galop rozerwał cię na strzępy i słyszysz, słyszysz jeszcze w powietrzu ten tumult, piasek i kurz na tafli źrenicy, w krtani zaschnięta kulka podmiejskiego szlochu, trefiony pośpiech współczucia czy może nadzieja, płochliwy dromader, koślawy bezwstyd przygarbia ci plecy, budzi twój żal doprawdy niepotrzebnie, wszyscy znamy te sprawy nazbyt oczywiste, znamy ten rodzaj lęku, po co o tym mówić, a jeśli już koniecznie, najlepiej milczeniem, śmiertelność naturą jest człowieka, powiedzmy jego drugą skórą, bita droga oka nie zna poruszenia, nieobca jej tkliwość i dozgonna czułość, ziarno piasku sprawia, że płacze, z pośród zaułków powiek, zasieków rzęs skulonych obrosłe perłą źrenicznej macicy stacza się mokrym szlakiem donikąd, odruchowo „Odwilż. Rh+”
coś umarło, nie jestem pewna w jakim kierunku i dlaczego, jak ryby, które tropiłeś latami zanim odeszły, kiedy odeszły nie pozostało nic do zrobienia czy mam udawać, że nie widziałam twojej twarzy na brzegu rozkrojonego śniegiem miasta, miasta przepołowionego nocnym sypkim śpiewem pieśń jak księżyc wschodziła na wargach, topniała w oczach, czy powinnam powiedzieć wiejska piosenka, spacer lunatyka, ludowa przyśpiewka, której imię miłość kiedy odeszła nie pozostało nic do zrobienia, topnieliśmy, o świcie było nas mniej niż nic, miejskie drapieżniki zwęszyły krew, wilgoć milczenia trącały nosami niecierpliwie, coraz niecierpliwiej, ruchliwe ryby namolnie wracały po świeżo rozdrapanych śladach „Opowieść koronczarek” palce koronczarek są dzisiaj zmęczone, no bo sami powiedzcie, ile razy można przebiegać zgłodniałym wzrokiem we wszystkie strony obnażony jak łono horyzont, tam i z powrotem, ciasne żebra ulic, słone płaty morza, co szumi spienione: nie czekaj, nie wróci, ile razy można przebierać histerycznie kłykciami różowymi jak odnóża krabów albo stopa ślimaka fioletowa, kiedy sunie w dół po stoku jak po nodze stołka, na którym niczym bujany fotel kolebiesz się łagodnie, mimowolnie, z przytupem flamenco wydechu, tak właśnie wygląda Hiszpania ogołocona z turystów, zresztą tutaj nie bywa ich tak znowu wielu, może tylko ten chłopiec o oczach Boga czy idioty, ale równie piękny, który spojrzeniem zakwitł w twoich oczach, oddechem w ustach się zakorzenił, jak bańka mydlana zniknął czy pękł, wszystko jedno, zostawiając cię z przeczuciem, że tak właśnie wygląda śmierć w twoim kraju, cierpliwa jak praca koronczarek, wolno, równo i bez niechęci, za to w rozlanym czerwonym słońcem krzyku mewy, z koronką, z której nie welon, nigdy welon, najwyżej chustka, nic więcej, teraz jest spokój, wszystko ucichło mewy zwisają z nieba, setka Chrystusów ukrzyżowanych, bogobojnie białych, puszyste kwiaty bez łodyg, a jeśli wyżej to chyba lunapark, ślimak mozolnie zsuwa się w dół, a ty nie przerywasz swojej pracy jakbyś próbowała rozpaczliwie utkać jakiś nowy początek, nie wiedząc, że to już i jeśli kobiety w czarnych chustach, które wiedzą więcej, więcej rozumieją, które z pewnością poznały te sprawy, zaczynają śpiewać życiu pochwalną nocną pieśń albo niebu, co zachodzącym słońcem przez kościane czółenko zmęczonych palców świeci, nie rozumiejąc niczego, niczego nie wiedząc odkładasz nici, zamykasz oczy, jak pszczoła ufasz im instynktownie wróć
Beata Abramska o sobie: Urodzona 17.04.1976 r. Mieszkam w Czeladzi. Wiersze i opowiadania piszę od około 17 lat. Pracuję jako specjalista ds. reklamy i marketingu. Lubię zabawę słowem, a słowami ukazywać stan duszy. Taki mały ekshibicjonizm ;) Romans ze śmiercią.
Mrok ogarniający duszę, Ból rozrywający pierś. Każdy oddech oddala mnie Od spokoju snu wiecznego.
Nie potrafię żyć Śmiać się i radować. Nie potrafię kochać Samej siebie. Każdy dla mnie dzień Jest walką z wolą Świata. Mam dość staczania bitew Chcę odejść w zapomnienie. Uwolnić się od łez Od żalu, bólu, krzywd. Zakochać się ostatni raz W wybawczyni mej najcichszej. Xxx Otchłań bólu Pogrąża w wieczności. Kwas łez Rzeźbi nowe rysy Wymazywanie uczuć Zabija człowieka Brak myśli Na lepsze jutro Ciężar słów Wypowiadanych dla otuchy Odziera z nadziei Z radości bycia xxx Kolejna bezsenna noc bez Ciebie Kochany. Kolejny bezsens dnia, bez Twych słów. Czy kiedyś wybaczysz mi gorzkie słowa marne czyny? Bo raniąc Ciebie swą duszę ranię, a czym że jest życie bez duszy- Kochanie? Natalka Każdy dzień bez Ciebie jest otchłanią pełną zmór i nocnych strachów. Każda godzina bez Ciebie jest ogromem oceanu kosmosu i ciemności nocy.
Szukając blasku dnia nie Słońca szukam, lecz Ciebie.
wróć

Wiesław Janusz Mikulski * * *
zanim przyjdzie sen trzeba jeszcze zamknąć namiot dnia myśli rozpędzone stado zatrzymać uciszyć zanim przyjdzie sen trzeba jeszcze okryć się płaszczem Twojej miłości myśli rozpędzone stado zatrzymać uspokoić w Tobie ... * * *
znów minął dzień wiem że jestem bliżej Ciebie to tak jak wśród pustyni nie widzieć końca drogi iść za Twoją gwiazdą i cieszyć się oazami Twojej łaski Twojego pokrzepienia - - * * * idziesz ze mną krok w krok wśród słońca w niepogodę gdy kończy się zaczyna rok gdy ciepłem otula słońce i kiedy wieje chłodem idziesz ze mną rok w rok wśród słońca i jesteś pośród nocy trzymam się wiernie Twoich rąk i patrzę w Twoje oczy ... * * * drogą życia powoli dojdę do Ciebie jeśli mnie umocnisz wskażesz jak mam iść na półkach kalendarzy ustawię Ci kosze swego trudu zerwane kwiaty wśród dróg przyniosę i dam Tobie ... NIE PRZEMIJASZ staniemy się ciszą niewidzialni staniemy się miłością wykutą w sercach ludzi tak żywi jak świeża zieleń ożywczy strumień i wiatr - - W ŚWIĘTO BOŻEGO NARODZENIA
spotkałem się z matką spotkałem się z ojcem mróz za oknami i wiatr mroźny wiał Choinka ze sztucznym igliwiem ubrana w elektryczne światło sztuczne jabłka i gwiazdki zawieszone na drzewku z ekranu dochodziły śpiewy kolęd mróz za oknami wdzierał się pośród nas przez uchylone okno ... * * *
ziemie szczęścia jałowieją gdy ręce zamiast pracy szukają taniego zbytku gdy ciało okolone aureolą zmysłowości swoją świątynię zamienia na bank ziemie szczęścia jałowieją nie uprawiane od lat ...
* * * zamieniłem swój czas w Twój ogród zasiałeś i posadziłeś w nim co chciałeś mnie powierzyłeś troskę o drzewa i kwiaty i owoce znoszę Ci każdego roku kosze swego trudu znoszę pod Twój Krzyż WIECZORNY LIRYK nie przypiąłeś mi drewnianej nogi marzeń podtrzymałeś ocaliłeś zdrowie i życie zrzuciłeś ze mnie brudne łachmany czasu ubrałeś w biel światła w czerwień gasnącego słońca ... DZIEŃ SIĘ ZACZĄŁ ludzie spieszą rano po chleb prowadzą wózki z dziećmi z torbami na plecach ku szkołom zmierzają uczniowie niebieski piec czasu słabo pali się dziś zduszony chmurami na zegarze drga kręcąc się dokoła siebie niecierpliwość serca * * * Żonie gdzieś rozrzuciłem ziarna swoich marzeń niektóre porwał wiatr te które zostały zamknąłem w złotej obręczy naszych serc * * *
moim Uczniom z ZSZ Nr 4 w Ostrołęce rośniecie jak kwiaty przyginane wiatrem wzmocnić chcę Wasze pędy osłonić Wasze pąki wyprosić od Boga słońce dla Waszych ogrodów i deszcz niebiański deszcz ... W KADRZE MOJEJ PAMIĘCI brzezina pieszczona przez wiatr drży listeczkami żyto dojrzałe słońcem kołysze się wśród chabrów soczyste dywany koniczyny śmieją się wśród dróg stodoła mojego dziadka pachnie świeżym sianem ... wróć

O Magdalenie Wieczerzak Urodziła się 18.IV.1980 roku. Mieszka w Bytomiu. Wiersze pisze od półtora roku. Jak sama mówi, jej przygoda z poezją zaczęła się od wizyty na warsztatach Grupy Poetyckiej "Obok Sceny" :). Lubi czytać Grochowiaka, Białoszewskiego i teksty awangardowe. Z poezji współczesnej najbardziej pasjonuje się twórczością Krzysztofa Śliwki. Magda ceni w wierszach kontrasty piękna i zła. Te upodobania znajdują odzwierciedlenie w jej własnych tekstach. Wiersze Magdy są trudne w odbiorze, po części psychodeliczne i zbuntowane. Wyczuwa się w nich także specyficzny poetycki chaos, który przyciąga czytelnika do głębszej analizy. Magda ciągle poszukuje swojego stylu, lubi eksperymentować i bawić się słowem. Pisanie jest dla niej sposobem na wyładowanie emocji i uchwycenie ulotnych myśli. Magda ciągle czeka na swój pierwszy sukces poetycki i jest na najlepszej drodze ku niemu. Oprócz poezji interesuje się sportem ekstremalnym, teatrem, muzyką jazzową i psychologią. Jest wegetarianką. Łukasz Waga *** Zamknięta W sześcianie dzieciństwa Siedzę Ze świecą W pudełku Jak w klatce Bezdomnej dziewczynki I drżę I zaciskam W drżących rękach Zapałki Z pod których Pod kątem Załamanych palców Rozpalam jasność Ze znicza Po chwili Topie kostki Bez skóry słodyczy W rozgrzanym wosku emocji A myśli zamieniam W popiół Zdmuchniętych wzruszeń . . . I leżę nad poduszką I istnieje zapłaściutko Fruwam we mgle Do góry W dół Jak duch Bez słów, w słowa Pół na niby, pół wściekle I buch Budź się . . . Opierać myśli o poręcze Zwiędniętych myśli I grzmotnąć W mglisto-czarne korzenie . . .
Pozory są jak kryształy widniejące W geometrii promienia słońca . . .
Martwe, zgniłe płyty O pięciu ścianach Tylko na chwilę Odbijają światło A potem Pogrążają się W bezruchu Z ogromną siłą Po zardzewiałych cegłach . . .
Przejść przez lustro Za sam obraz siebie A pamięć ożywić Ze szkłem W ostre wspomnienie By z krańców myśli Rozbić słowa W sam dźwięk szkła . . . W czterech ścianach Kiedy biegną myśli Ściany mówią cicho Przeraźliwie cicho Kiedy gaśnie światło Przedostaje się Tylko mroczny jęk A ściany napisały Ruchem cegieł Biegną myśli, sprzeczne myśli I gdyby stół Prostokątny biały stół Wpisał znaki strachu Zaczęłoby o ściany pokoju Rzeźbić groteskowy dźwięk I przy użyciu przedmiotu Padłby stół W czterech kątach Padłby trup . . . Utopić strach W szklance herbaty A lęki powiesić Razem z kurtką na krześle melancholii wróć
Kinga Konieczny o sobie: Mam 24 lata, urodzilam się w Cieszynie na Śląsku. Mieszkam i pracuje w Szkocji. O ciszo..tylko ciebie slyszę i widzę jak patrzysz w nieruchme okno, zerkajac przez zniekształcone oblicze na ludzi, którzy w desczu mokną. Po co tak stoi? Sama siebie pytam. Nie mów mi tylko, ze losem sie przejmujesz tych których zmierzch zastał przy porannej kawie... Dlaczego ich glupotą tak bardzo sie dołujesz? Mogłabys zagłuszyć nie jeden krzyk ponury zatykając uszy codziennej szarości. Tęcze rozciągając w złocistej koronie korząc nieuprzejmość, skupiska podłosci. Tak niewiele słów można o Tobie powiedzieć... A ty czekasz na pochlebne czułostki. Poderwij się byś wyjątkową była zmieniając w harmonie gniewu jednostki! Drzemie w Tobie niesamowita siła! Juz slyszę erupcje w twojej głowie. Poczekam na niesamowitą eksplozje, niepojętą w myślach, ani ludzkiej mowie. O ciszo! Tylko Ciebie slyszę! Uszczypnij mnie gdy bedziesz znikała Bym wciąz nie patrzyła w okno, spoglądając na ciebie... jakbyś tam stala... wróć
Regina Sobik o sobie: Piszę amatorsko moimi ulubionymi tematami są bajki dla dzieci , wiara, przyroda . W 2004r. główna nagroda w konkursie sms pt. -Życzenia na dzień Matki_ w II Regionalnym konkursie poetyckim w gwarze śląskiej im. ks. N.Bończyka w 2006 r wyróżnienie 2 stopnia . Wykorzystanie wiersza Moja Ziemia w programie teatr łączy pokolenia w 2006r. Druk wierszy w kalendarzu śląskim - Z tej ziemi - na rok 2007 i 2008 r. w konkursie -szkryflomy po śląsku- w Żorach w 2007r II miejsce za całokształt druk wiersza w gwarze śląskiej w kalendarzu żorskim na rok 2008 Tomik wierszy -Jest takie miejsce - czerwiec 2007r. Edycja wiersza Łzy św Barbary przerobionego na piosenkę w Radiu Piekary Dzień Górnika 2007r. Prezentacja utworów pisanych w gwarze w Radiu Piekary grudzień 2007r. W 2008 r w II Mound and Mount Kosciuszko festiwal w Jindabyne.Coma Australia 2 miejsce za tekst do piosenki W 2008 r. W marcowej III edycji konkursu w cieniu lipy czarnolaskiej I miejsce za wiersz tematyczny
Letni wieczór
Wieczór pogodny i ciepły na niebie gwiazdy migoczą pójdą dziś w złotych sukienkach na randkę z księżycem nocą Poszło spać echo na pola dzięcioł już w drzewo nie stuka głośny rechot w dal się niesie zbłąkany ptak gniazda szuka Wieczór marzeniem nastraja błoga cisza świat zalega a my tak wpatrzeni w niebo czegóż więcej nam potrzeba Mgła Białym welonem jak ciepłą kołderką uśpione pola i łąki okryła i miniaturą perełek srebrnych leciutko w siną dal odpłynęła Mój świat
Dorosły świat dorosłych marzeń To tylko parę znaczących dat i z kalendarza pożółkła kartka to moje życie i cały mój świat To echo ciszy co falą płynie i rany które boleć przestały to miłość radość płona nadzieja i te marzenia co w dal uleciały Pajęczyna
Z rosy poranka o świcie utkana jeszcze perłami jak kryształ się mieni misterną mgiełką na ziemi siadła pośród kamyków i traw zieleni Zdążyła jeszcze ubrać tiulem drzewa nim słonko poranne ją zobaczyło zanim promykiem cieplutkim i złotym tę kruchą piękność unicestwiło Zwariowana przyroda
Przyleciała sroka z lasu najnowszą plotkę przyniosła że tak to już od miesiąca idzie do nas ciepła wiosna Przebudziły się niedźwiedzie i bociany przyleciały gdzieś w Afryce na wakacjach telegram z Polski dostały Zakwitły krokusy w lesie a w ogrodach tulipany słowik szybko gniazdo wije trochę zdezorientowany Gadasz głupstwa moja sroko to pogoda figle płata przecież nieraz już tak było to nie jeszcze koniec świata Nie czytasz najnowszej prasy nie jesteś zorientowana klimat nam się wciąż ociepla więc przyroda zwariowana Do wiosny daleko jeszcze zima w pełni boć to luty jeszcze w zaspach będziesz brodzić szykuj sobie ciepłe buty Nie mamy innego wyjścia trzeba nam się przystosować i przedsięwziąć takie środki by przyrodę uszanować Gdy każde żywe stworzenie matkę naturę doceni to nie będzie niespodzianek zima w wiosnę się nie zmieni Nicość
Jestem pyłkiem zagubionym w bezmiarze dróg kosmosu gdzie przeszłość znaczy swe miejsce istnieniem na tacy losu szuka minionego czasu wyłuskuje z wieczności każdą chwilę zaistnienia składa w sejfie nicości nie jestem jeszcze gotowy odpłynąć na skrzydłach losu by stać się cząstką atomu ogromu pyłu kosmosu. Trzymaj się tato Kołderką suchych liści przykryty zasypia cmentarz ciszą kołysany przy świeżej mogile pachnącej ziemią stoi samotny i załamany I któż mu teraz poda ranną porą gorący kubek kawy na śniadanie kto z taką troską będzie powtarzał szybciutko wstawaj późno kochanie Został samiutki jak kołek w płocie dzieci odeszły gdzieś w świat daleki lepszego życia i chleba szukają nie potrzebują ojcowskiej opieki Pamięć przywoła spędzone razem z żoną rodziną zeszłoroczne lato a teraz tylko ten krótki telefon wyrazy współczucia trzymaj się tato Polny krzyż Stoi samotny przy polnej drodze krzyż ,stary i pochylony na kogo czeka kogo wygląda zapomniany i opuszczony Maleńka kępka polnych chwastów smagana wiatrem drzewo pieści Na krzyżu Zbawca tego świata pełen cierpienia i boleści Mijają lata znacząc swój ślad i pory roku się zmieniają one tak jak wszystko na świecie biegną zbyt szybko przemijają I tylko ten krzyż wciąż taki sam przy polnej drodze samotnie czeka pełen nadziei,pełen miłości na serce każdego człowieka O daj mi proszę kawałek nieba Chciałabym dostać kawałek nieba taki jak kropla deszczu malutki gdzie będę chować swoje marzenia wszystkie kłopoty radości i smutki Kiedy tęsknota bólu nie koi a czas cierpieniem znaczy dni szare tu znajdę szczęście znajdę nadzieję uleczę rany nowe i stare Tutaj odnajdę siebie za progiem cudownej tęczy nowego domu tylko daj proszę ten skrawek nieba ja go nie oddam przecież byle komu wróć
Marzena S. Wysocka – 23.06.1979r, absolwentka filologii angielskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pracuje w Wyższej Szkole Lingwistycznej w Częstochowie i Zespole Szkół Technicznych w Bytomiu. Autorka m.in. materiałów praktycznych do nauki języka angielskiego. Bawi się słowem i poezją od 15 lat. Wydała tomik wierszy pt. „PUSTO-PEŁNE”. 1. (Nie)cierpliwość
Nigdy nie miałam własnej cierpliwości, więc gdy nadarzyła się okazja adoptowałam cierpliwość cudzą. Chodziłyśmy razem do pracy i jeździłyśmy na rowerze, byłyśmy też w kinie i w operze, a na wczoraj zaprosiłyśmy gości. I przy wszystkich zapomniała, jak mam na imię, co lubię, a czego nie i co mam na myśli, gdy mówię „nie wiem” A przecież dziś już piątek - piąty dzień naszej znajomości 2. Życia pół
Półsiedzę Półwiszę Półwidzę Półsłyszę Półwabię półlgnę Półjawię półśnię Przyjdź I tak jak swoje koszule, spodnie i skarpety wywróć mnie na drugą stronę 3. „Niebo gwiaździste nade mną…” I.Kant
Bez szczudeł I drabiny Bez skoków I wyskoków Bez kary I winy I tak już od 2 dni Ale nic nie dzieje się Bez powodu I przyczyny Śnieg na delegacji Słońce na L4 Deszcz na emeryturze A chmury na urlopie Dobrze, że nie wyjeżdżamy w tym samym czasie
Powiedziała ziemia 4. SZCZĘŚLIWI
Nie zdążyła Zrobić obiadu Nie zdążył Wysiąść z tramwaju Nie zdążyli Wrócić z pracy Nie zdążyłeś Zjeść kolacji A ja nie zdążyłam Się pożegnać Z nią, Z nim, Z nimi, Z tobą Bo przechodził właśnie Huragan El Niño W poszukiwaniu Szczęśliwego czasu 5. Nie pytaj
Pytasz, co robię gdy odlatują motyle raj na ziemi więdnie, oczy przestają jeść, miód usycha w gębie a dusza się poddusza Ubieram obce ciało I milczę Żeby nie zostawić Po sobie ani śladu słowa
Spróbuj Nie pytaj
6.***
Nie lubię, Gdy tak dokładnie Wycierasz buty na wycieraczce A zaraz potem wkładasz kapcie Przynieś choć raz ze sobą trochę więcej piasku Żeby w pokoju zapachniało plażą wróć
Mateusz Jarosz Poeta lecz muzyk przede wszystkim. Urodzony 30 czerwca 1988 roku w Szczecinku. Mieszka w Choszcznie. Obecnie uczeń szkoły artystycznej w Szczecinie na kierunku wokalnym. Wraz z zespołem "Towarzystwo Powiększania Wyobraźni" jest laureatem i zdobywcą wielu nagród Grand Prix na przeglądach i festiwalach poezji śpiewanej w całej Polsce. Ma za sobą nagranie płyty pt. "Turyszczę" oraz współpracę z wieloma cenionymi muzykami. Jego przygoda z poezją od "strony tworzącej" trwa od niedawna. Jest również aktorem w szczecińskim "Teatrze Boscha". Obecnie pracuje nad projektem literackim "Absurd w sztuce". Jest również autorem strony internetowej www.rozmowyopoezji.fuks.pl Sumienie
Przysłuchuję się kobiecie... Na jej skroni robal biały szepcze do jej ucha przecie wypróżniane dyrdymały. Proszę Pana! Nie chcę Panu myśli sprzątać z ucha jakże pięknej damy, lecz Pan widzisz, Pan nie jesteś jej najdroższym ukochanym. Nie wyjękuj Waść imienia, w cichu słyszeć mi swobodnie. Co Pan robisz na jej uchu? Odczep się Pan wreszcie od Niej! Wtem zawtórnie robal zgrzyta, jęczy drapie ściska cały: Ja się głupio tu nie pytam! Sam Pan gadasz dyrdymały! Ja nie zgrzytań słuchać pragnę, A gdy mówisz Pan od nowa i nie umiem temu zaprzeć Wszak mnie wtedy boli głowa... Moja Pani posmutniała i tą cechą chcąc zarazić, na robala nawrzeszczała: Dość już tego! Proszę złazić! WIERSZ
Chciałbym oddać w ręce Twe, Słuchaczu Drogi wiersz, Który łamie nie język, a nogi. Nie znajdziesz tu pokory, żali wymiennych, Nie znajdziesz też wiersza, a on jest bezcenny. Wszystko poezją być zaczyna, Przepraszam szczerze. Czy to moja wina? To cóż, że mącę Ci w głowie wierszem, Wylej z niego to, co najlepsze. I gdy w bezsensie widzisz swe dzieje, Mądryś? Zauważ! Wiersz nie istnieje. ŚMIESZNIE Śmiesznym się zdaję człowiekiem bezśmiesznie, Lecz lepszym mi było obcować bezpiecznie. Tak śmiesznie patrząc, to śmieszność ma prawo Rozśmieszać śmiesznością, a nie zabawą. KOT Wokół mojej Ojczyzny rośnie płot, a pod płotem zwierzę, Które nazywacie kotem. Ów kot, to niejedyny ssak, któremu brak skrzydeł, dzioba i piór I innych fetyszy, by wzbić się do chmur. Nie jest nijaki Interesują go trawa, tudzież ptaki. Trawa, bo ręki w potrzebie nie poda, lecz potknie. Ptak, jak to ptak, nie posiada zbędnych potrzeb. Dlaczego? Bo kot ten nie jest nijaki. O zwierza spadkowydalności Czy czwarta noga podniesiona to znak? Ulga, czy raczej chwast? Zrozumiały czas. Sekunda i sens, za którym dba i czynność swą wdzięczy w przypadku. Po wieczór Aż po wczesnym ranku. Nie radość trzyma go w ustanku, a bezczynność, która wolę jego niszczy. Na chwilkę, choć odpocząć mógłby bez pewnych zakopywań sprawy. Przystać przy tym mogę. Lecz nie jestem ciekawy wróć
Magda Śmieja ur. 14. 08. 1987, studiuję polonistykę, piszę od kilku lat- na razie bez spektakularnych sukcesów. Nie tworzę poezji- rozbijam słowa, zdania i frazy i na nowo układam z nich świat. Nie mogę żyć bez teatru i ludzi. Lubię się bawić- słowami, sobą, życiem. 1. BEZSENNOŚĆ Od lat dwudziestu Noc Bezsen Oko na oścież otwarte Niezmiennie Z jednego końca Na drugi Rozpiętość mojej świadomości Jak szerokość łóżka Zagryzając strach poduszką Powtarzam codziennie Do lustra Kochanie Koch Anie Kocha Nie 2. ŚWIATŁO ZA SZYBĄ
Odśpiewana kolęda Stanęła ością w gardle Plama barszczu Zbrukała powietrze Podłączyłam serce Do maszyny regulującej tętno Oplotłam je kablami W korytarzu Zapachniał wiatr Stukające chodaki przyniosły strach W lekkim powiewie Narodził się Najmniejszy z Chrystusów 3. PODPRZESTRZEŃ Zapalcie kandelabry i gramy! Trzask deski spróchniałej Szlak zbłąkanej muchy Krzyczące lampy i cienie Całopalenie Twarzą w twarz z tajemnicą poznania Daleko od braw, z dala od uznania Depczmy scenariusze, zrywajmy kurtyny Maskom plujmy w twarze za bezmyślne miny Nad światłem, pod światło, w oczy i za oczy Pełni niewiernej wiary i niemocnej mocy Żadnych braw To nasz czas. wróć Kamil Zalewski ( Camel Biran)- ur. 21.08.1988r. Studiując psychologie poznałem piramidę potrzeb człowieka wg Abrahama Maslowa. Piramida na pierwszy rzut oka- zwykły trójkąt, prymitywny na spodzie. Wierzchołek kryje jednak sens, przynajmniej mojej egzystencji. Potrzeba Samorealizacji, która zdobi ów wierzchołek, skłoniła mnie do pisania. Natch...nie, nie
Pózno, gdyż w środku nocy do okna zapukało natchnienie. Natręctwem i marynarką przypominało akwizytora toteż nie chętnie wstałem. Gdy już spostrzegłem iż to Ono, jedyne, wyczekane, chwyciłem w pół przytomny długopis i kartkę wyrwałem z łóżka piętrowego ( Blok A4). Pisać zacząłem na tematy różne a pomysł pieścił stopy refleksji w głowie mej. Wspomniałem coś o ostatecznej walce Św. Mikołaja z Kominiarzem w pojedynku o komin. Opisałem śmierć także jako głowę mafijnej rodziny, a pokusę jako jej rękę prawą, consiglieri rzekłbym. Nic jednak końca swego nie widziało a ja jako ich stwórca sensu ich egzystencji. Wytwory tej nocy więc nie przejdą do historii literatury. Zakończyłem to refleksją jedynie: "Za życia rozmyślamy o śmierci, kwestia czy po śmierci rozmyślać będziemy o życiu?". O miejscu Na tronie zasiada Król, nikt inny. Miejsce siedzące w autobusie, owinięte w bawełnianą prośbę, jest miejscem dla staruszków poczciwych, jak i ławka również. Fotel skórzany w komplecie idzie z biurkiem, co daje miejsce pracy umysłom ścisłym w jedwabnych krawatach. Zasypiam przy notowaniach giełdy, odnajduje więc taboret. Skóra pośladków, rzekłbym jak poszewka a tkanka tłuszczowa- pierz. Wstaję mimo tego, gdyż niewygodnie. Znalazłem karton i prawie bym w nim spoczął, gdyby nie oparcie, tak nie wytrzymałe. Chyba dziś nie spocznę, chyba dziś nie usnę. Nie ma dla mnie miejsca... Nie mile widziane przezenty Podarowano Nam wolność, nie skalaną ludzką interpretacją My, stworzyliśmy kodeksy i placówki perwersyjne Zesłano Nam Mesjasza, wielkiego dyplomatę i premiera Niebios My, przybiliśmy Go do krzyża i odesłaliśmy w Zaświaty Wręczono nam zdanie własne, na pohybel jednolitości My, opanowaliśmy sztukę perswazji i karanie za nie subordynację Otrzymaliśmy sen spokojny, oko w głowie Morfeusza My, na potrzeby wojskowe zrodziliśmy amfetaminę Dostaliśmy, ot tak beztroskę, setki gramów beztroski na przeżycie Ja, dzielę się spostrzeżeniami Pani Naodwrót Pani Naodwrót jadła herbatę i piła rogaliki. Czuła niepokój bujając się na podnóżku, trzymając nogi na fotelu bujanym. Z telewizora dobiegały dzwięki jakiejś porannej audycji, słuchała jej jednym okiem, czyszcząc w tym czasie zęby patyczkami. Gdy szła spać to wracała z gazetą, natomiast wybudzona z objęć Morfeusza, chrapała jak kobietom nieprzystaje. Wiele interesujących rzeczy można o niej powiedzieć. Mnie najbardziej zaintrygował fakt iż po ubiorze nie spostrzegłbyś jej oryginalności. Id Diagnoza psychiatry mówiła coś o nieskromności, wybacz nie słuchałem słownictwo miała ubogie. Psycholog zidentyfikował kłamstwo patologiczne, przytakiwałem jedynie głową , stwarzając pozór obecności wnętrza tu z nami w gabinecie. Nie wykonuję rozkazów, lubię gdy ktoś liże mnie po uchu. Myślę dużo i śpię w skarpetkach. Potrafię czuć jednocześnie sympatię i niechęć, kocham sztukę, uwielbiam wypróżnianie. A teraz powiedz mi proszę czy dobre mam zadatki na pisarza. wróć
Dorota Pawliczak o sobie: Jestem absolwentką filologii polskiej ze specjalnością dziennikarską na Uniwersytecie Zielonogórskim. Współpracuję z ogólnopolskim dwutygodnikiem. Debiutowałam na antenie Radia Zachód, gdzie prezentowano moje dwie Radiowe Książki Poetyckie. W 2004 roku pojawił się mój debiut papierowy - tomik wierszy "Słowem wykończona". Publikowałam na łamach "Lubuskiego Nadodrza" i "Miastera". Dostałam wyróżnienie na I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Marka Garbali w Zielonej Górze w 2005 roku. Nie odpoczywam słownie, lubię jak ono się dzieje. Nadal podtrzymuję współpracę z poezją, kapryśną i leniwą;) Istota pisania to igranie ze słowem - słowem dotartym człowiekiem. Mocnym i cielesnym. Zwykłym człowiekiem. Słowo potraktowane jest u mnie szczerze, czasem brutalnie, działam językowo bardziej "na słuch" i wyobraźnię niż "na oko", które jest czasem zmęczone tą zabawą.
Letarg w (P)pośpiechu zasypani po uszy otuleni na cicho ze snem skuleni na siedząco objęci po turecku z obłokiem w uszach i nosie drapiemy dawno niedotykane miejsca wylęgarnia czułostka zamroczeni bezmyślnie i czekoladowo ścierpnięci szyjami ułożeni niewygodnie tak dokładnie bujanie palcem po wardze wytrąceni z wrażenia jak zawsze na zawsze Wyempikowana. Z Życia. Wyempikowana z życia. zawisłam nad Wisłą myślami postrzępionymi sennymi wyleciałam z Siebie szybko w plusz fotela wrastam w salonie o godzinie muzyki zasiadam Królowa Bosa na czczo miłość urodzę na balach ją wytańczę a ty zakosztujesz a potem chuda z niepieszczoty połknę to czerwo od kochania i wyszorowana tą cnotą wyrzygam ją chcę czuć Siebie a ty? smakowało pieprzenie? dam ci serce i buty mój Akrólewiczu z baśni wysnuty Pomyśl!
zasłużona całodzienną sobą osiągnęła górę od dołu a potem z powrotem mianownik wyręczył rę- czył ore orędownik zatajony er-go? bo potem mnie ja najtrudniejsza i to wszystko Sama
kochany boję się samotności tej strasznej królowej pustynnych nocy boję się ogromnych oczu przeżartych powietrzem bez zapachu kochanego papierem ściernym na i tak już wysuszoną rzeźbę moich dłoni boję się spuchniętych powiek i mokrych ust że będą same bez grama ciepła wiesz że kulę się pod naszą kołdrą? maleję a moje serce dudni nieprzyzwoici zachłannie boję się strachu z lodem na patyku i drwiną dla mnie boję się miesięcznych pojaśniałych nocy gdy moje stare już serce zamieni się w wilka wygłodniałego zachłystującego się wspomnieniami kochany boję się że się kiedyś zatrzymam i będę sama i przekwitnę razem z różą wiatrów bo nie będzie już stron świata Za mało skojarzona
niebo grauowe te grysowe wiatry kółka graniaste zataczają granitowa moja ślina jak z muś linu Linu? o Linie! szyba parowo – lodowa z aniołami o twarzach dużych zamazanych palcem nieświadomnik cóż uczyni opiłuje płytkę i na szarawo – tchórzawo pomalu je i je i je… kamykowe błoto kłuje w oczy i wyszarza na biało dookoła już bolą oczy Nocą, gdy nie patrzysz
nawet gdy śpisz to trzymam cię za rękę pilnuję cię spokojnie waruję niczym Westalka przy Moim Szczęściu spijam twój sen zanurzony na głębokości 500 metrów oddychasz nierównomiernie wstrzymuję razem z tobą powietrze ty niczego nieświadomy że ja patrzę na ciebie zanurzona na głębokości nocnej myśli wydobywam twoją rękę i przykładam do rozbudzonej twarzy ciepło przytulam je do serca mam cię i nie puszczę wróć
|