| Wśród książek polecamy |
|
Polecamy wśród książek
-Golo Mann :Niemieckie dzieje w XIX i XX wieku. -Aleksandra Klich:Bez mitów.Portrety ze Śląska. -Julian Barnes:Arthur &George. -Władysław Bartoszewski:Pisma wybrane II. -Jerzy Pilch:Pociąg do życia wiecznego. -Julia Hartwing:Podziękowanie za gościnę. -Nicholas Thomas:Okrycia.Podróże kapitana Cooka. -Jerzy Forster:Podróż naokoło świata. -Marta Wyka:Przypisy do życia. -Aleksander Gieysztor:MITOLOGIA SŁOWIAN. -TATRY I POECI. Antologia wierszy. Wybrał i opracował Michał Jagiełło -Günter Grass: PRZY OBIERANIU CEBULI -Aleksander B. Skotnicki: OSKAR SCHINDLER w oczach uratowanych przez siebie krakowskich Żydów -Ryszard Kapuściński: BUSZ PO POLSKU; CHRYSTUS Z KARABINEM NA RAMIENIU; LAPIDARIUM VI -Ella Maillart: OD GÓR NIEBIAŃSKICH DO CZERWONYCH PIASKÓW
Golo Mann: NIEMIECKIE DZIEJE W XIX I XX WIEKU Angelus Gottfried (imię Golo powstało z dziecięcego zdrobnienia) urodził się 27 marca 1909 roku jako trzecie z sześciorga dzieci Katji z Pringsheimów i Tomasza. Ważną rolę w kształtowaniu się jego osobowości odegrał pobyt w szkole w Salem nad Jeziorem Bodeńskim, założonej przez Kurta Hahna. Studiował historię i filozofię, studia zakończył w 1932 r. w Heidelbergu doktoratem u Karla Jaspersa na temat Hegla. Z Niemiec wyjechał w połowie 1933 roku, już po przejęciu pełni władzy przez Hitlera; udało mu się wtedy m.in. uratować z monachijskiego domu rękopisy dzienników ojca, zorganizować wyjazd młodszego rodzeństwa oraz przekazać za granicę rodzinne oszczędności. Na emigracji był lektorem języka niemieckiego w Paryżu i Rennes, redagował w Zurychu czasopismo „Mass und Wert", służył w armii amerykańskiej, wykładał na amerykańskich uczelniach. Do Europy wrócił w II połowie lat 50.; objął katedrę w Münster, potem w Stuttgarcie. Od 1964 r. mieszkał głównie w Kilchberg pod Zurychem, ostatnim domu ojca. Angażował się w życie publiczne, z pozycji raczej konserwatywnych, choć trudno w jego przypadku o łatwe klasyfikacje, bo z jednej strony krytykował młodzieżową rewoltę 1968 roku, a w latach 70. zbliżył się do prawicowego premiera Bawarii Franza Josepha Straussa, z drugiej – wspierał politykę wschodnią kanclerza Brandta i opowiadał się za rozliczeniem niedawnej przeszłości. Zmarł 7 kwietnia 1994 roku, już po zjednoczeniu Niemiec, które aprobował, choć nie bez obaw o wskrzeszenie mocarstwowych rojeń. Pierwszą książkę, której bohaterem był Friedrich von Gentz, niemiecki polityk doby napoleońskiej, opublikował w 1946 roku. Jego zainteresowania jako historyka skupiały się przede wszystkim na dziejach ostatnich dwóch stuleci, ale najobszerniejszym i najambitniejszym jego dziełem była monografia Albrechta von Wallensteina, wielkiej postaci doby wojny trzydziestoletniej. O klasie Golo Manna jako eseisty polscy czytelnicy mogli się już przekonać dzięki przygotowanemu przez Elżbietę Paczkowską-Łagowską tomowi „Ludzie myśli, ludzie władzy, historia" (Oficyna Literacka, Kraków 1997). W 1986 r. ogłosił autobiograficzną książkę „Erinnerungen und Gedanken. Eine Jugend in Deutschland", tytułem nawiązującą do wspomnień Bismarcka i doprowadzoną do roku 1933. „Niemieckie dzieje..." zawdzięczają swe powstanie Gildii Gutenberga. Instytucja ta zamówiła u Golo Manna książkę, mającą stanowić kontynuację historii Niemiec autorstwa Ricardy Huch (1864–1947), wybitnej pisarki i historyczki (po polsku mamy jej powieść „Wyznania Ludolfa Ursleu juniora"), a przy tym szlachetnego człowieka – i mistrzyni autora. Książka powstawała nad Jeziorem Bodeńskim, opodal wsi Altnau, w starym zajeździe Pod Koroną: „pokoik z żelaznym piecem, obok sypialnia, do której gospodyni, panna Forster, przynosiła termofor". W pierwszym wydaniu (1958) autor żegnał się „z naszą opowieścią i dwudziestoma pięcioma czytelnikami, którzy mieli dość cierpliwości, by prześledzić ją do końca". Wkrótce dostał kartkę od Hermanna Hessego, który pisał, że jest czytelnikiem dwudziestym szóstym. Miało ich być jednak o wiele, wiele więcej. Opowieść, otwarta refleksyjnym rozdziałem „Podstawowe fakty w dziejach Niemiec", rozpoczyna się od rewolucji francuskiej i kończy w czasach, kiedy została napisana (w wydaniu z lat 60., na którym oparto przekład polski, akcja doprowadzona została do końca ery kanclerza Adenauera). Na czym polega jej urok? Dlaczego trudno się od niej oderwać, choć czasem zżymamy się na sądy autora i jego „niemcocentryczność", która każe mu dość niesprawiedliwie traktować choćby międzywojenne państwo czechosłowackie? Decyduje o tym przede wszystkim pisarska jakość niezwykle gęstej narracji. „Historia jest opowiadaniem" – czytamy w autorskim wstępie. Wzorem dla Golo Manna był Friedrich Schiller jako autor „Historii wojny trzydziestoletniej", najświetniejszy dlań przykład zaślubin temperamentów pisarza i historyka. Także wspomniana już Ricarda Huch i jej „Wielka wojna w Niemczech" – również traktująca o wojnie trzydziestoletniej – „spotkanie czarodziejki z materiałem źródłowym". W mocno spersonalizowanej narracji historycznej szczególnie ważna jest umiejętność budowania zniuansowanych sylwetek psychologicznych bohaterów. Autor „Niemieckich dziejów..." posiadł ją w stopniu mistrzowskim, by wspomnieć tylko stronice poświęcone Heinemu, Marksowi, Bismarckowi, Nietzschemu, Wilhelmowi II czy Adenauerowi. „Golo Mann – pisze Elżbieta Paczkowska-Łagowska – przedstawia nam historię od strony rzeczywistych ludzi »z krwi i kości«, nie zaś od strony struktur, zasad, prawidłowości, rozwoju (ekonomicznego). Struktury interesują go o tyle, o ile mają swe źródło w jednostce". Chłodna analiza faktów (dynamiczna narracja zwalnia co jakiś czas bieg na rzecz komentujących „Rozważań") łączy się tutaj z nieskrywaną emocją. Skąd te emocje? W przedmowie, pisanej w 1991 r., Golo Mann przyznaje, że jego intencje były także polemiczne. Chodziło o historyka brytyjskiego A.J.P. Taylora, wedle którego „narodowy socjalizm nie stanowił irracjonalnego epizodu w dziejach Niemiec, lecz raczej coś, co się od stuleci szykowało i tym gorszą przybrało postać, że nastało po takiej zwłoce". Dla autora „Niemieckich dziejów..." taki determinizm jest nie do przyjęcia. Katastrofa nie mogła być z góry zadekretowana. Owszem, patrząc wstecz, trudno nie dostrzec linii kontynuacji, zawsze jednak w węzłowych punktach istniała możliwość wyboru, a pojawienie się znaczącej jednostki – takiej jak Hitler – wprowadza w dzieje element nieprzewidywalności, irracjonalizmu. Doktorat swój poświęcił Golo Mann Heglowi, bliższy mu był jednak Schopenhauer (a także rebeliant Nietzsche). Filozofia historii w jego ujęciu – tłumaczy Paczkowska-Łagowska – „nie może być heglowska. Przeszłość jest niewyczerpalnie bogata, wymyka się pojęciu, przyszłość zaś jest nieokreślona, gdyż otwarta. Nie sposób więc ujmować jej w kategoriach determinizmu dziejowego czy jakiegoś innego -izmu. Każda w ogóle teza, o ile tylko podaje się za całą prawdę, jest fałszywa, można ją przyjąć tylko wtedy, gdy się ją ograniczy...". Przeszłości nie można się przy tym wyrzec ani jej wstydliwie przemilczeć, jak to próbowano czynić po II wojnie. W swoim ambiwalentnym, pełnym emocji stosunku do dziedzictwa niemieckiej historii i niemieckiej kultury Golo Mann pozostaje zresztą nieodrodnym synem swego ojca... (Borussia, Olsztyn 2007, ss. 608. Przełożył Andrzej Kopacki, posłowie Robert Traba. Trzydziesta szósta pozycja Biblioteki Borussii; wydanie w ramach kolekcji niemieckojęzycznej literatury współczesnej KROKI/ SCHRITTE pod red. Jacka St. Burasa i Carla Holensteina.) Aleksandra Klich: BEZ MITÓW. PORTRETY ZE ŚLĄSKA Żaden chyba region współczesnej Polski, poza Kaszubami, nie przechował w równym jak Górny Śląsk stopniu tradycji swojej odrębności historycznej i kulturowej. Żaden też (może wyjąwszy tak zwane Kresy) nie stał się tak bardzo przedmiotem mitologizacji. Mit nie jest oczywiście niczym złym, dla budowania tożsamości społecznej bywa wręcz niezbędny. Gorzej, gdy traktuje się go instrumentalnie, czyniąc orężem walki politycznej, albo gdy okazuje się źródłem szkodliwych stereotypów. 2007-07-18 „Górny Śląsk ma pecha do mitów – pisze Aleksandra Klich. – Przyklejają się do niego natarczywie i od kilkuset lat. Głoszą np., że to brudna prowincja Niemiec albo Polski. Region, w którym mieszkają sami zapracowani, uczciwi ludzie albo tępe »robole«. Miejsce, w którym śliczne dziewczęta z czerwonymi koralami biegają po hałdach i śpiewają o Karliku. Wszyscy mówią gwarą i marzą o odłączeniu Śląska od Polski. Eksperci z zachodu głoszą, że to ziemie odwiecznie germańskie, ci ze wschodu – że odwiecznie polskie". Tymczasem – tłumaczy dalej autorka – chodzi o „fascynujący tygiel żywiołów", do którego żadna z tych etykiet nie ma zastosowania. W epoce domagającej się jednoznacznych wyborów różnorodność bywała przekleństwem mieszkańców pogranicznej krainy. „Jak żyć w miejscu, w którym nie wiadomo, gdzie przebiegają granice między miastami, państwami, nacjami, kulturami, religiami, językami? Czasem dzielą jeden familok, kiedy indziej – jedną rodzinę. Jak podczas powstań śląskich, gdy – bywało – jeden brat walczył o polski Śląsk, a drugi – bronił jego niemieckości. Jak podczas okupacji, gdy jeden podpisywał volkslistę, by uniknąć Auschwitz, a drugi – z przekonania. Racje polskie i niemieckie splatają się na Śląsku w dramatyczny sposób. Bywa, że tych węzłów nie da się rozwiązać, trzeba je przeciąć. A po takiej operacji zostają rany, stresy, depresje, traumy. Taką cenę płacą bohaterowie tej książki". Jest ich trzynastu, nie ma wśród nich – może szkoda? – ani jednej kobiety, za to aż trzech hierarchów Kościoła katolickiego (kardynałowie August Hlond i Bolesław Kominek oraz ordynariusz katowicki biskup Herbert Bednorz). Jest nieznany u nas zupełnie gliwiczanin Oskar Troplowitz (1863–1918), wynalazca receptury pasty do zębów, plastra na skaleczenia i kremu Nivea. Są pisarze: Gustaw Morcinek (1891–1963), polski piewca tematu śląskiego; Horst Bienek (1930–1990), kolejny gliwiczanin, który – choć zmuszony po II wojnie do opuszczenia Śląska, w swej niemieckiej prozie pozostał mu wierny; Henryk Bereska (1926–2005), ucieleśnienie śląskiej podwójności, świetny tłumacz literatury polskiej na język niemiecki, osiadły po wojnie we wschodnim Berlinie. Tylko jeden z bohaterów – Michał Grażyński, uczestnik powstań śląskich z ramienia armii polskiej, wojewoda śląski od 1926 roku – nie był rodowitym Ślązakiem, a w książce znalazł się nie tyle nawet z racji wspomnianej funkcji, ile jako główny oponent najwybitniejszego ze śląskich polityków II RP, Wojciecha Korfantego. Politykiem był także Jerzy Ziętek (1901–1985); przed wojną sanacyjny burmistrz Radzionkowa, podczas wojny w Rosji, po wojnie członek partii i wieloletni rządca województwa katowickiego. Opolanin Edmund Osmańczyk (1913–1989), przedwojenny działacz mniejszości polskiej w Rzeszy, po wojnie publicysta akceptujący nową rzeczywistość i wieloletni poseł na Sejm PRL, w 1983 r. zagłosował przeciw delegalizacji „Solidarności", a życie zakończył jako „solidarnościowy" senator. Galerię otwiera urodzony w Łubowicach pod Raciborzem Joseph von Eichendorff (1788–1857), subtelny liryk i prozaik doby romantyzmu, zawłaszczony pośmiertnie przez ideologów niemieckiego nacjonalizmu i nazizmu. Zamyka ją urodzony w Szopienicach Kazimierz Kutz (rocznik 1929), nie tylko twórca współczesnej – wspaniałej! – wersji śląskiego mitu jako reżyser „Perły w koronie", „Soli ziemi czarnej" i „Paciorków jednego różańca", ale też najbardziej dziś znany w Polsce rzecznik spraw śląskich. W przedsłowiu do książki Kutz pisze: „Zaryzykuję i powiem: czuję się senatorem największej mniejszości narodowej bez uprawnień. Śląskość jest historycznie utrwalonym utrapieniem, ale to nie znaczy, żeby godzić się z nim w 50. roku istnienia Unii Europejskiej". „Gmach bardziej z horroru niż z sielanki" – mówi wybitny reżyser o budowli, w jaką układają się opowiedziane przez Aleksandrę Klich życiorysy. Niewiele tutaj dróg prostych, znacznie więcej powikłań, dylematów, pytań, tragicznych wyborów. Autorka, co w dobie triumfu „szkoły podejrzeń" nieczęste, portretuje swoich bohaterów z sympatią i wrażliwością, unikając łatwych sądów i pokazując, jak wielką cenę płacili czasem za swoje słabości. By wspomnieć tylko Gustawa Morcinka, który po wojnie zgodził się posłować, a potem nie odważył się odmówić, gdy polecono mu zgłosić z trybuny sejmowej wniosek o przemianowanie Katowic na Stalinogród... Wiele w tych biografiach paradoksów – jak w przypadku kardynała Kominka, który zaraz po wojnie jako administrator diecezji opolskiej odbudowywał struktury tamtejszego Kościoła, równocześnie go polonizując, a dwadzieścia lat później, jako inicjator i główny autor listu biskupów polskich do niemieckich, stał się architektem polsko-niemieckiego pojednania. Biskup Herbert Bednorz, twardy wobec władzy komunistycznej – jako zwierzchnik budził nie tylko respekt, ale wręcz strach, a z prymasem Wyszyńskim wyraźnie się nie lubili. Aleksandra Klich waży racje, zderza ze sobą przeciwstawne oceny. Czy prymas Hlond powinien był w 1939 roku opuszczać Polskę? Czy Jerzy Ziętek to utalentowany i skuteczny administrator, który w imię dobra Śląska włączył się w powojenną grę polityczną pod batutą komunistów, czy też – jak chce Michał Smolorz – „śląski batiuszka", który „miał swoją szansę na sukces wyłącznie dzięki komunistycznemu bezprawiu"? Czy rozmaite powojenne wypowiedzi i decyzje Edmunda Osmańczyka były świadectwem oportunizmu czy raczej wyrazem „śląskiego pragmatyzmu"? Jak notował w swoim dzienniku Stefan Kisielewski: „Osmańczykowi chodzi o Śląsk Opolski – tam się wychował, tam marzył o przyłączeniu do Polski i oto rzecz się stała. A w jakich warunkach ogólnych – to go już nie obchodzi". Aleksandra Klich, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest dziennikarką „Gazety Wyborczej". Tam właśnie miały swój pierwodruk reportaże, które teraz, w zmienionej postaci, znalazły się w książce. Świetnie skomponowane, dopełnione dwiema rozmowami, układają się w całość wyrazistą i wciągającą. Czuje się, że nie powstały na zamówienie, ale są efektem pasji, że autorka pisała je, by lepiej zrozumieć nie tylko portretowanych, ale i najnowszą historię Śląska; bo to, jak rozumiem, także i jej kraj rodzinny. Lektura budzi ochotę na ciąg dalszy; mam nadzieję, że autorka nie porzuci tematu i doczekamy się na przykład portretu śląsko-niemieckiego pisarza Augusta Scholtisa, którego obraz wydarzeń na Górnym Śląsku po I wojnie światowej nie spodobał się narodowcom z obu stron. Albo Teofila Ociepki – maszynisty z kopalni „Wieczorek", miłośnika wiedzy tajemnej i niezwykłego malarza „naiwnego". Marzy mi się też, by ktoś napisał podobny tom reportaży historyczno-biograficznych o Śląsku Cieszyńskim. Ale to już osobna historia – a razie zachęcam do czytania „Portretów ze Śląska"! (Wydawnictwo i Agencja Informacyjna WAW, Racibórz 2007, ss. 250. Współautorem portretów Gustawa Morcinka i Edmunda Jana Osmańczyka jest Marek Baster, a portretów Horsta Bienka i Henryka Bereski – Michał Smolorz.)
Proza Filipowicza wprawia mnie jednocześnie w zachwyt i konfuzję. Nie ma w tym motywów osobistych: pamiętam oczywiście imponującego, wysokiego mężczyznę w białym kożuchu, wiedziałem, jak ważną rolę pełni w środowisku krakowskich pisarzy, nigdy go jednak nie poznałem. Ale źródła zachwytu nie wysychają: kiedy kilka miesięcy temu udało mi się – z czysto bibliofilskich pobudek – kupić na aukcji internetowej pierwsze wydanie „Pamiętnika antybohatera”, z czarno-białą obwolutą projektu Kazimierza Mikulskiego i autorską dedykacją dla nieznanego mi Staszka, natychmiast zabrałem się za ponowną lekturę – i odłożyłem książkę dopiero, gdy dotarłem do ostatniej strony. Kiedy teraz wziąłem do ręki „Cienie” – dokonany przez Wisławę Szymborską wybór dwunastu opowiadań Filipowicza, zilustrowany rysunkami Marii Jaremy, pierwszej żony autora – sytuacja się powtórzyła. A skąd konfuzja? Bo tę fascynację trudno wytłumaczyć, zwodnicza prostota pisarstwa Filipowicza tego nie ułatwia i szukając argumentów można popaść w banał. Dlatego chcąc uniknąć banałów, wolę podeprzeć się sądami innych. Stanisław Balbus w szkicu „Sztuka małej prozy”, zamieszczonym w czwartym numerze krakowskiego miesięcznika „Pismo” (czerwiec 1981), pisał: „Twórczość Kornela Filipowicza, która nie wiedzieć czemu zyskała sobie opinię skromnej i kameralnej, potrafi wprowadzić w zdumienie nie tylko bezprzykładną rozmaitością swoich zainteresowań tematycznych, lecz zwłaszcza bogactwem form ekspresji i pełną niespodzianek wirtuozerią formalną. Obce jest jej tylko arywistyczne efekciarstwo”. A pod koniec wnikliwej analizy stwierdzał, że „drobiazgi”, „marginalia” i „pozornie nieistotne szczegóły”, którymi zajmuje się Filipowicz, tworzą „zadziwiająco bogatą i różnorodną tkaninę, która przedstawia obszerną epicką panoramę współczesnego świata”. W rezultacie „skrzętna, mrówcza, cyzelatorska praca, korzystająca raczej z zegarmistrzowskiej lupy niż z polowej lunety, tworzy w ostatecznym efekcie obraz, który czytelnik – chcąc go ogarnąć w całości – musi oglądać przez lunetę”. „Cienie” pokazują fragment „epickiej panoramy”, mianowicie wątek żydowski, obecny w niej od „Krajobrazu niewzruszonego” (1948), aż po wydane na rok przed śmiercią Filipowicza „Rozmowy na schodach”. Tom otwiera opowiadanie „Krajobraz, który przeżył śmierć”. To historia dwojga ludzi: mężczyzny, który ocalał ze zbiorowej egzekucji, „jako jeden z niewielu wyniósł życie z zagłady przypadkiem, jakiego mogła dostarczyć masowa śmierć, dzięki wyjątkowi dającemu pojęcie o ilości istot, które trzeba było zabić, aby mogło zaistnieć jedno nieprawdopodobne ocalenia” – i jego żony, której życie „odbyło jakąś odwrotną drogę w porównaniu z jego życiem”, bowiem nie zdołała się uratować, choć otaczali ją ludzie życzliwi i gotowi do pomocy. Utwór dedykowany został Jonaszowi S., czyli Jonaszowi Sternowi, wybitnemu malarzowi, członkowi przedwojennej i powojennej Grupy Krakowskiej – to jego historia została tutaj opowiedziana. Czerpiąc z historii prawdziwych i własnej biografii – w zamykającym tom „Opowiadaniu z epilogiem” nietrudno rozpoznać autora i jego żonę Marię Jaremę, a w scenerii, w której opowiadanie się toczy, rodzinny dom Jaremów na Woli Justowskiej – Filipowicz świadomie zamazuje realia, uniwersalizuje swoje opowieści. I ujmuje temat od bardzo różnych stron. Próbuje – jak w „Krajobrazie...” czy w późniejszym „Genialnym dziecku” – od wewnątrz opisać sytuację ofiar. Pokazuje – jak w „Chlebie oddanym” i „Niech nie wie lewica...” – heroiczne postawy tych, którzy starali się im pomóc. Dotyka też kwestii źródeł antysemityzmu i mechanizmów jego rozbudzania. W opowiadaniu „Mój ojciec milczy” akcja toczy się przed wojną w prowincjonalnym mieście. Na miejscowym boisku rozgrywa się mecz piłki nożnej między Piastem a Makkabi. Zawodnicy Makkabi grają nieefektownie – ale wygrywają, i to z miażdżącą przewagą. No i zaraz pojawia się „człowiek wysoki, chudy, o pooranej twarzy i łysej opalonej czaszce, przez którą biegła blizna jak od cięcia szablą”, by wytłumaczyć polskim kibicom, że przyczyną wygranej żydowskiej drużyny było... zatrute piwo, którym poczęstowano zawodników Piasta. Napięcie narasta, zaczyna się pogoń za zwycięzcami, klimat staje się coraz bardziej pogromowy. I słowa ojca narratora – „Różne paskudne rzeczy w historii zaczynały się od bicia Żydów” – nabierają, jak cała twórczość Filipowicza, uniwersalnego znaczenia. „Światopogląd” dzieje się w domu starców, już po wojnie. Bohater, pan Omulski, przeżywa dramatyczny przełom; współlokator z pokoju zmarł, jego miejsce ma zająć ktoś nowy. Gdy ów przybysz się pojawia, odprowadzany przez bratanka, wstrząs jest straszny: obaj zamiast nosów mają „dwa ohydne twory, garbate, sterczące do przodu, a potem zagięte w dół, podobne do dziobów drapieżnych ptaków”. Po powrocie z wakacji przyjaciela pana Omulskiego, byłego ministra Horwata, okaże się, że przybysz, pan Szymonowicz, wcale nie jest Żydem, ale ziemianinem ormiańskiego pochodzenia, bliskim krewnym arcybiskupa lwowskiego. To jednak bohatera nie uspokoi – wewnętrzny spokój odzyska dopiero przyjąwszy pewną definicję: „wszyscy ludzie, którzy podobni są do Żydów, choć nimi nie są, w istocie nimi są”. I pewnie dla wyrównania rachunków w kolejnym opowiadaniu każe Filipowicz sparaliżowanemu panu Omulskiemu wysłuchać przedśmiertnych monologów umierającego Natana Ruffa... Zapowiedziałem cytaty: więc przytoczę jeszcze dwa, oddzielone półwieczem. Recenzując „Krajobraz niewzruszony”, pisał Kazimierz Wyka w „Pograniczu powieści” (rok 1948): „Psychologizm Filipowicza, choć jest najdalszy od moralizatorstwa, posiada wyraźną barwę moralną. Pisarz nie dla ciekawości poznawczej bada przebiegi psychiczne, lecz dla ich roli w obrębie decyzji moralnych człowieka. Ta książka zdecydowanego materialisty i ateusza jest tak moralna, tak skłonna nawet do skrupulanctwa, że krytyk podobnej nie umie wskazać w prozie nie tylko powojennej”. Niedawno zaś pisał Jerzy Pilch: „Kornel Filipowicz był na dobrą sprawę jedynym w polskiej prozie współczesnej twórczym kontynuatorem czechowowskiego sposobu pisania. Ta sama ostrość, ironia, współczucie, podobne widzenie świata. I to samo mistrzostwo”. Nic dodać, nic ująć. (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, ss. 206.) Julian Barnes: ARTHUR & GEORGE Jest późna jesień roku 1906. Czterdziestosiedmioletni Arthur Conan Doyle, pogrążony w depresji po śmierci żony, otrzymuje list od nieznanego sobie trzydziestoletniego George'a Edalji. Odkąd pisarz powołał do życia postać genialnego detektywa Sherlocka Holmesa, zasypywany jest listami z prośbą o rozwiązanie rozmaitych zagadek kryminalnych, zawsze jednak odmawia. Tym razem jest inaczej; list popycha go do działania, a kampania, w którą się zaangażuje, wyrwie go z psychicznego odrętwienia i wpłynie na jego dalsze życie. 2007-07-03 Julian Barnes, rocznik 1946, dobrze już u nas znany prozaik angielski, autor między innymi „Papugi Flauberta", „Historii świata w dziesięciu i pół rozdziałach" i „Jeżozwierza", w najnowszej, dziesiątej z kolei powieści oparł się na historii autentycznej, budując wielowątkową, rozległą (blisko 600 stron!), dość przy tym tradycyjną konstrukcję. Fascynujący portret epoki jest zarazem studium psychologicznym i traktatem o niebezpieczeństwach bycia innym w społeczności, która tę inność z trudem akceptuje – dotyka więc problemu i dziś niestety aktualnego. George Edalji istniał naprawdę, choć jego przypadek znany był dotąd głównie badaczom dziejów brytyjskiego systemu prawnego. Przywoływano go też czasem w związku ze sprawą Dreyfusa; mimo że w przeciwieństwie do niej nie wywołał politycznego trzęsienia ziemi, chodziło także o rażąco niesprawiedliwy wyrok mający w podtekście uprzedzenia rasowe. Ojciec George'a, Shapurji Edalji, wywodził się ze społeczności mieszkających w Bombaju Parsów. Nawrócony na anglikanizm, został duchownym, ożenił się ze Szkotką Charlotte Stoneham i objął parafię Great Wyrley w hrabstwie Staffordshire. Tutaj urodził się i wychował – jako stuprocentowy Anglik – jego najstarszy syn. Mały George przepytywany przez ojca recytuje jak mantrę coś w rodzaju angielskiego odpowiednika wiersza Bełzy „Kto ty jesteś?". A zapytany po latach przez naczelnika więzienia o Bombaj, miasto swoich przodków po mieczu, odpowie: „Niestety, nigdy nie wyjeżdżałem z Anglii. Byłem jedynie w Walii"... Z jednej strony późnowiktoriańska imperialna Anglia jawi się tu jako państwo otwarte: Hindus obejmuje parafię na angielskiej prowincji, jego syn kończy studia prawnicze, otrzymuje posadę w Birmingham, nawet w więzieniu nie spotyka się z szykanami z racji pochodzenia. Z drugiej – dla społeczności lokalnej Edalji pozostają obcymi i stają się obiektem agresji mniej lub bardziej anonimowych dręczycieli. Ciemna karnacja i niezakorzenienie w otoczeniu będą miały niewątpliwy wpływ zarówno na niesłuszne oskarżenie George'a o okaleczanie krów i koni, jak i na przebieg śledztwa i procesu, w wyniku którego uznano go winnym i skazano na siedem lat ciężkich robót. Zwolniony po trzech latach, nie zostaje jednak oczyszczony z zarzutów, musi meldować się na policji i nie może podjąć ponownie pracy w zawodzie prawniczym. Wtedy właśnie decyduje się napisać do Arthura Conan Doyle'a... Dodać trzeba, że ich spotkanie na kartach powieści dokonuje się już poza jej połową. Do tej chwili Barnes prowadzi narrację po dwóch równoległych torach, opowiadając historię życia obu bohaterów od lat dziecinnych. Powstają w ten sposób dwa portrety ludzi, którzy – choć skrajnie odmienni – ucieleśniają pewne cnoty łączone zwykle z pojęciem angielskości czy brytyjskości. George, powściągliwy, opanowany i zdystansowany wobec świata, wierzy w prawo i ze stoicyzmem znosi opresje, w jakich się znalazł, choć oczywiście narasta w nim gorycz. Arthur, sportsmen, patriota broniący dobrego imienia Anglii podczas wojny burskiej, jest miłośnikiem tradycji rycerskich i fanatycznym wyznawcą religii honoru. A przy tym i on, choć w mniejszym stopniu niż Edalji, przychodzi niejako z zewnątrz – za sprawą irlandzko-szkockiego pochodzenia i katolickiego wychowania w szkołach jezuickich. Później zaś, choć obdarzony tytułem szlacheckim przez Edwarda VII, następcę królowej Wiktorii, i cieszący się powszechnym szacunkiem („szlachcic, przyjaciel króla, zwycięski wojownik imperium i zastępca lorda gubernatora hrabstwa Surrey"), nie do końca wypełnia stereotypowy wzór angielskiego dżentelmena; zbyt jest impulsywny, no i nazbyt jawnie oddaje się spirytystycznym pasjom zafascynowany zagadką naszego pośmiertnego bytu. Zamknięty w sobie George pozostaje do końca po trosze enigmą, choć Barnes stara się ożywić jego sylwetkę i niezwykle szczegółowo rekonstruuje przebieg jego procesu. Wizerunek Arthura jest bogatszy w odcienie, a szczególną rolę pełni tu postać Jean Leckie. Pisarz spotkał ją za życia pierwszej żony, Louise, i choć od razu zakochał się z wzajemnością, związek pozostawał przez dziewięć lat platoniczny – do śmierci chorującej na gruźlicę Louise. Wieloletnia gra pozorów i ukrywanie uczucia omal nie doprowadziły do katastrofy; dopiero zaangażowanie w sprawę George'a Edalji przywróciło Doyle'owi równowagę emocjonalną. Świadoma tego Jean dziękuje George'owi podczas przyjęcia weselnego. George nie wie, za co jest mu wdzięczna; podobnie zresztą jak Arthur nie wie, że pierwsza żona wiedziała o jego nowym uczuciu i – pogodzona ze śmiercią – uprzedziła córkę, że ojciec ożeni się ponownie właśnie z Jean Leckie... Jest jeszcze jeden, dość osobliwy związek, w jaki uwikłał się Arthur Conan Doyle: związek ze stworzoną przez siebie postacią. Sherlock Holmes, wzorowany na doktorze Josephie Bellu, nauczycielu Arthura podczas jego studiów medycznych w Edynburgu, przyniósł swemu twórcy sławę i pieniądze. Sam Conan Doyle jednak wyżej od opowiadań detektywistycznych cenił swoje powieści historyczne, Holmesa próbował nawet uśmiercić, dopiero chór protestów sprawił, że przywrócił go życiu. W tym samym roku, w którym detektyw runął w szwajcarską przepaść wraz z demonicznym profesorem Moriartym, w zakładzie dla obłąkanych zmarł ojciec Arthura – nałogowy alkoholik i niezły malarz – a u jego żony rozpoznano galopujące suchoty. „Londyńskie gazety nie zamieściły nekrologów Charlesa Doyle'a, ale za to jednym głosem protestowały przeciwko śmierci nieistniejącego detektywa... Arthurowi zdawało się, że świat zwariował: ojciec leżał w grobie, dni żony były policzone, a młodzi ludzie pracujący w City nosili na kapeluszach czarne opaski na znak żałoby po Sherlocku Holmesie"... Gdy jednak autor „Studium w szkarłacie" zaangażuje się w kampanię na rzecz George'a Edalji, upodobni się do swojego bohatera, metodą dedukcji dowodząc niewinności skazanego prawnika. I odniesie sukces, choć niepełny: orzeczenie powołanej specjalnie komisji będzie bowiem wyjątkowo pokrętne, Edalji nie otrzyma odszkodowania za niesłuszne uwięzienie, odzyska jednak dobre imię i wróci do zawodu. Wznosząc gmach swej powieści, Barnes sięgnął po budulec autentycznych faktów; czyż jednak w kluczowym jej wątku nie triumfuje potęga fikcji, potęga wyobraźni? (Świat Książki, Warszawa 2007, ss. 590. Przeł. Joanna Puchalska. Czwarty tom serii „Lemur" prezentującej współczesną prozę światową.) ***
***
***
***
***
Jerzy Forster: PODRÓŻ NAOKOŁO ŚWIATA *** Marta Wyka: PRZYPISY DO ŻYCIA
***
TEN JEST Z OJCZYZNY MOJEJ. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945. Opracowali Władysław Bartoszewski, Zofia Lewinówna
***
Stanisław Barańczak: FIOLETOWA KROWA. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej
*** Aleksander Gieysztor: MITOLOGIA SŁOWIAN Małgorzata Jackiewicz-Garniec, Mirosław Garniec: ZAMKI PAŃSTWA KRZYŻACKIEGO W DAWNYCH PRUSACH. POWIŚLE, WARMIA, MAZURY
„Pierwszy typ – pisze Mirosław Garniec – to najważniejszy i najpotężniejszy zamek, siedziba komtura i konwentu klasztornego, oparty na wypracowanym pod koniec XIII w. wzorcu". Wpływ zamków konwentualnych widać także w siedzibach biskupich, jak Lidzbark Warmiński i Kwidzyn. Typ drugi stanowią „zamki urzędników krzyżackich podległych komturom – wójtów, niższych rangą prokuratorów i najniższych w hierarchii komorników". Program architektoniczny tych warowni – które nie były już siedzibami klasztorów – odpowiadał pozycji urzędu w hierarchii państwa. Dzieje Zakonu Niemieckiego i ich państwa w Prusach przedstawia we wprowadzeniu historyk dr Janusz Trupinda. O architekturze zamków krzyżackich i pełnionych przez nią funkcjach, nie tylko obronnych, pisze prof. Marian Arszyński, a o typach zamków – Marian Garniec. „Grupę zamków krzyżackich w Prusach jako zjawisko całościowe cechuje na tle ogólnoeuropejskim nie tylko niezwykła jednorodność formalna, ale także wyjątkowa oryginalność" – zauważa prof. Arszyński. Zasadniczą część tomu stanowią alfabetycznie ułożone hasła poświęcone kolejnym zamkom. Nie wszystkie wyglądają dziś tak imponująco, jak wspomniany Malbork czy choćby Reszel. Niektóre zachowały się tylko fragmentarycznie, po innych – zniszczonych niekiedy jeszcze w latach wojny trzynastoletniej, jak zamek w Garbnie – nie pozostał ślad i zlokalizować je można tylko na podstawie badań archeologicznych. Ze zburzonego w 1454 r. przez mieszczan zamku komturskiego w Elblągu ocalała jedynie... słodownia. Strażnica w Bezławkach w XVI wieku zaadaptowana została na kościół. Na średniowiecznych piwnicach zameczku myśliwskiego w Jegławkach wybudowano w XIX wieku neogotycki pałac. Okazały zamek kapituły pomezańskiej w Szymbarku do 1945 r. był zamieszkany, przetrwał też działania wojenne, ale w kwietniu 1945 r. go podpalono, a dwa lata później częściowo wysadzono w powietrze i dziś jest malowniczą ruiną... Trzeba więc mozolnie odtwarzać pierwotny wygląd budowli. By czytelnikowi ten wygląd unaocznić, autorzy nie tylko reprodukują dawne sztychy, ale też posługują się specjalnie sporządzonymi rysunkowymi i malarskimi rekonstrukcjami; te ostatnie wystylizowano na pejzażyki, jakby ze średniowiecznych obrazów ołtarzowych. No i oczywiście jest całe mnóstwo współczesnych, bardzo ładnych i doskonale zreprodukowanych fotografii. „Zamki..." to druga praca autorskiej pary – pierwsza, poświęcona „Pałacom i dworom dawnych Prus Wschodnich", spotkała się z dobrym przyjęciem zarówno fachowców (chwalił ją bardzo śp. Tadeusz Chrzanowski), jak i zwykłych czytelników, doczekała się też przekładu na język niemiecki. Małgorzata Jackiewicz-Garniec jest historykiem sztuki, Mirosław Garniec ukończył malarstwo na uniwersytecie w Toruniu, zajmuje się fotografią i projektowaniem graficznym. Swoje książki wydają we własnej oficynie. W planach mają tom trzeci dotyczący architektury sakralnej – pozostaje życzyć powodzenia! (Studio Wydawnicze Arta, Olsztyn 2007, ss. 448. Malowane i rysunkowe rekonstrukcje zamków: Bożena Januszewska, Katarzyna Wolska.)
Oczywiście Umberto Eco nie był pierwszym pisarzem, który skrzyżował powieść kryminalną z historyczną (dorzucając przymieszkę traktatu filozoficznego) – jednak olbrzymi sukces prozatorskiego debiutu uczonego na pewno rozbudził zainteresowanie czytelników tego rodzaju literaturą, no i zachęcił naśladowców, których dzisiaj mamy legion. Produkcja ich jest bardzo zróżnicowana, zarówno jeśli chodzi o odmiany gatunkowe, jak i ambicje artystyczne. Trudno przecież porównywać wielopłaszczyznową, opartą na świetnej znajomości myśli średniowiecznej grę literacką, jaką jest „Imię róży", z bałamutną w sferze faktów, skrajnie zideologizowaną i dosyć w gruncie rzeczy marną opowiastką Amerykanina Dana Browna (rocznik 1964), która nieoczekiwanie stała się największym bestsellerem lat ostatnich. Cóż, potomstwo bywa bardziej lub mniej udane... *** Ross King (rocznik 1962), Kanadyjczyk, który w 1992 r. przeniósł się do Anglii i mieszka dziś w Woodstock koło Oksfordu, ambicjami swymi sytuuje się zdecydowanie bliżej Eco niż Browna. Opublikował dwie książki o włoskim renesansie: jedna, „Brunelleschi's Dome", poświęcona jest budowie katedry we Florencji, druga, „Michelangelo and the Pope's Ceiling" – freskom Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. W kolejnej („The Judgment of Paris") zajął się epoką narodzin impresjonizmu w malarstwie, portretując dwóch francuskich artystów z przeciwnych obozów – Meissoniera i Maneta. Pierwsza jego powieść, „Domino", ma za tło Londyn drugiej połowy XVIII wieku. Rozrzut zainteresowań dosyć imponujący. Akcja „Ekslibrisu" rozpoczyna się również w Londynie, tyle że sto lat wcześniej. Jest rok 1660, dopiero co zakończyła się burzliwa epoka rewolucji i rządów Cromwella (jego ciało zostanie wkrótce wywleczone z grobu w opactwie westminsterskim), przywrócono monarchię, a tron objął Karol II Stuart. Narrator, czterdziestoletni samotny wdowiec Isaac Inchbold, wiedzie życie spokojne i kontemplacyjne, z dala od spraw publicznych, w otoczeniu ksiąg – jest bowiem właścicielem jednej z księgarń na London Bridge. Jej siedziba, położony pośrodku mostu Nonsuch House, stanowi zarazem mieszkanie Inchbolda i jego pomocnika. Dodajmy, że Inchbold doskonale zna się na swoim fachu i należy do tego gatunku księgarzy, którzy książkami nie tylko handlują, ale też je czytają, a nawet kochają. Astmatyk, chromający na jedną nogę, nie opuszcza właściwie Londynu. Gdy jednak otrzyma list od Alethei Greatorex, lady Marchamont, zapraszający „w przygnębiających sprawach nie cierpiących zwłoki" do jej siedziby w Dorsetshire – wiedziony niezrozumiałym impulsem wybierze się w niezwykłą dla siebie wyprawę, by odwiedzić nieznaną kobietę, jak się okaże – niezwykłą i nieco ekscentryczną. Wizyta w Pontifex Hall – podupadłym za czasów rewolucji cromwellowskiej pałacu ze wspaniałą, choć również podupadłą biblioteką oraz tajemniczym laboratorium – i zlecenie, jakie Isaac otrzyma od Alethei, staną się początkiem łańcucha wydarzeń, które narażą go na niejedną przygodę, a których sens zarówno bohater, jak i czytelnik poznają dopiero na ostatnich kartach. Intrygi oczywiście nie zdradzę, wspomnę tylko, że kluczem do niej jest postać nieżyjącego już (zamordowanego!) ojca lady Marchamont, sir Ambrose'a Plessingtona, który wśród wielu innych zajęć trudnił się pozyskiwaniem rzadkich ksiąg – przede wszystkim dla praskiej biblioteki Rudolfa II, cesarza-alchemika. Równolegle zaś z opowieścią Inchbolda toczy się w książce narracja o cztery dekady wcześniejsza. Rozpoczyna się ona na praskich Hradczanach w początku wojny trzydziestoletniej, w ostatnich tygodniach panowania „zimowego króla" Ferdynanda, elektora Palatynatu powołanego na tron w Pradze przez stany czeskie. Towarzyszymy parze zakochanych – bibliotekarzowi z Hradczan Vilémovi Jiraskowi i Emilii Molyneux, dwórce żony „zimowego króla", Elżbiety Stuart – w ich odysei wraz ze skrzyniami pełnymi, jakże by inaczej, ksiąg z cesarskiej biblioteki. Celem będzie Anglia i nietrudno się domyślić, że obie historie mają ze sobą ścisły związek. Fabularne rusztowanie podtrzymuje rozległy, pełen szczegółów i pobocznych wątków obraz burzliwej epoki, rozdzieranej konfliktami religijnymi i politycznymi, rywalizacją między katolickim cesarzem i protestanckimi książętami Rzeszy, Anglią i Hiszpanią, epoki tajemnych praktyk alchemicznych i wspaniałego rozwoju nauki. Mamy tu sir Waltera Raleigh i jego wyprawę do Gujany; pisma hermetyczne i odkrycia Galileusza; pokaźną dawkę wiedzy z dziedziny kartografii, kryptologii, funkcjonowania poczty (i cenzury listów), techniki produkcji papieru i wyrobu atramentów zwykłych oraz sympatycznych. Do tego smakowite opisy ksiąg, ich rozmaitych wydań i opraw – erudycyjny labirynt, w którym można się zgubić (zbyteczne chyba dodawać, że prawdziwy labirynt, ogrodowy, również odegra pewną rolę w akcji). Jak w każdym thrillerze, napięcie narasta, a zarówno biedny Isaac, jak i my sami dajemy się zwieść mylnym tropom. Jeśli powraca wciąż wątek dzieł składających się na „Corpus hermeticum", nie musi to wcale znaczyć, że „Ekslibris" okaże się kolejną powieścią poświęconą depozytariuszom ezoterycznej wiedzy tajemnej. Zresztą zdecydowanie racjonalistyczne poglądy Inchbolda (pisma alchemiczne to dlań „baliwernie szarlatanów") powinny dać czytelnikowi do myślenia... Ów sympatyczny i nadzwyczaj oczytany bohater, który wyrusza w świat niczym Don Kichot (nie przypadkiem w jednej ze scen czyta angielski przekład powieści Cervantesa!), zdaje się być czasem wyposażony w rodzaj nadświadomości; jego wiedza o rzeczywistości i zdolność jej całościowej oceny przekracza chyba perspektywy człowieka jego czasów. Zdarza się też, że z kolei erudycja autora budzi wątpliwości – czy w 1660 roku w Londynie mogły już istnieć kawiarnie??? Nie zmienia to faktu, że powieść wciąga, a opisy rozmaitych zakamarków siedemnastowiecznej angielskiej metropolii bywają wprost niezrównane, zwłaszcza że uwzględniają także efekty zapachowe. „Wonie wiodą nas w przeszłość żywiej i skuteczniej niż inne bodźce" – stwierdza Isaac, któremu „swojskie aromaty oliwy cedrowej i lanoliny z żywicznym akcentem świeżego drewna" w odnawianej właśnie bibliotece lady Marchamont przywiodły na myśl ukochaną księgarnię. W przypadku Londynu nie chodzi jednak raczej o zapachy miłe – jeden z rozdziałów rozpoczyna się brawurowym opisem porannego smogu zalegającego nad miastem. „Sadza już powlekła połcie wędzonego bekonu wiszące nad Leadenhall Market, podobnie wszystkie kołnierzyki, ronda kapeluszy, markizy i parapety okienne, jak miasto długie i szerokie. A zanosiło się, że będzie jeszcze gorzej; już wczesny poranek był zapowiedzią skwaru, gdzie zaś skwar, tam smród. Odór szlamu mieszał się nad Tamizą ze słodszymi wyziewami melasy, cukru i rumu napływającymi z na wpół walących się składów i wytwórni bezładnie stłoczonych na nabrzeżach i z drażniącą wonią wodorostów i ślimaków zostawionych przez odpływ. Z wiatrem ze wschodu, niezwykłym o tej porze roku, niósł się w górę rzeki cuchnący obłok, zasnuwał bezkresną siatkę ulic zabudowanych domami z cegły, uliczek i podwórzy nie znających słońca, wdzierał się w uchylone drzwi, okna, w każdy zakamarek i wnękę"...
*** „Ekslibris" przynosi więc godziwą rozrywkę na niezłym literacko poziomie. I przesłanie miłe sercu każdego bibliofila: oto wiedza zapisana w księgach bywała tak cenna, że stawały się one przedmiotem rywalizacji największych potęg świata. (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2007, ss. 414. Przekład Wojsław Brydak.)
Te dwa nazwiska nikomu poza specjalistami nic nie mówią, dalej jednak obok twórców zapomnianych – ich wydobywanie z niepamięci to jedna z zalet antologii tematycznych – pojawiają się postaci trwale zapisane w historii literatury. Są więc romantycy: zafascynowany Tatrami Goszczyński, Pol („Jak potopu świata fale,/ Zamrożone w swoim biegu,/ Stoją nagie Tatry w śniegu,/ By graniczny słup zuchwale!"), Lenartowicz. Jest komediopisarz Michał Bałucki z nieśmiertelnym „Dla chleba" („Góralu! czy nie jest ci żal...") i pozytywista Asnyk, który w wierszu „Maciejowi Sieczce" polemizuje z romantyczną idealizacją gór. „U Morskiego Oka" Felicjana Faleńskiego przypomina, jak bardzo niedoceniony jest to pisarz. No i oczywiście mamy hufiec wybitnych Młodopolan, na czele ze sławniejszym krewniakiem Józefa Tetmajera, z Kasprowiczem, Orkanem, Staffem i Jerzym Żuławskim, z kilkoma genialnymi lirykami Micińskiego i przejmującym listem poetyckim Wyspiańskiego („Nad Morskim Okiem! – jakże ci zazdroszczę,/ że tam stoicie w zimnie, ostrym wichrze,/ w powietrzu świeżych barw – gdy ja tu/ poszczę, patrząc na kurhan w sinej mgle – za szybą"...). Epoka Młodej Polski to kulminacja tatrzańskich fascynacji w naszej literaturze, czas, kiedy były one jednym z wątków głównego jej nurtu. Później też nie brak ważnych nazwisk (Pawlikowska-Jasnorzewska, Liebert, Czechowicz) i zdarzają się wiersze tak świetne (i tak różne!), jak „Z Tatr" Przybosia, „Hawrań i Murań" Broniewskiego czy „Powiedziała mi stara góralka..." Iwaszkiewicza, a fragment „tatrzański" jako element nostalgicznego obrazu ojczyzny znalazł się w „Wierzbach w Ałma-Acie" Wata. Widać jednak wyraźnie, że ów temat schodzi na plan dalszy. Tym mocniej może brzmią głosy tych poetów, dla których doświadczenie Tatr jest ważnym elementem własnego doświadczenia egzystencjalnego. I na pewno rację ma Michał Jagiełło, gdy żarliwie zapewnia, że to źródło wcale – jak twierdzą niektórzy – nie wyschło... (Biblioteka Narodowa i Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 560. Książka bogato zilustrowana pięknymi, często archiwalnymi fotografiami z Tatr; na końcu biografie autorów.)
Awantura miała – jakżeby inaczej – swoją polską odsłonę i nic nie pomogły zasługi Grassa dla polsko-niemieckiego pojednania. Wziął w niej nawet udział Lech Wałęsa, który oświadczył, że Grass powinien się zrzec obywatelstwa honorowego Gdańska, ale na szczęście szybko się wycofał z tego żądania i przyjął wyjaśnienia współ-noblisty. Spóźnioną czkawką po ubiegłorocznych wydarzeniach stało się niedawne zbojkotowanie przez gdańskich radnych Prawa i Sprawiedliwości uroczystości ku czci Grassa, który przed swymi osiemdziesiątymi urodzinami, przypadającymi 16 października, odwiedził Gdańsk. Zważywszy, że jubileusz obchodzi największy po Schopenhauerze pisarz wywodzący się znad Motławy, który rodzinne miasto unieśmiertelnił w swojej prozie i zawsze podkreślał swoje kaszubskie korzenie – gest wyjątkowo głupi. Nie o literaturę jednak szło, tylko o politykę, nie o pisarza, tylko o osobę publiczną. Tymczasem twórczość Grassa pozostanie żywa także i wtedy, gdy i jego publiczne zaangażowania, i ubiegłoroczna awantura przejdą do historii. A „Przy obieraniu cebuli" należy do najlepszych jego dzieł. Prostoduszne czytanie tej książki jako tomu wspomnień jest nieporozumieniem. Mamy tu, owszem, rozliczenie autora z własnym życiem – a ściślej z tą jego częścią, w której uformował się Grass-twórca – dokonane jednak bardzo wyrafinowanymi środkami. Być może rację ma Tadeusz Dąbrowski, który omawiając w „Dzienniku" nowe dzieło Grassa uznał je za kolejną jego powieść; tym razem bohaterem byłby sam autor. Wydarzenia rozgrywające się pomiędzy rokiem 1939, kiedy wybuch wojny przyniósł początek końca dotychczasowego świata, a rokiem 1959, kiedy ukazał się „Blaszany bębenek", opowiedziane zostały niby to „po Bożemu", chronologicznie. Codzienność rodzinnego domu we Wrzeszczu, służba w Arbeitsdienście, ochotnicze zgłoszenie się do wojska, wcielenie do owej nieszczęsnej dywizji pancernej „Frundsberg", szkolenie, front, szpital i amerykański obóz jeniecki, którego więźniowie (w tym także opowiadający) wciąż nie chcą przyjąć do wiadomości niemieckich zbrodni. Potem tułanie się po zrujnowanych Niemczech i mozolne budowanie nowego życia oraz nowej świadomości, praca w kopalni potasu i „światopoglądowe lekcje w migoczącym świetle karbidówek", odnalezienie ocalonych z Gdańska bliskich, praktyka w zakładach kamieniarskich przy cmentarzu w Düsseldorfie i mieszkanie w prowadzonym przez franciszkanów domu Caritasu, studia w düsseldorfskiej Akademii Sztuk Pięknych, podróże do Włoch i Paryża, przenosiny do Berlina, śmierć matki. Inicjacje erotyczne, pierwsze związki i ślub z Anną Schwarz, muzykowanie w nocnym lokalu, pisanie pierwszej powieści... Autor jednak sam na chronologię utyskuje i co chwila ucieka w dygresje. Jednym z ważnych wątków podejmowanych w książce jest nieciągłość naszej pamięci, która z reguły zachowuje sceny i obrazy, nie zaś składną, uporządkowaną opowieść. Innym – wielowarstwowość wspomnień (tytułowa metafora cebuli!), a także trudność w identyfikacji z samym sobą sprzed lat. Jeszcze innym, może najważniejszym – kłopoty pisarza, któremu własne dzieło pożarło biografię, a wymyślone postacie zaczynają się w niej szarogęsić, przywłaszczając sobie fragmenty życiorysu autora, a nawet próbując zmieniać fakty. „Jakież to rzeczy stają się materią opowiadania" – wzdycha autor, w innym zaś miejscu czytamy znamienne zdanie: „Kto pisze, ten wyzbywa się siebie". Gra z przeszłością i z własnym dziełem, którą Grass prowadzi na kartach „Przy obieraniu cebuli", ani nie służy samousprawiedliwieniu, ani nie jest ekshibicjonistycznym wyznaniem win. To próba zrozumienia siebie sprzed lat, próba odtworzenia mentalnej drogi, jaką się przeszło – i w poglądach politycznych, i w rozwoju artystycznym, powrót do chwil, w których choćby nieświadomie dokonywało się wyboru. Niby leitmotiv przewija się przez książkę prawdziwa czy też wyimaginowana scena rozmowy z obozowym kolegą imieniem Joseph, rówieśnikiem, bawarskim katolikiem, którego wiara „była tak silnie obwarowana jak kiedyś Wał Atlantycki"... Dominuje ton refleksyjny, choć czasem wyraźnie podszyty emocjami; z manierycznej nieco narracji wyłamuje się na przykład liryczny tren pamięci matki, jej piękny portret należy zresztą do najmocniejszych elementów książki. Beznamiętny opis wojny widzianej z żabiej perspektywy, oczami nastolatka, który znalazł się nagle pośrodku apokalipsy, odwołuje się do „Przygód Simplizissimusa" Grimmelshausena, arcydzieła prozy barokowej, a zarazem świadectwa koszmaru wojny trzydziestoletniej. Barokowa, mocno tkwiąca w realiach groteska obecna jest w scenach z obozu, gdzie wygłodzeni młodzi jeńcy słuchają wykładów... mistrza kuchni. A wszystko to – dzieje nastolatka zafascynowanego zwycięstwami Hitlera i wrzuconego w sam środek wojny, opisy potraw i wyimaginowane uczty, spotęgowana świadomość ciała czy wręcz mięsa (niemieckie Fleisch!), temat jazzu i temat cmentarzy, fascynacja barokiem i tak dalej – prowadzi nas oczywiście do powieści Grassa, do „Bębenka", „Psich lat", „Spotkania w Telgte", „Turbota", „Wróżb kumaka"... I nie wątpię, że będziemy do nich jeszcze wracać. (Polnord – Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2007, ss. 430. Przekład Sławomira Błauta, niezawodnego od lat tłumacza prozy Grassa.)
Z wieloma argumentami łatwo się zgodzić: owszem, ta legenda przesłoniła w masowej świadomości zasługi innych ludzi, którzy w okupowanej Polsce ratowali Żydów; owszem, pobudki działania Schindlera w pierwszych latach wojny nie do końca są jasne; owszem, piękna postać Emilie Schindler znalazła się niezbyt sprawiedliwie w cieniu męża. Można też wskazywać na nieścisłości wizji Spielberga, można dowodzić, że scena spisywania słynnej listy nigdy się w rzeczywistości nie rozegrała... Wszystko to jednak nie zmienia faktu podstawowego – jest nim blisko tysiąc stu ocalonych, z których większość przechowała pamięć o swoim wybawcy, przekazując ją potomkom. Aleksander Skotnicki – znakomity hematolog, profesor Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego – postawił sobie za cel właśnie ocalanie pamięci. Ta pasja ma źródła osobiste. Jego babka, Anna Sokołowska, nauczycielka nowosądeckiego gimnazjum, zginęła w obozie Ravensbrück, dokąd trafiła za ukrywanie Żydów, i ma dziś drzewko w jerozolimskiej Alei Sprawiedliwych. Jego mistrzem naukowym był prof. Julian Aleksandrowicz, który z racji żydowskiego pochodzenia znalazł się podczas wojny w krakowskim getcie. Sam prof. Skotnicki od wielu lat zajmuje się dokumentowaniem międzywojennych i wojennych losów polskich, a przede wszystkim krakowskich Żydów. „Ważnym wydarzeniem w moim życiu – pisze w przedmowie – było spotkanie z dwiema mieszkankami Krakowa pochodzenia żydowskiego, uratowanymi przez Oskara Schindlera... Głęboko przejęty ich niezwykłą historią oraz zbudowany ich niesłabnącym poczuciem wdzięczności wobec swego wybawiciela, postanowiłem nawiązać kontakt z innymi osobami, które przeżyły dzięki Schindlerowi". Dotarł do sześćdziesięciu „schindlerowców" albo ich rodzin. Czasem była to ostatnia sposobność do rozmowy – na przykład Moshe Bejski, po wojnie sędzia Sądu Najwyższego Izraela, który w 1962 r. przemawiał podczas bankietu zorganizowanego w Tel Awiwie na cześć Schindlera, zmarł w marcu 2007 r., nie doczekawszy wydania książki. Mamy więc zebrane przez autora relacje, zilustrowane obficie archiwalnymi i współczesnymi fotografiami – ale to tylko część pokaźnego tomu, który stanowi rodzaj silva rerum. Znalazł się tu życiorys Oskara Schindlera, historia okupowanego Krakowa ze szczególnym uwzględnieniem getta i obozu w Płaszowie oraz kronika dziejów Emalii, czyli fabryki na krakowskim Zabłociu, jesienią 1939 r. przejętej przez Schindlera, która miała się stać arką ocalenia dla tysiąca krakowskich Żydów. Są liczne fragmenty świadectw, opracowań historycznych i artykułów prasowych wcześniej drukowanych, włącznie z książką Kenneally'ego i tekstem Macieja Kozłowskiego, który już w 1984 r. zreferował jej zawartość czytelnikom „Tygodnika Powszechnego". Wśród autorów jest kanadyjski dziennikarz Herbert Steinhouse, który Schindlera i kilku przez niego ocalonych spotkał w 1949 r. w Paryżu, na długo przed Kenneallym – tyle że powstały wtedy artykuł ukazał się dopiero po czterdziestu latach; w kilka lat po wojnie nie chciano portretu „dobrego Niemca"... Interesujący, a mało znany wątek tworzą wspomnienia polskich pracowników Emalii przy ul. Lipowej. Im także Schindler okazywał życzliwość i wsparcie: zatrudniał na przykład członków ich rodzin zagrożonych wywózką na roboty, pomagał finansowo, urządzał dla nich przyjęcia świąteczne i noworoczne. Miał uprzedzić policyjną akcję aresztowania członków zakonspirowanej w fabryce grupy akowców, zwalniając ich dwa dni wcześniej z pracy i sugerując, by nie pojawiali się więcej przy Lipowej. Janina Olszewska, bliska współpracownica Schindlera, wspominała w 1993 r., jak uratował on przed przejęciem przez Niemców należący do Heleny Hallerowej majątek w Mianocicach, gdzie ukrywał się przez jakiś czas... Jan Brzechwa, i jak w Emalii produkowano kotły do gotowania zupy, które (za wiedzą Schindlera!) trafić miały... do leśnych oddziałów AK. Same zaś świadectwa „Żydów Schindlera" cytować można bez końca; zatrzymajmy się tylko przy epizodzie, dla którego zabrakło miejsca w filmie Spielberga. W styczniu 1945 r., gdy fabryka Schindlera od kilku już miesięcy znajdowała się w Brünnlitz (dziś Brněnec) na Morawach, na stację w pobliskim Zwittau (Svitavach), skądinąd miejscu urodzin Schindlera, przyjechał pociąg z żydowskimi więźniami z obozu w Goleszowie. Schindler, zawiadomiony przez kierownika stacji, zdecydował się przejąć transport – rzekomo „dla wzmocnienia produkcji". Oblodzone drzwi wagonów bydlęcych udało się otworzyć dopiero przy pomocy palników acetylenowych. Wtedy – jak pisze Nachum Manor (Monderer), jeden z krakowskich „schindlerowców", od 1947 r. w Izraelu – „ukazuje się straszliwy widok: ponad sto przemarzniętych ludzkich szkieletów!". Tych, którzy jeszcze żyli, przewieziono natychmiast do obozu i umieszczono w osobnej ogrzanej sali. „Emilie Schindler bierze ich pod swoją opiekę. Kupuje na czarnym rynku leki i różne grysiki i osobiście ich karmi". Większość się uratowała. A zmarli? „Schindler – czytamy dalej – zakupił w miejscowej gminie katolickiej działkę na cmentarzu i zarządził pochowanie tych męczenników według żydowskiego rytuału. Odbyło się to o północy z towarzyszeniem dziesięciu więźniów (minjan), z prawdziwym rabinem..." (oczywiście jednym z więźniów). „Nawet dzisiaj jest dla wielu postacią kontrowersyjną – mówił Manor dwa lata temu nad grobem Schindlera w rocznicę jego śmierci. – Często słyszymy ironiczne uwagi: on nie był »święty«. Gdyby był, zapewne nie udałoby mu się osiągnąć tego, co uczynił. Lubił pieniądze i towarzystwo pięknych kobiet, ryzykowne przygody i emocje hazardu – a my byliśmy jego największą stawką. W głębi serca był on odważnym i uczciwym człowiekiem, który zdecydował się za wszelką cenę ocalić swoją własną Arkę Noego". Może to najlepsze podsumowanie historii Schindlera – i trzeba być wdzięcznym prof. Skotnickiemu, że możemy przeczytać te słowa. (Wydawnictwo AA, Kraków 2007, ss. 442.)
Można z tych reportaży wyczytać apel o zwykłą ludzką solidarność, można w nich wyczuć obawę zaangażowanego dziennikarza przed „małą stabilizacją”. Ale ich siłą nie są morały, tylko mocny obraz, lapidarny, zmetaforyzowany język, precyzyjna konstrukcja – jak w „Sztywnym”, gdzie wraz z autorem towarzyszymy pięciu górnikom odwożącym (a potem odnoszącym) trumnę z ciałem zabitego kolegi do jego rodzinnej wsi na Mazurach. I przekonanie, któremu Kapuściński--pisarz pozostał wierny: że „słowa są niepojęte, jeśli nie przeżyło się tego, co one opisują. Jeśli to nie przedostało się do krwi”. „Chrystus z karabinem na ramieniu” to już rok 1975 i podsumowanie kolejnego etapu, gorący zapis rewolucyjnych nadziei i rozczarowań lat 60. Bohaterami są teraz palestyńscy fedaini, partyzanci z Ameryki Łacińskiej i z Mozambiku, Che Guevara i Salvador Allende. Reportaż tytułowy opowiada o zbuntowanych studentach boliwijskich i jego akcja toczy się już po śmierci Che, który zginął właśnie w Boliwii. Bohaterem najkrótszego i najmocniejszego tekstu tomu jest salwadorski partyzant rozstrzelany na stadionie w obecności widzów i kamer telewizyjnych. Tekst najdłuższy, „Śmierć ambasadora”, ukazuje kulisy śmierci ambasadora RFN w Gwatemali uprowadzonego przez guerilleros. Jest w tych reportażach wiele przejmującego konkretu, brak istotnego elementu geopolitycznej perspektywy, jakim była wtedy aktywność międzynarodowa ZSRR i jego sojuszników, zwłaszcza Kuby. Trzeba pamiętać o cenzurze, ale niezależnie od niej autor całym sercem jest po stronie rewolucjonistów walczących z dyktaturą, niezależnie od tego, kto ich wspiera. Jeśli porównać zarys powojennych dziejów Gwatemali zawarty w „Śmierci ambasadora”, zwłaszcza zaś historię obalenia w 1954 r. lewicowego prezydenta Jacobo Arbenza, z listami mieszkającego wtedy w Gwatemali Andrzeja Bobkowskiego, dla którego komunizm był wrogiem największym, a jedyne remedium na polityczne i społeczne problemy Latynosów (dość paternalistycznie traktowanych) stanowić miała militarna i ekonomiczna obecność Stanów Zjednoczonych, otrzymamy dwa obrazy, którym brak niemal punktów stycznych. I książka trzecia: szósty, pośmiertnie wydany tom „Lapidarium”. Hybrydyczna forma, zrodzona w martwych latach 80., gdy niemożliwe były reporterskie podróże, stała się jednym z równoprawnych nurtów tego pisarstwa. Wypisy z lektur, luźne refleksje, zalążki pomysłów, teksty okazjonalnych wystąpień – dotąd czytaliśmy je jako zapis warsztatowy, fragment „dzieła w toku”, zapowiedź tego, co jeszcze otrzymamy. W ostatnim tomie „Lapidarium” szukamy raczej testamentu, przesłania do potomnych. I oczywiście kto szuka, znajduje. Pamiętając, że takim przesłaniem jest c a ł a twórczość Ryszarda Kapuścińskiego, posłuchajmy na koniec głosu pisarza: „Umysł współczesnego człowieka jest zalewany powodzią słów, przez co szybko tracą one na wartości i sile, coraz mniej nam mówią, a coraz bardziej dezorientują, wyczerpują i męczą. A jednak ten nadmiar, ta nadprodukcja nie powinny nas zniechęcać. Literatura zawsze brała na siebie odpowiedzialność. Od tysięcy lat towarzyszyła życiu kolejnych pokoleń, zmieniając je na lepsze, i dziś nic jej od tego obowiązku nie zwalnia. Przeciwnie – trudny czas, w którym żyjemy, nakazuje nam, żebyśmy ze szczególną siłą i wiarą mówili: tak, pisanie może zmienić coś na lepsze, choćby tylko niewiele, ale jednak może”. I jeszcze jeden cytat: „Czuję oddech ścigającego mnie zwierzęcia. To pędzi czas, rozjuszony drapieżnik. Czuję, jak się zbliża, szykuje do ataku, chce zadać śmiertelny cios”. (Czytelnik, Warszawa 2007, ss. 132 + 164 + 170.)
Pierwsza książka Elli Maillart, jaka ukazuje się w polskim przekładzie, była drugą jej publikacją. Wszystko zaczęło się od pobytu w Berlinie w roku 1929, od spotkań z emigrantami rosyjskimi i fascynacji kinem radzieckim. W 1930 r. Maillart pojechała po raz pierwszy do Rosji: do Moskwy, gdzie poznała słynnego reżysera Wsiewołoda Pudowkina, i na Kaukaz, do Swanecji; rezultatem był jej pisarski debiut. Dwa lata później wyruszyła ponownie do ZSRR, by zwiedzić Azję Środkową. I mimo przeszkód (nie przypadkiem chyba książka rozpoczyna się od słowa „nie”...) dopięła swego. Zapis swoich przygód opublikowała w 1934 r. Czas jest szczególny: stalinowski terror nabiera dopiero rozpędu. Podróżniczka odwiedza pisarza Borysa Pilniaka w jego podmoskiewskiej daczy; pięć lat później autor „Nagiego roku” i „Śmierci komandarma” zostanie aresztowany i stracony. Żona taksówkarza- Środkowoazjatycka wyprawa składała się z dwóch etapów. Pierwszy prowadził do Kirgizji i w góry Tien-szan, nad granicę chińską, w towarzystwie czwórki młodych Rosjan. W drugim, już samotnie, Szwajcarka przebyła Turkiestan, z Ałma Aty jadąc do Taszkentu, a potem Samarkandy, Buchary i Chiwy, by wreszcie przez pustynię Kyzył Kum w karawanie wielbłądów dotrzeć do miasta Kazalińsk. W jej książce poznajemy świat kontrastów, zdumiewająco różnorodny: komunistyczna ideologia sąsiaduje z tradycyjnym islamem, a Rosjanie z Kazachami, Kirgizami, Uzbekami i Karakałpakami. Są też Żydzi, Ormianie, chińscy muzułmanie, niemieccy osadnicy, a nawet pięciu inżynierów z Ameryki, Murzynów, którzy przyjechali szkolić miejscowych w uprawie bawełny – bo nowa władza narzuca bawełnianą monokulturę. Nowe ściera się ze starym, a wartościowanie nie jest wcale łatwe. Trudno przecież bronić okrutnych władców Buchary, archaicznych struktur społecznych i poniżenia kobiet, a równocześnie uczciwy opis nie pozwala pominąć absurdów, jakie wprowadza komunistyczny reżim, jego zbrodni i wszechogarniającej nudy, jaka mu towarzyszy. Można by całymi stronami cytować opisy, scenki i dialogi, które są mocną stroną tej prozy. Jeden z najbardziej zdumiewających epizodów znajdziemy pod koniec: oto w Chiwie autorka nieoczekiwanie trafia do niewielkiej kolonii niemieckojęzycznych mennonitów, radykalnego odłamu anabaptystów, którzy przenieśli się tutaj z Kirgizji i znad Wołgi, a do Rosji trafili w XIX wieku... spod Gdańska, uciekając przed obowiązkową służbą wojskową w Prusach. „Dwa równe gliniane sześciany z białymi oknami pośrodku placu to szkoła oraz dom modlitwy... Rzędy krzeseł przedzielone korytarzem wiodącym do trzech schodków: nad nimi czarny pulpit odcinający się na tle bielonej wapnem ściany. Czytam na pulpicie: Herr! Hilf mir!”. I dalej: „Musiałam znaleźć się w samym sercu Turkiestanu, aby zrozumieć, na czym polega siła czystości i dyscyplina wiary”. Ale nad tą wspólnotą zbierają się już chmury – jak zresztą nad całym światem opisanym przez Ellę Maillart. (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 302. Przekład Maryna Ochab.) |